Kwiecień 2014, Atlantis Paradise Island Resort, Bahamy. Sepp Blatter walczy o głosy, ubiegając się o piątą kadencję. Podczas corocznego zjazdu, szefowie krajowych federacji strefy CONCACAF wychwalają go, używając coraz to większych słów. „Myślący o przyszłości”, „wspierający reformy”, „ojciec futbolu”. Osiris Guzman z Dominikany rozpędza się tak bardzo, że w końcu przyrównuje go do Nelsona Mandeli i Winston Churchilla.

Pod palmami. Centrum zarządzania wielką piłką

W końcu na scenę wychodzi Jeffrey Webb, wiceprezydent FIFA pochodzący z Kajmanów. „Myślę, że panowie wysyłają jasną wiadomość, mam racje?”, pyta retorycznie. Po chwili przemawia sam Blatter. Człowiek, który od 1999 roku przekazał związkom piłkarskim z tego regionu, oficjalnie, ponad 330 milionów dolarów. Kryguje się, „tym razem nie chciałby mówić o pieniądzach”, niemniej „prognoza na najbliższe cztery lata przewiduje około 150 – 180 milionów”.

„To kontrolowane środowisko”, kiwa głową książę Ali bin Hussein, paląc cygaro na szesnastym piętrze ekskluzywnego hotelu.

Wszystkim tu zależy na kasie, a Blatter jako szef FIFA może wiele obiecać. Ma czym dzielić i czym kupować przychylność. „To dobry prezydent!”, przekonuje tym razem Yero Rodriguez, sekretarz generalny federacji kubańskiej. Ale już Randy Harris z Barbadosu się waha. Musi mieć mętlik w głowie. „Prince Ali rozumie nasze potrzeby”. Jordański książę osobiście zaszczycił go w jego rezydencji. Przyleciał na Barbados, by przekonywać, że jest lepszy niż Blatter.

„Jeśli w mundialu nadal będą występować 32 drużyny, to strefa CONCACAF powinna mieć czterech reprezentantów’, podbija stawkę sędziwy Szwajcar, wzbudzając aplauz zebranych.

Nikt nie da tyle, ile Blatter obieca

Małe federacje na końcu świata, a jednak w kontekście wyborów na szefa FIFA tak samo istotne, jak angielska, włoska, niemiecka, polska albo francuska. Głos Yero Rodrigueza z Kuby ma tę samą wagę, co głos Angela Marii Villara z Hiszpanii. A któremu z nich łatwiej cokolwiek obiecać?

Karaiby. To jedno z tych miejsc, gdzie Blatter może śmiało walczyć o głosy.

W zeszłym roku FIFA przekazała Kajmanom 500 tysięcy dolarów na modernizację narodowego stadionu. Bagnisty teren pod „Centre of Excellence” wymaga położenia sztucznej murawy. To już druga tego typu dotacja – parę lat wcześniej FIFA na rozwój piłki na wyspie przyznała 1,8 miliona.

Trzeba spojrzeć dużo szerzej, wyjść znacznie dalej poza piłkarskie boiska, żeby zrozumieć, jak to możliwe, że w najwyższych władzach FIFA od lat zasiadają ludzie z Kajmanów czy Trynidadu i Tobago [w tym wiceprezydent, najwyższy rangą z zatrzymanych podczas wczorajszego aresztowania w Zurichu]. Baronowie, utrwalający swoje pozycje od ćwierćwiecza.

Jeśli ślady dotyczące defraudacji i nadużyć prowadzą nawet do federacji Nepalu, to znak, że żaden skrawek świata nie został nietknięty. A już Karaiby z pewnością.

Baron z Kajmanów

Postacią numer jeden w strefie CONCACAF jest dziś Jeffrey Webb, dwukrotnie wybrany na szefa bez choćby jednego głosu sprzeciwu. 50-letni prawnik z Kajmanów, który zaczynał jako prezes malutkiego klubu na wyspie, by z roku na rok w imponującym stylu piąć się po szczeblach kariery, aż w końcu stał się najmłodszym regionalnym liderem we władzach FIFA. Lubi podkreślać, że „zawsze był zaangażowany w futbol”. Nie miał ambicji, by zostać wiceprezydentem światowej federacji, ale przecież „ż­ycie to podróż”. A że ta zaniosła go również do najwyższych władz lokalnego banku „Fidelity”, tym lepiej dla niego.

Strefa CONCACAF liczy 41 członków – w tym Stany Zjednoczone czy Meksyk, nieco poważniejsze piłkarsko od 191. w rankingu FIFA Kajmanów, które w swoim ostatnim meczu zremisowały z Belize i są zresztą tylko terytorium zależnym Wielkiej Brytanii. A jednak to z nich pochodzi najpotężniejszy działacz w regionie.

We wtorek, przylatując do Zurichu, Webb chwalił „demokratyczny aspekt wyborów”. Na pytanie dziennikarza – czy nie czas na zmiany, odpowiedział żartem. Uśmiechnął się szeroko i wszedł do hotelu – tego samego, w którym zatrzymano go następnego ranka. Jako wiceprezydent FIFA, od lat zasiadał w kilku ważnych komisjach. Między innymi w „Transparency and Compliance Committee”, powołanej by zapewnić respektowanie zasad zdrowego zarządzania, przejrzystości i zerowej tolerancji dla jakichkolwiek wykroczeń. Cóż, pod latarnią najciemniej.

Już w zeszłym roku FIFA, w ramach wewnętrznego postępowania, zawiesiła jego bliskiego współpracownika – Canovera Watsona. Skarbnika piłkarskiej federacji Kajmanów i zarazem szefa tamtejszej Giełdy Papierów Wartościowych.

Mistrz szemranych interesów

Do kompletu brakuje już tylko Jacka Warnera. Człowieka idealnie wpisującego się w słowa prokurator generalnej USA Loretty Lynch, która mówiła wczoraj o długich latach nadużyć. O łapówkach przyjmowanych rok po roku i przy okazji organizacji każdego turnieju. Nie pozostawiała złudzeń: „przedstawiciele FIFA nieustannie wykorzystywali swoje stanowiska, by czerpać osobiste korzyści”.

Warner, czyli poprzednik Webba, były szef strefy CONCACAF, nie tylko twierdzi, że jest niewinny. On całe życie nieustraszenie walczył z nadużyciami i korupcją w futbolu. Tylko rzeczywistość i fakty z jakiegoś powodu nie chcą tego potwierdzić.

Jego nazwisko przewija się w wątkach dotyczących kilku turniejów. Jest mowa o teczce z łapówką, o udostępnianych za darmo drogich hotelach, o sprzedawaniu Katarowi mundialu czy władzach RPA gotowych przekazać Karaibom 10 milionów dolarów. To zresztą tylko dopełnienie zarzutów, jakie w kontekście Warnera padały w przeszłości, kiedy oskarżano go o sprzedaż biletów na czarnym rynku czy też próbę kupna głosów przed wyborami prezydenta FIFA. W Trynidadzie i Tobago do dziś prowadzi centrum sportowo-konferencyjne, rzekomo zbudowane dzięki pieniądzom z FIFA, które miał transferować do własnych firm.

Odpowiedzialność inaczej

Wszystkie te wątki, połączone w całość, mówią dość jasno: trudno być działaczem FIFA i nie zarobić na tym „na lewo”. Na Karaibach, gdzie ci sami ludzie dodatkowo zajmują eksponowane stanowiska w polityce oraz biznesie [Warner był na przykład ministrem bezpieczeństwa Trynidadu i Tobago] równie trudno z tego powodu ucierpieć. Odpowiedzialność jest tam rozumiana jakby nieco inaczej i przez lata nic i nikt nie był w stanie złamać tych spektakularnych karier. Czy teraz będzie inaczej?

Na Kajmanach, jak donoszą lokalne media, zapanowało wczoraj wszechobecne zdziwienie. Były premier, lider Zjednoczonej Partii Demokratycznej McKeeva Bush, zapewnia, że społeczność wyspy będzie się modlić za prezesa Webba i jego rodzinę.

Paweł Muzyka