Jaką właściwie pełnisz dzisiaj funkcję w Lechii? Masz realny wpływ na politykę klubu czy jesteś raczej jego twarzą?
Dostałem tę propozycję w trudnym okresie życiowym. To było jak ukłon ze strony klubu, podanie ręki. Przy pierwszych rozmowach usłyszałem: „zobaczymy, na ile będziesz się w stanie zaangażować czasowo i co będziesz mógł dla nas zrobić”. Potem odbyliśmy kilka spotkań podsumowujących nasze plany. Nie uczestniczyłem we wszystkim operacyjnie, nie podpisywałem np. kontraktów, ale mam satysfakcję, że poszliśmy w takim kierunku, za jakim optowałem. Prezes Mandziara ruszył do boju i odwróciliśmy wektor.

Życie po piłce. Jarosław Bieniuk szeroko o karierze biznesowo-sportowej.

Pierwsze pół roku to kompromitacja na wielu polach.
Nie użyłbym słowa „kompromitacja” ale faktycznie nie wyglądało to tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Potem wiele się zmieniło. Przyszedł trener, o którym wiedzieliśmy, że dobrze rokuje, unormowaliśmy sprawy motoryczne i uzupełniliśmy kilka pozycji o konkretne nazwiska. Potencjał – chyba nikt nie ma wątpliwości – był tu zawsze, wystarczyło parę istotnych roszad i teraz wszystko idzie w dobrym kierunku.

Słuchając twojej pierwszej odpowiedzi, odnieśliśmy wrażenie, że nie jesteś do końca usatysfakcjonowany ze swojej roli.
Wręcz przeciwnie. Ja po prostu dopiero uczę się funkcjonowania w biurze, po tej drugiej stronie, stąd moja rola ma taki, a nie inny charakter. Wcześniej – jako piłkarz – nie interesowałem się takimi rzeczami, a teraz zauważyłem np., jak wiele jest problemów w grupach juniorskich. Rozumiem tych chłopaków, bo sam w wieku 17 lat trafiłem do Ekstraklasy. Pamiętam te początki… Marek Jankowski, pseudonim „Kotlet”, nasz kierowca powiedział trenerowi Gładyszowi, że w Ogniwie Sopot jest niezły chłopak. Nie byłem wielkim talentem. Raczej: „wiesz, fajne warunki, dobrze się porusza i nie opuszcza treningów”. Lechia to było dla nas coś. Czytało się o tych juniorkach, że jadą na jeden turniej, drugi, tu puchary, tam zagranica… Tu trener Gładysz pokazuje złoty medal z Danii, tu z Haarlemu… Trafiłem do niego jako 15-latek. Jaki ja byłem zajarany, kiedy dostałem dres Lechii… Szok! Poszedłem w nim do szkoły, że niby miałem trening po lekcjach!

Gładysz, z którym spotkaliśmy się przed kilkoma miesiącami, chwalił twoje podejście do pracy.
Zawsze byłem w pierwszej trójce pod względem frekwencji. Nie obijałem się. U trenera Gładysza zrobiłem jednak duży postęp. On mnie ukształtował przez te cztery lata. To niby były inne czasy, ale już wtedy pracowaliśmy nad mocą i wytrzymałością, robiliśmy badania krwi i mieliśmy treningi ze sprawności ogólnej. Sztangi, skoki, piłki lekarskie… Jak potem trafiłem do Amiki i usłyszałem, że „nóg nie trzeba robić”, to nie mogłem uwierzyć. Przez pięć lat nie mieliśmy siłowni. Wszystko unormowało się dopiero po przyjściu Rehasportu. Wtedy doktorzy Piontek i Dudziński zaczynali swoją karierę, w mieszkaniu w kamienicy. Kupili trochę sprzętu, w jednym pokoju sala rehabilitacyjna, w drugim recepcja, a my – jako Amica – byliśmy królikami doświadczalnymi. Jak pierwszy raz zbadali mi stawy skokowe, to usłyszałem, że nie powinienem wychodzić na treningi, bo grozi mi kontuzja. Fifty-fifty. Dostałem program i zacząłem pracować pod kątem deficytów mięśniowych. Ta wiedza zawsze mnie interesowała. Dlatego nigdy nie miałem poważnej kontuzji.

Aż po karierze zerwałeś więzadła i na spotkanie z nami przyszedłeś o kulach.
W meczu wigilijnym! W trakcie kariery człowiek dba o siebie. Dobrze się odżywia, robi badania. Zawsze starałem się tego pilnować, choć mechanicznych kontuzji – np. złamań – nie da się uniknąć. Do czego jednak zmierzam – postawiłem sobie w Lechii za punkt honoru, by zadbać o warunki dla grup juniorskich. Pochłonęło mnie to i na szczęście ze strony zarządu też widzimy dużą wolę, by jeszcze je rozwijać. Kiedy poukładasz wszystko w pierwszej drużynie, to dalej – przy odpowiednim trenerze i właściwym okresie przygotowawczym – idzie ona swoim torem. W niższych kategoriach pracy jest ciągle ogrom.

Co załatwiliście?
Choćby obóz dla chłopaków, z czym wcześniej był problem. Zorganizowaliśmy też firmę z trenerami od przygotowania motorycznego, którzy zajmują się jedynie grupami młodzieżowymi. Chłopcy mają treningi dwa razy w tygodniu. Podnoszą swoją formę. Stale nad wszystkim pracujemy, ale wciąż jest dużo do zrobienia. Spełniam się w tym, natomiast wiem, że wkrótce trzeba będzie konkretniej zdefiniować moją rolę w klubie.

Gdzie się widzisz docelowo?
Jestem w rozterce. Cały czas się uczę, ale nie jest łatwo przejść z boiska do struktur klubu. Jako piłkarz chodzisz po korytarzach, znasz ludzi, ale dopiero potem przekonujesz się, że nie masz pojęcia, jak to wszystko funkcjonuje. Chcę być odpowiedzialny za różne projekty, ale nie wiem jeszcze, kim zostanę.

A co najbardziej ci odpowiada?
Trenerka. To moje marzenie. Byłoby jednak ciężko ze względu na moją sytuację rodzinną. Kariera trenerska wiąże się z podróżami. Praktycznie nie różni się od życia piłkarza. Dostaniesz propozycję z Krakowa – przeprowadzka. Wejherowo – przeprowadzka. U mnie to niemożliwe.

Nie podejrzewaliśmy cię o ambicje trenerskie. Sprawiasz raczej wrażenie zorientowanego na biznes.
Drużyna, szatnia i boisko to moje naturalne środowisko. Do biznesu podchodzę zdroworozsądkowo. Nie mogę polegać tylko na jednej pracy. Trzeba szukać różnych perspektyw i dywersyfikować ryzyko, by – jeżeli jeden projekt nie wypali – nie zostać na lodzie. Czuję się biznesmenem, ale z pasji. Nie jestem wykształcony w tym kierunku. Raczej otaczam się mądrzejszymi ode mnie. Mam jakąś intuicję, ale bardziej przydaję się pod względem kapitałowo-wizerunkowym.

W piłce kojarzyłeś się raczej z kolorowym ptakiem, który po meczu lubi się pobujać. Tu ścianka, zdjęcie, tam impreza… Do trenerki to raczej nie pasuje.
To prawda. Trenerka to codzienna, żmudna, 24-godzinna praca. I ja chciałbym ją wykonywać, gdyby to było możliwe.

Twoje ruchy biznesowe też nie są standardowe dla zawodników po karierze. Piłkarze raczej otwierają knajpy lub żyją z wynajmu mieszkań. Ty podszedłeś do sprawy bardziej ambitnie.
Zdroworozsądkowo. W Widzewie poznałem Marcina Ciącio, który był dyrektorem sprzedaży. Widziałem, jak pracuje i szybko zaczęliśmy nadawać na tych samych falach. Pomyślałem: „kurczę, fajnie byłoby mieć firmę z tym człowiekiem”. Potem dołączył do nas Rafał Dylewski, project manager i wspólnie doszliśmy do wniosku, że w sporcie jest jeszcze dużo przestrzeni do zagospodarowania.

Wiele osób jej nie dostrzega. Sport raczej nie jest kojarzony z narzędziem do zarabiania pieniędzy. Trzeba raczej myśleć parę ruchów do przodu.
I to nas połączyło. Tak stworzyliśmy IQ Sport. Jako czynny zawodnik nie mogłem się zaangażować operacyjnie, tylko wizerunkowo i kapitałowo. Firma miała się jednak opierać na trzech filarach: sportowo-menedżerskim, którym miałem się docelowo zająć, marketingowym – liczymy, że ta gałąź rozwinie się jak na Zachodzie, gdzie połowę przychodów piłkarzy generuje wizerunek i marketing – oraz nowe technologie. Sam jestem fanem portali społecznościowych, nowych platform i aplikacji mobilnych, Rafał jest mega wykształcony w tym temacie i razem stworzyliśmy platformę, która cieszy się coraz większym zainteresowaniem.

To wasz flagowy projekt?
Angażujemy się głównie w eFan24, czyli platformę, która – bez zawiłości – wychodzi naprzeciw nowym trendom przy odbieraniu imprez sportowych. Co jest dziś najpopularniejszą zabawką? Smartphony. Ludzie bawią się nimi wszędzie, także na stadionach. Wszyscy korzystają z iPhone’ów. Najczęściej Facebook, Twitter czy Instagram. Najczęstszym kłopotem jest jednak problem z siecią, która często nie działa na stadionach. A to już droga sprawa.

Internet LTE nie jest rozwiązaniem?
W Polsce wciąż nie ma przesyłu, który funkcjonowałby wystarczająco dobrze na pełnym stadionie. Wykorzystaliśmy nową technologię Beacons i pod nią stworzyliśmy dedykowaną platformę eventową.  Często jeżeli chcesz na platformie społecznościowej wyciągnąć coś z danego eventu, na którym właśnie się znajdujesz – np. z meczu Lechia – Legia –  ciężko ci będzie się przebić przez wiele wydarzeń, przez wpisy znajomych, które cię w tym momencie nie interesują. Tutaj tworzymy platformę pod konkretny event, na której komunikujesz się ze znajomymi, wrzucasz zdjęcia, pliki audio…

By cały stadion mógł ze sobą nawiązać interakcję?
Wchodzę na stadion, włączam aplikację, widzę ciebie, ty mnie… Dajemy kibicowi możliwość poprawienia odbioru widowiska. Większa zabawa. Nie nudzi ci się w przerwie czy przed pierwszym gwizdkiem. A co dajemy klubowi? Kanał komunikacji z kibicem. Oprócz ledów, telewizji, gazetki, strony internetowej czy fanpage’a klub otrzymuje nową platformę. Potem można się już dogadywać z reklamodawcami.

To tylko idea czy już działa?
Na razie jest w fazie testowej. Dwa razy testowaliśmy już z dobrym skutkiem na PGE Arenie, a 17. kwietnia wypróbujemy na Stadionie Narodowym podczas Grand Prix w żużlu. Mamy też potwierdzone zaproszenie z Valencii na ostatnią kolejkę z Primera Division, a rozmawiamy z klubami Bundesligi. Byliśmy także na konferencjach w Stanach Zjednoczonych czy Fan Experience Forum  w Londynie. Wszędzie słyszymy: „ciekawa rzecz, robimy to”. Bo nasza usługa nie jest droga w porównaniu do stawiania całego wi-fi na stadionie. Ten projekt pochłania jednak wszystkie zasoby czasowe i ludzkie w IQ Sport. Mocno się zaangażowaliśmy. Mogę się też pochwalić, że podpisując kontrakt wizerunkowy z Avon Sport na moją osobę, doprowadziliśmy do pierwszej sytuacji, kiedy piłkarz ekstraklasy związał się z marką kosmetyczną. Badamy rynek, szukamy możliwości i wierzymy, że w perspektywie kilku lat nasz rynek pójdzie do przodu.

A druga aplikacja?
Platforma mobilno-internetowa wykorzystująca modny ostatnio system crowdfundingowy, czyli zbierania pieniędzy na jakiś cel. Nikt wcześniej nie pomyślał, żeby w trudnych czasach – kiedy kryzys dopadł wszystkie dziedziny, a kluby ze średniej półki mają coraz większe problemy finansowe – móc w jakiś sposób wykorzystać kibiców. Na przykład – by czynnie uczestniczyli w polityce transferowej. Ile było przypadków, gdy kibice zarzucali się, by klub  nie upadł lub po prostu mógł pojechać na mecz? Dlaczego teraz tego nie wykorzystać?

Wy po prostu bierzecie prowizję.
Tak. Monetyzacja jest prosta, według biznesplanu. Na razie rozmawiamy z polskimi klubami, postaramy się wystartować w tym roku i dokonać pierwszej zbiórki, a potem zastanowimy się nad zagranicą, gdzie jest więcej kibiców, a – co za tym idzie – możliwości. Mamy project managera, który będzie odpowiedzialny za kontakt z klubami z całego świata. W międzyczasie pojawią się kolejne pomysły. Może pójdziemy w tym kierunku, może w innym. Może coś okaże się niepotrzebne, a inne rzeczy trzeba będzie rozbudować? Na razie wszystko testujemy i powoli ruszamy, a potem zobaczymy.

Nie jesteś zorientowany na najpewniejsze gałęzie w biznesie. Szukasz pomysłów, na których docelowo można zarobić, ale można też utopić.
Oczywiście. Zainwestowałem swoje prywatne pieniądze, ale nie mówimy tu o kwotach milionowych. Szukamy też inwestorów. Dostaliśmy już pieniądze z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości oraz na promocję z Unii Europejskiej.

Ścieżki już wydeptane.
Nie wszystko to moje pomysły. Jestem fanem technologii, sportu i jeśli czuję, że można to fajnie spiąć, staram się otoczyć mądrzejszymi i wdrażać pomysły w życie.

Jesteś trochę jak Kusznierewicz, który wyskoczył z aplikacją Zoom.me. Nie jest tania, ale się sprzedaje.
Poznaliśmy się z Mateuszem na wigilii i wymieniliśmy doświadczenia. On też zainteresował się naszymi projektami. W przeciwieństwie do mnie – mógł się jednak bardziej zaangażować operacyjnie. Zakończył karierę i zajął się wyłącznie tym. Ja jeszcze nie miałem na to czasu.

Właśnie – skąd ty masz na to wszystko czas?
Jestem zajęty i zalatany, ale wszystko to kwestia organizacji. Rano odwożę dzieci do szkoły, do 15:30 wykonuję całą pracę dla Lechii, popołudniu zawożę dzieci na zajęcia dodatkowe, a pozostałe biznesy to kwestia spotkań. Wpisuję w kalendarz, jadę i załatwiam temat. Nie muszę się angażować we wszystko operacyjnie, bo nawet nie mam takiej wiedzy.

Możemy poruszyć smutny temat?
Wolałbym nie. Wszyscy i tak wiedzą, co się stało.

Z tego powodu zakończyłeś karierę.
To prawda. Nie zakończyłem kariery, dlatego że źle się czułem, tylko ze względów prywatnych. Nawet dziś rozmawiałem na szkoleniu z Edim. Mówił: „jak skończyłeś, to od razu zadzwoniłem do Stolara, żeby cię brać”. Maciek wiedział jednak, o co chodzi i mu wytłumaczył.

Czasem dobrze skończyć nie za późno.
Lepsze to niż pałętanie się po rezerwach… Chociaż w Polsce świadomość klubów i tak jest większa niż kiedyś. Kluby rozstają się z piłkarzami z coraz większą klasą. W bardziej cywilizowanym stylu.

Twoja dalsza gra byłaby może i dla ciebie sympatyczna, ale w dużej mierze byłaby marnowaniem czasu.
Już w pierwszym roku w Lechii zapisałem się z Grześkiem Rasiakiem na kurs trenerski UEFA B. Nie było łatwo, bo o piątej rano wracało się z wyjazdu, a o dziesiątej szkoła. Może i wpływało to źle na formę, ale co zrobić? Nie było innych terminów. Dzięki temu mam jednak papiery i wiedzę. Przede wszystkim wiedzę, bo kiedy piłkarz gra, myśli w ten sposób: „co, ja nie będę wiedział, jak zrobić trening?!”. Wcale tak nie jest. Trzeba kończyć kursy i się dokształcać. Sam namawiam kolegów, by spojrzeli na piłkę z szerszej perspektywy, co przydaje się na jakiejkolwiek funkcji w klubie, nie tylko w trenerce. Niedawno byłem na super konferencji Leaders in Sports w Nowym Jorku, gdzie wypowiadali się ludzie z różnych dziedzin biznesu, marketingu i sportu. Mieliśmy np. świetne spotkanie z prezesem Hublota, Jeanem-Claudem Biverem. To – jak na zegarki – młoda marka, bo stworzona w 1980 roku, a szybko wdarła się na najwyższą półkę. Facet opowiadał o wizji, idei, innowacyjności… Niesamowicie inspirujące.

Co może być innowacyjnego w zegarkach?
Samo podejście do marketingu sportowego. Nikt w tej branży wcześniej nie myślał, żeby wejść w piłkę. Liczyły się sporty elitarne. Polo, golf, te klimaty. On natomiast wymyślił, że – sorry guys – mundial to najpopularniejszy turniej na świecie, cieszy się największą oglądalnością, więc nawet głupia tablica do zmian może posłużyć za reklamę. 45 minut panelu z Biverem to był stand-up. Show! Opowiadał np., jak dobiera ambasadorów. Widząc, że Diego Maradona nosi na ręce dwa Hubloty, zadzwonił do jednego z dwóch sklepów w Argentynie i pyta szefa:
– U kogo Diego kupuje?
– U mnie.
– Dlaczego dwa?
– A, bo to taki człowiek, że od razu kupuje dwa modele, bo ma dwie córki w różnych rejonach świata, graweruje ich zdjęcia i ustawia aktualną godzinę z tych miejsc.
– Niesamowite, biorę go!
Cyk, Maradona jest ambasadorem!

Pozbawił się rozrzutnego klienta.
Ale tłum przyciągnął. Tak facet buduje markę. Przez sport. Wiele jest takich inspirujących historii, które można wykorzystać nawet przy prowadzenia klubu. Nie wiem przecież, jak mnie życie pokieruje. Może kiedyś wyląduję na wyższym stanowisku.

Teoretycznie na nim jesteś.
Jestem w dziale typowo sportowym.

Sam chyba nie możesz siebie zdefiniować. Mówisz, że kręci cię trenerka, a opowiadając o biznesie, aż ci się oczy świecą.
Trenerem nie będę na pewno.

Ale chciałbyś robić jedno i drugie.
Specjalizacja jest bardzo ważna. Wiem, w czym jestem najmocniejszy. Wiem też jednak, że jeżeli miałbym zająć jakąś funkcję w klubie, byłby to sport. Mam 35 lat, kiedyś będę miał 55. Może przez te 20 lat zbiorę wiedzę potrzebną na jeszcze inną funkcję? Dziś jesteśmy na konferencji skautingowej. To też się przyda. Człowiek zbiera informacje, siedzi w domu, analizuje… Może – jeżeli będzie mnie stać – kupię jakiś klub i zbuduję go od zera? Żartuję, ale człowiek musi marzyć. Dla mnie praca w Lechii jest spełnieniem marzeń. Jestem na każdym meczu.

O ile nie przebywasz w Nowym Jorku.
Takie wyjazdy zdarzają się raz na kwartał.

Kto z polskich biznesmenów cię inspiruje?
Z polskich? Hmm… Miałem okazję poznać Leszka Czarneckiego, który bardzo pomógł mnie i Ani w ciężkich chwilach. Kilka razy rozmawialiśmy, ale trudno się na nim wzorować – to wręcz za wysoka półka. Szukam raczej takich karier, jak w przypadku Kusznierewicza. Obserwuję, jak rozwija się człowiek, który ma świadomość, jak zarządzać wizerunkiem i karierą. Sam dla siebie był marketingowcem. Sam szukał sponsorów. Patrzę też, jak piłkarze radzą sobie po karierze i – trzeba jasno powiedzieć – cieszmy się, że coraz więcej naszych sportowców nie musi potem już nic robić. Kariera sportowa dała im takie zabezpieczenie, że tylko korzystają z życia. Ja do tej grupy nie należę.

Na dłuższą metę to nudne.
Dlatego szukają wrażeń gdzie indziej. Grają w golfa, ścigają się…

Człowiek chce zarabiać, nawet kiedy ma bardzo dużo.
Liczy się też satysfakcja. Czujesz, że coś ci się udało, że poszedłeś do przodu. Niektórzy robią pieniądz dla pieniądza, to ciągły wyścig.

Rozmawiali KRZYSZTOF STANOWSKI i TOMASZ ĆWIĄKAŁA

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments