Ze wszystkich złych rzeczy, jakie oglądałem w ostatnich latach – a widziałem sporo, bo ani Kac Wawa, ani Ciacho nie jest mi obce, zaliczonych mam wszystkich Szyców i wszystkich Karolaków, nawet „To nie tak jak myślisz, kotku” odbębniłem – najgorszą jest film „Ronaldo”. Gdyby na nakręcenie podobnego dokumentu wpadli najbardziej zajadli hejterzy Portugalczyka, wyglądałby on zapewne dokładnie tak samo.

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Postanowiłem się poświęcić i zobaczyć tę 1,5-godzinną superprodukację za was – żebyście wy już nie musieli. Przez półtorej godziny Ronaldo prezentował mi swoje mięśnie, samochody, wypasioną chałupę i ogólną zajebistość. O tak, ociekał zajebistością. Gdyby jego ego było dostrzegalne gołym okiem i możliwe do sfotografowania, właśnie fotki trzaskałby mu łazik na Marsie. Zdziwiony byłem w zasadzie dopiero na końcu, gdy okazało się, że w filmie jednak nie ma sceny, w której hiper-napastnik zdejmuje majtki i publicznie mierzy swoje rekordowe 42 centymetry. Idealnie wpasowałoby się to w konwencję.

Żeby was mniej więcej wprowadzić w klimat, opiszę kilka scenek. Na przykład taka – Ronaldo przywozi syna ze szkoły, parkuje, otwiera bramę garażową i pyta: – Którego samochodu brakuje?

Range Rovera? – pyta syn.
– Nieee.
– Porsche?
– Nieee, Porsche jest.
– No to Rolls-Royce?
– Nie, rozejrzyj się!

Chłopiec chodzi po garażu pełnym bryk i w końcu mówi: – Lamborghini!
Na co Ronaldo odpowiada: – Tak, nie ma Lamborghini, pękła opona.

Koniec sceny. Obaj znikają. W ten oto wysublimowany sposób Portugalczyk pochwalił się, że nie jeździ do pracy autobusem.

Zrzut ekranu 2015-11-10 o 13.25.44

Scena druga. Ronaldo odbiera syna ze szkoły. Podchodzi do niego jakiś wielki gostek. Gratuluje piłkarzowi i mówi, że ich dzieci uczą się w jednej klasie.

Widziałeś jaki był duży? – pyta po chwili Ronaldo.
– Większy od ciebie! – odpowiada syn.
– Nie, był wyższy. Ale ja jestem silniejszy!

I wreszcie scena trzecia. Samolot. Kolega pokazuje Ronaldo swój brzuch – cieszy się, że wyrzeźbił kaloryfer. Piłkarz stwierdza: – Teraz jesteś prawie jak Cristiano „Król” Ronaldo!

Kurwa. Naprawdę. Teraz jesteś prawie jak Cristiano „Król” Ronaldo. Zastanawiałem się, czy to nie ten satyryczny program Crackovia, w którym komicy nabijają się z osobistości hiszpańskiego futbolu, sprawnie wyolbrzymiając wady ich charakteru. Ale nie – to Ronaldo we własnym filmie. Gdy opowiada o swoim agencie, Jorge Mendesie, stwierdza: – W swoim zawodzie jest najlepszy. To jest Cristiano Ronaldo wśród agentów.

Rzyg. Jeden wielki tęczowy rzyg. Te wszystkie bajki typu „lustereczko powiedz przecie…”, mity greckie jak ten o Narcyzie – to by nie powstało, gdyby Ronaldo był pierwszy. Absolutnie zamknął temat, jest mistrzem samozachwytu, oszalał z miłości do samego siebie, a Narcyz to przy nim mały zakompleksiony pierdek. Tytuł produkcji powinien brzmieć: autofellatio.

No dobrze, ale czego z filmu możemy się dowiedzieć? Może tego, że Ronaldo gra sam w piłkę. W klubie nie widać żadnych jego kolegów z Realu Madryt. Raz tylko wymieniony jest Angel Di Maria, ale chyba w nieszczególnym kontekście. W tle podniosła muzyka, obrazki jak Ronaldo biega między zawodnikami Atletico Madryt w finale Ligi Mistrzów. I jego głos: – Kiedy w 86 czy 87 minucie spojrzałem przykładowo na Angela Di Marię, jego głowa była zwieszona. Powiedziałem: – Naprzód, to jeszcze nie koniec.

I tyle. Jest oczywiście ujęcie, jak chwilę potem – jak rozumiem, dzięki słowom Ronaldo – piłka wpada do siatki, ale Sergio Ramosa nie widać. Ogólnie nikogo nie widać, chyba że kogoś, kto gratuluje naszemu asowi bramki. Jakimś cudem załapał się Nani, jak strzela gola podczas mistrzostw świata w Brazylii, ale to chyba wpadka podczas montażu. Bo poza tym – Ronaldo nie jest piłkarzem Realu Madryt, nie jest piłkarzem reprezentacji Portugalii. On po prostu jest Ronaldo. Jednoosobowa działalność piłkarska.

Może inaczej bym na to patrzył, gdyby po prostu przyjechała telewizja i zrobiła o Ronaldo tego typu film. Uznałbym, że są naprawdę ładne ujęcia (bo są), uznałbym, że ogólnie jest świetny wizualnie (bo jest), a że nie ma absolutnie żadnej treści? No cóż, pewnie piłkarz nie dopuścił reportera zbyt blisko. Niestety, to jest film, który Ronaldo sam zrobił – sam o sobie. W związku z tym moje wymagania są zupełnie inne. Jeśli mówimy nie o 20 minutach dla telewizji, ale 90 minutach dla kin, to jednak trzeba zadać kilka podstawowych pytań.

Po pierwsze: po co ten film powstał? Nie wiadomo.

Po drugie: jaki jest scenariusz? Nie ma żadnego.

Po trzecie: czego się z niego dowiadujemy? Niczego.

O poziomie banału niech świadczą takie cytaty: „Nie ma znaczenia, czy grałeś dobrze, czy grałeś źle. Po dziesięciu latach ludzie pamiętają tylko, kto wygrał”. Albo: „Rodzina jest bardzo ważna”. Poza tym Ronaldo idzie i ludzie piszczą. Ronaldo jedzie i ludzie machają. Ronaldo się uśmiecha i błyskają flesze. Ronaldo w domu jako czuły ojciec. Ronaldo na siłowni jako strongman. Ronaldo bogaty. Ronaldo przystojny. Znowu Ronaldo idzie i znowu ludzie piszczą. I tak do zajebania.

Zrzut ekranu 2015-11-10 o 13.26.11

Niechcący jednak – tak mi się zdaje – Portugalczyk przyznaje się, że ma jeden, za to duży kompleks. Otóż ma kompleks Messiego, z czego prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy. Messi jest jedynym piłkarzem, który w tym filmie występuje oprócz CR – na początku, w środku, na końcu. Mecz z Barceloną? Messi. Mistrzostwa świata w 2014 roku? Messi. Gala w Zurychu? – Patrz, kto tam jest, w garniturze – mówi do syna i pokazuje palcem Messiego. Jakieś urywki z meczów? Komentator mówi o Messim. Sam Ronaldo stwierdza, że wzajemna rywalizacja nakręca ich obu, ale mnie się zdaje, że nakręca głównie jego – to na pewno. Aż dziwne, że w tak lukrowanym filmie Portugalczyk niechcący przyznał się do takiej słabości.

Największą zagadką pozostaje fakt, po co to gówno zostało nakręcone i to, czy naprawdę nikt w otoczeniu samego Ronaldo nie powiedział mu, że gość staje się karykaturą samego siebie. Ten film dewastuje wyobrażenia fanów Ronaldo o nim samym jako w miarę normalnym kolesiu, za to potwierdza wszystkie spostrzeżenia osób mu bardzo nieprzychylnych. Kiedy swego czasu wszyscy śmiali się z Francesco Tottiego (tak, tak, był taki okres w jego karierze), kapitan Romy wypuścił na rynek zbiór dowcipów na swój temat i zdaje się, że zysk miał trafić na cele charytatywne. Wygrał. Ronaldo, któremu zarzuca się zarozumialstwo i bycie zdrowo popieprzonym na swoim punkcie – wręcz odwrotnie. Potwierdził, że jest zarozumiały i zdrowo na swoim punkcie popieprzony. W zasadzie bardziej niż ktokolwiek podejrzewał.

Premiera wypadła akurat w niespecjalnym dla Ronaldo okresie – gra słabo, kibice mają dość jego fochów i tego, że stawia się ponad zespołem. On sam podsyca plotki o odejściu z Realu, wykonuje ostentacyjne gesty (jak szeptanie do ucha trenerowi PSG w obiektywach kamer), generalnie atmosfera wokół niego zgęstniała. On sam jednak na premierze filmu stwierdził: – To jeden z najlepszych dni w moim życiu.

Pożar postanowił ugasić flakonem drogich perfum.

KRZYSZTOF STANOWSKI

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments