Dym po wczorajszych meczach opadł. Kolejna część rozdziału eliminacji dla Polaków została właściwie odhaczona, bo mecz z Gibraltarem należy potraktować raczej z przymrużeniem oka. Teraz walczyć będą jednak inne wielkie nacje. Nogami przebierają Wayne Rooney czy Gareth Bale. Dreszczyk emocji przejdzie też Ikera Casillasa. Oto, co należy wiedzieć przed kolejnymi potyczkami.

W Serravalle mają święto. Pod Monte Titano przyjeżdża być może nie jedna z najsilniejszych, ale z pewnych względów ciągle jedna z największych i najbardziej uznanych reprezentacji świata. Reflektory skromnego stadioniku skierowane będą głównie na Wayne’a Rooneya, który musi zdobyć dwie bramki, by w wieku 29 lat stać się najlepszym strzelcem w historii reprezentacji Anglii. Chłop ma niebywałego farta, bo akurat teraz los dał mu przeciwnika, któremu dwa gole dałby rade strzelić z przypiętymi nartami albo w 30-kilogramowej zbroi. Napastnik United trochę się podpala i mamrocze coś o tym, że ciągle wierzy w mistrzostwo świata i doścignięcie Charltona także w tej, zdecydowanie bardziej złożonej materii. Good luck.

Rooney i Casillas po chwalebne cyferki, Bale po historyczny awans

O krok od awansu na finały mistrzostw Europy jest też inna wyspiarska jedenastka, czyli Walia. Tam dopiero mają ciśnienie na oglądanie swoich na dużej imprezie. Ostatni raz udało się to w czasach, o których przy każdej nadarzającej się okazji opowiada nasz ulubiony ekspert – Tomasz Wołek. Pele, Garrincha, Vava, Zagallo… Kojarzycie? Walia zniknęła z radarów po mistrzostwach świata w 1958 roku i za rok minie dokładnie 58. rocznica tamtego wydarzenia, ale rokowania są dobre. Jest szansa na to, że do sześćdziesiatki nie dobiją. Wystarczy wygrać z Izraelem, który chociaż ciągle liczy się w walce o bilet do Francji, to z ostatnich czterech meczów nie przegrał jedynie z Andorą.

Kiedy Gareth Bale obiecywał, że zabierze reprezentację na wielką imprezę, większość patrzyła na niego z politowaniem. Wielu było wybitnych piłkarzy z silniejszych, ale ciągle prowincjonalnych reprezentacji, którzy nigdy nie zagrali na mistrzostwach Europy. Jemu możę się udać. Jest prawdziwym liderem, ostoją, jednoosobową instytucją. I o ile w Realu kibice czasem mogą mieć do niego pretensje, o tyle w reprezentacji – cytując klasyka – zawsze daje z siebie wszystko. Jak na razie wynik lepszy od jego sześciu bramek ma tylko Robert Lewandowski. To w niedzielę.

Sto meczów w reprezentacji to fenomenalny wyczyn, ale sto meczów z opaską kapitańską to już kompletny kosmos i wyznacznik jedynie największych, najbardziej trwałych piłkarskich pomników. Do takich należy Iker Casillas, który podczas szlagierowego, świetnie zapowiadającego się meczu ze Słowacją, założy opaskę po raz setny. Pierwszy raz? Niemal dokładnie jedenaście lat temu, w meczu ze Szkocją, który został przerwany z powodu gigantycznej nawałnicy. W normalnych okolicznościach zagrażałby mu David De Gea. Miał zrobić krok do przodu, przenieść się do Realu Madryt, a ostatecznie na ławkę wysłał go facet, który jeszcze nie dawno nie grał ani w Monaco, ani w Sampdorii – Sergio Romero. Wątpliwe, praktycznie nierealne, żeby Vicente Del Bosque postawił właśnie na niego.

Na koniec lupa na nieco mniejsze postacie, czyli te nasze, swojskie, znane z Ekstraklasy. W bałtyckim pojedynku Estonii z Litwą szansę dostaną pewnie piłkarze Jagiellonii – Konstantin Vassiljev i Fedor Cernych. Na mecz z Hiszpanią pojedzie także Ondrej Duda, ale realnie rzecz biorąc maksymalnie stać go jedynie na wejście z ławki.