W notesach wszystkich niepoprawnych romantyków i zatwardziałych tradycjonalistów wczorajsza data zostanie zakreślona czarną ramką. Z rana informacja, że Bastian Schweinsteiger odchodzi ze swojego ukochanego Bayernu Monachium, wieczorem dobitka: z Realem Madryt żegna się jedna z jego największych wciąż grających legend. Człowiek, który w Madrycie spędził prawie ćwierć wieku, zdobywając w królewskich barwach absolutnie wszystko, co było do zdobycia.

Czy tak żegna się legendę? A czy legenda żegna się w ten sposób?

Iker Casillas nowy sezon rozpocznie w bramce FC Porto, ale chyba donioślej i bardziej dobitnie brzmi: „Real nowy sezon rozpocznie bez Ikera w bramce”. Sam transfer weterana z Madrytu do Portugalii nie jest niczym nadzwyczajnym. Biorąc pod uwagę jak dynamicznie budowany jest skład Realu, sprzedawanie niepasujących do wizji ogniw stanowi nieodzowny elemnt prowadzenia tego klubu. Przychodzą Bale czy James Rodriguez, odchodzą Oezil, Khedira czy Higuain.

Tyle że Iker nie był zwykłem elementem składu. Iker nie był jednym z licznych najemników, których w aktualnie najsilniejszej lidze świata nie brakuje.

Przyprowadzony przez ojca na pierwszy trening w wieku dziewięciu lat przeszedł przez wszystkie plansze tej trudnej gry. Nie odpadł podczas przesiewów w kolejnych zespołach juniorskich, bardzo szybko przeszedł do pierwszego zespołu, a pierwszy finał Ligi Mistrzów zaliczył jeszcze jako nastolatek. Był świadkiem narodzin i zmierzchu „Galacticos”, był świadkiem zdobywania nie tylko wyśnionej przez Madryt La Decimy, ale i dwóch wcześniejszych triumfów w LM.

TYM TEKŚCIE skupiliśmy się na dość nikczemnym zachowaniu Realu i jego prezydenta Florentino Pereza, który żegna Casillasa w podobny sposób jak Higuaina czy innego Albiola. Jasne, nie ma wątpliwości, że „Święty” Iker zasłużył na wypasione pożegnanie z pełnym stadionem i szpalerem, ale… czy sam faktycznie był taki „święty”?

Wczoraj mieliśmy dzień żegnania legend, ale nie da się porównać sytuacji Schweinsteigera i Casillasa, tak jak karkołomne jest zestawianie Ikera z Raulem czy Hierro. Od końca 2012 roku, trwa bowiem wielka dyskusja, w której podzieleni są nawet fani Realu Madryt. Czy Iker faktycznie dałby się pokroić za Real, czy jedynie za ten konkretny Real, w którego bramce stoi on sam?

Geneza jest jasna. Jose Mourinho, widząc spadek formy Casillasa, sadza go na ławce. Trwa sezon 2012/13, Manuel Jabois, tłumaczony przez stronę realmadryt.pl wspomina go jako „ściek w bramce Realu”. Jabois w pożegnalnym felietonie dla Ikera, który ukazał się w „El Pais” mówi: dziennikarze wybierali wówczas między prawdą i legendą. I wybierali legendę.

Spór Mourinho-Casillas szybko podzielił całe środowisko, nie tylko kibiców, ale i dziennikarzy czy ekspertów. Jedni widzieli w nim niesprawiedliwie posadzonego na ławce półboga bramkarskiego fachu, inni kreta, który w imię własnych ambicji i urażonej dumy jest w stanie rozsadzić szatnię. Kolejne informacje wynoszone z szatni, kolejne uszczypliwości w mediach. Sam Iker przyznawał zresztą już po zwolnieniu Portugalczyka, że z jednej strony istotnie obniżył loty i poziom gry, z drugiej zaś… prosił swojego agenta o znalezienie mu klubu, w którym mógłby grać w pierwszym składzie.

Jasne, wszystko zakończyło się inaczej, to Mourinho odszedł, a Casillas pozostał na stanowisku, ba, Carlo Ancelotti dał mu szansę w finale Ligi Mistrzów, gdy Real dziesiąty raz wygrywał te rozgrywki. Iker zresztą popełnił w tym meczu istotny błąd…

Rozmowa z Radio COPE, już za kadencji włoskiego szkoleniowca. Główne tematy? Spór z Xabim Alonso. Spór z Mourinho. To właśnie w tej rozmowie pada zdanie: nie byłem ani kretem, ani świętym. Wydaje się więc, że zarówno gwizdy na Bernabeu, które swego czasu słyszał Casillas, jak i przesadne wynoszenie Ikera do rangi nadczłowieka szaleńczo rozkochanego w królewskich barwach nie jest do końca uzasadnione. Zresztą, najlepiej o złożoności całej sytuacji świadczy pożegnanie. Pożegnanie bez klasy ze strony Realu, ale i ze strony Casillasa. Trafnie spuentował to na Twitterze Rafał Lebiedziński:

Rozstanie Realu z Ikerem też bowiem odbywało się w atmosferze skandalu. Zwolennicy Casillasa przekonywali, że ich ulubieniec idzie na rękę klubowi, zrzeka się potężnych pieniędzy i ogółem – jak zawsze – przedkłada dobro klubu nad swoje własne. Jego przeciwnicy? Wydłużające się negocjacje tłumaczono tym, że Iker targuje się o każde euro, pragnąć wyciągnąć z klubowej kasy ostatnią, sutą odprawę.

Zwolennicy mówili: takiej legendy nie można sadzać na ławce, takiej legendy nie można wypychać z klubu. Krytycy odpowiadali – legendy same wiedzą kiedy odejść, albo chociaż pogodzić się z rolą rezerwowego.

Przed momentem zakończyła się pożegnalna konferencja Ikera Casillasa. Zebrał zasłużone brawa od dziennikarzy. Ci zresztą już ostrzą sobie zęby na ostre rozliczenia z Realem. Wystartowało od reportażu z udziałem rodziców Ikera, w którym Perez został przedstawiony jako diabeł wcielony a bramkarz. Cóż – jak to w ustach rodziców. Jako święty.

San Iker. Szkoda, że ta piękna historia kończy się w taki sposób. Ale chyba nikt nie jest w stanie sprawiedliwie osądzić, kto jest temu winny.