Reklama

Lech zrobił swoje, ale niesmak zostanie na długo…

redakcja

Autor:redakcja

09 kwietnia 2015, 22:30 • 4 min czytania 0 komentarzy

Siedemdziesiąt dwie minuty Lech Poznań, wicemistrz i wicelider rodzimej Ekstraklasy, klub z drugim największym budżetem i potężną marką nie potrafił zdobyć zwycięskiego gola z grającym w osłabieniu zespołem Błękitnych Stargard Szczeciński. Przypominamy – Lech Poznań, polski numer dwa z ambicjami na polski numer jeden. Błękitni. Polski numer czterdzieści dwa, z ambicjami na top czterdzieści. Siedemdziesiąt dwie pieprzone minuty. Goście, którzy chcieliby uchodzić za gwiazdy szanowanej ligi będącej trampoliną do światowego topu, kontra strażak i jego kumple. Fakt, utrzymujący się z piłki, ale poważne stadiony oglądający wyłącznie w Lidze+ Ekstra.

Lech zrobił swoje, ale niesmak zostanie na długo…

Siedemdziesiąt dwie minuty hańby. Nie tylko dla Lecha, bo – zawsze to podkreślamy – gdy kompromituje się Legia czy Lech, tak naprawdę skompromitowana jest cała liga, która od dwóch lat nie potrafi tego duetu dogonić. Pięćdziesiąt minut, podczas których wedle wszelkich praw logiki „Kolejorz” powinien rozsmarować rywala. Potrafił strzelić trzy gole, potrafił doprowadzić do dogrywki, ale nie potrafił postawić kropki nad i. A to przy tym budżecie i tych ambicjach po prostu niewybaczalne.

Sam mecz? Lech ruszył mocno, dokładnie tak, jak kiedyś ze Stjarnan czy Żalgirisem. Ba, strzelił nawet gola (niesłusznie nieuznanego), no i generalnie wyglądał wreszcie jak wicemistrz Polski walczący z drużyną o wiele, wiele słabszą. Pary jak zwykle w takich wypadkach wystarczyło na pierwsze kilkanaście minut, po czym przyszedł moment kontry. Kontry, która będzie wspominana jeszcze długo, długo po finale Pucharu Polski. Kapitalne ogranie Arajuuriego, wystawka na przedpole praktycznie bez patrzenia i pewny strzał. Wszystko tu zagrało dokładnie tak, jak powinno grać w każdym silnym zespole w Polsce. A że pokazali to drugoligowcy (de facto z trzeciej ligi)? Lech na deskach. 1:4 w dwumeczu, trzy gole potrzebne do dogrywki, cztery do awansu.

I właśnie w takiej sytuacji punkt zwrotny – czerwona kartka. Pewnie moglibyśmy przy pewnej dozie złośliwości pośmiać się z Lecha – po jedenastu nie udało im się strzelić. Ale przecież udało! Przecież trafili w jednej z pierwszych akcji. No i dochodzimy do najważniejszego aktora tego widowiska.

Paweł Gil. Człowiek-zagadka. Na kogo ma kwity? Kogo trzyma w szachu? Co nie pozwala jego zwierzchnikom na podjęcie jedynej słusznej decyzji, jaką jest odesłanie tego arbitra do tarcia chrzanu? Nie chodzi już nawet o takie błędy jak ten pierwszy gol dla Lecha, jak brak jakiejkolwiek reakcji na uderzenie Keity, jak brak jakiejkolwiek reakcji na rozbitą soczystym kopniakiem głowę Pawłowskiego. Chodzi o kompletną, taką absolutną, pozbawioną jakiegokolwiek fałszu ślepotę. A nawet coś więcej… Nieogarnięcie? Sami nie wiemy jak to określić.

Reklama

Gil widzi, ale zawsze widzi inaczej, niż powinien. Liczbę jego błędów można mnożyć, gdybyśmy zaczęli wyliczać każdą idiotyczną decyzję z tego sezonu prawdopodobnie okazałoby się, że kompromituje się częściej niż Widzew i jesienny Zawisza razem wzięci. Dziś znowu dał takie show, że w pewnym momencie byliśmy świadkami dość smutnego wyścigu – czy bardziej skompromituje się arbiter, czy Lech, który nie będzie w stanie wyeliminować grającego w osłabieniu drugoligowca?

Naszym zdaniem remis. Lech – hańba, że potrzebował jeszcze dogrywki. Gil – hańba, że liczba jego poprawnych decyzji prawdopodobnie oscylowała w okolicach liczby półfinałów Pucharu Polski w historii Błękitnych. Oczywiście, moglibyśmy wskazywać pozytywy w grze, bardzo fajne „ostatnie podania” Linettego czy Jevitica. Przełamanie Kownackiego, jakieś inne bzdury. Jest to jednak kompletnie bez sensu. Lech dzisiaj zrobił swoje, co gorsza – w żenujący sposób, nie potrafiąc wygrać dwumeczu bez dogrywki pomimo gry w przewadze przez większość dzisiejszego spotkania.

Błękitni? Gloria victis. Chwała pokonanym. Chwała za akcję na 1:0, chwała za walkę, za wytrwanie do dogrywki, ba, nawet za próby atakowania przy wyniku 1:4. Nie dali rady wejść do finału, ale dali radę pokazać w pełnej krasie naszą kartoflaną ligę, gdzie wytatuowane gwiazdy w Panamerach potrzebują dogrywki by dobić osłabionego rywala z innej klasy rozgrywkowej.

Całość? Mimo wszystko, chyba dobrze się stało. Finał Lech – Legia na Stadionie Narodowym w Warszawie, potężne grupy kibiców z całej Polski, klasowe drużyny, podteksty. Mamy tylko nadzieję, że tak jak zapewnia Boniek – mecz faktycznie odbędzie się na tym obiekcie, a policja nie stwierdzi nagle, że ich krótkofalówki szwankują przy windzie na poziomie -3. Mamy więc piękną historię Błękitnych, ale mamy też kapitalne widowisko w finale. Będzie się działo. I… nawet my, narzekacze i sceptycy, naprawdę nie możemy się doczekać.

Fot.FotoPyK

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...