Gdyby był to początek eliminacji, ledwie pierwszy lub drugi mecz napisalibyśmy, że to spotkanie po prostu źle się Holendrom ułożyło. Zejście z kontuzją lidera po trzydziestu minutach gry, chwilę później czerwona kartka dla obrońcy i konieczność przeprowadzenia zmian w przygotowanej wcześniej taktyce. Rzut karny po nierozważnym zagraniu obrońcy. Dużo pecha i błędów wynikających z głupoty jak na jedno spotkanie, ale cóż  – zdarza się. Tyle. Jednak nie jesteśmy na początku eliminacji, a powoli zbliżamy się do ich końca. I biorąc pod uwagę wcześniejsze mecze, nie można mówić o wypadku przy pracy. Reprezentacja Holandii – trzecia drużyna świata! – przeżywa bardzo poważny kryzys. 

Pomarańcza coraz mniej mechaniczna, a coraz bardziej zgniła…

Już przed dzisiejszym meczem z Islandią sytuacja była trudna. W kraju nie ogłaszano jeszcze czerwonego alarmu, raczej apelowano do piłkarzy: obudźcie się, oszczędźcie sobie i nam niepotrzebnego stresu. Porażka z Czechami w Pradze, przegrana w Reykjaviku z Islandią, uratowany w doliczonym czasie gry remis z Turcją w Amsterdamie – limity wpadek jak na jedne eliminacje został już wykorzystany. W tabeli grupy z góry na Holendrów patrzyli zarówno nasi południowi sąsiedzi (trzy punkty przewagi), jak i wyspiarze (pięć oczek).

Jeszcze w czerwcu z pracy z drużyny narodową zrezygnował Guus Hiddink. Zastąpił go Danny Blind – trener bez wielkiego doświadczenia, kojarzony bardziej z rolą dyrektora sportowego lub asystenta. Przy reprezentacji był długo – pracował zarówno z van Gaalem, jak i Hiddinkiem – znał od środka problemy drużyny. Z pomocą Marco van Bastena miał znaleźć receptę na ich rozwiązanie.

Patrząc na dzisiejszy mecz – cholernie długa droga przed nim. Pytanie, czy w ogóle dane będzie mu spróbować poukładać tę drużynę na nowo – mówi się przecież, że niedługo i tak zluzuje go jeden z młodych zdolnych trenerów – zostawiamy na potem.

„Tu i teraz” jest w gruncie rzeczy smutnym obrazkiem. Ciężko inaczej nazwać to, że drużyna naszpikowana naprawdę solidnymi piłkarzami, w meczu, który poprzedziła pełna mobilizacja, ma problemy z płynnym przejściem z defensywy do ataku, jej ataki opierają się głównie na pojedynczych zrywach, a w obronie hula wiatr. Zachowując odpowiednie proporcje, czuliśmy się trochę jakbyśmy oglądali Lechię Gdańsk Jerzego Brzęczka. Drużyna kompletnie pozbawiona myśli przewodniej, bez znaków rozpoznawczych. Powody do optymizmu? Ostatni kwadrans, gdy grając bez jego zawodnika, Holendrzy potrafili zepchnąć gości do obrony, oddać kilka strzałów (Sneijder), sprawdzić formę Halldorssona. Ale to wciąż mało, jak na ekipę tej klasy.

A Islandia dalej swoje. Solidny, „rzemieślniczy” futbol, który gwarantuje punkty. Dziś trzy, po zwycięstwie jedną bramką. Jednak okłamalibyśmy was pisząc, że nie ogląda się ich z przyjemnością. Są krok od awansu na  EURO, duża sprawa. Elita, w tym my jako kraj o zdecydowanie bogatszej tradycji, powinna przyjąć ich z otwartymi ramionami.

A wracając do przegranych… Patrząc na ich skład – z Blindem, Depayem, Robbenem, Huntelaarem i zdolna młodzieżą, wciąż ciężko przyjąć do wiadomości, że może ich na mistrzostwach zabraknąć. Fakty są jednak takie, że gdyby Turcy nie stracili dziś gola w ostatniej minucie meczu z Łotwą, Holendrzy spadliby na czwarte miejsce w grupie. W perspektywie mają wyjazdy do Turcji i Kazachstanu, a także mecz z Czechami u siebie. Uniknięcie baraży już będzie bardzo ciężkie, bo Czesi ostatecznie poradzili sobie z Kazachami.

Euro bez gości w charakterystycznych pomarańczowych strojach? Właśnie teraz? Gdy dostęp do mistrzostw stał się „mniej ekskluzywny”? Owszem, już za moment czeka ich wymiana pokoleniowa, to nieuniknione, ale gwiazdy powinny odchodzić inaczej – w świetle reflektorów, po wielkich turniejach, a nie cichutko, czerwoni ze wstydu po tragicznych eliminacjach. Na razie nie mieści się nam to w głowie.