Reklama

Magdziński z Angoli (3): Odcinek specjalny – malaria

Piotr Tomasik

Autor:Piotr Tomasik

19 marca 2015, 19:53 • 6 min czytania 0 komentarzy

Kiedy dostałem pierwszy telefon od tajemniczego Niemca z propozycją wyjazdu do Afryki, nagle pojawiało się wiele obaw, ale tylko jednej negatywnej myśli nie mogłem wyrzucić z głowy – malarii. Malaria, nazywana także zimnicą, jest chorobą pasożytniczą, wywoływaną przez pierwotniaki. Przenoszona przez ukłucia komarów w tropikalnych i subtropikalnych strefach klimatycznych stała się poważnym problemem mieszkańców, a zarazem stanowi główną przyczynę śmierci osób podróżujących do tropiku.

Magdziński z Angoli (3): Odcinek specjalny – malaria

Piątego marca – pierwszy raz podczas mojej afrykańskiej przygody pojawiły się lekkie kłopoty zdrowotne. Nawarstwiające się zmęczenie codziennymi treningami i ciągły upał wystawiły na próbę mój układ immunologiczny. Pojawiła się opryszczka na ustach, czego wręcz nienawidzę i ogólne osłabienie organizmu. Przez kilka następnych dni nie rezygnowałem z treningów, rozegrałem nawet mecz, w którym pokonaliśmy Desportivo da Huila 3-1. Wydawało się, że to koniec kłopotów, a tak naprawdę to był ich dopiero początek. Przez kolejnych kilka dni nie czułem się najlepiej. Co prawda opryszczka ustąpiła, ale pojawił się ból gardła i katar. Pomyślałem, że to w sumie normalne, zawsze tak miałem i leczyłem się swoimi sposobami nie rezygnując z treningów. Którejś nocy wpadłem jednak na pomysł, żeby po 2,5 miesiąca pobytu na Czarnym Lądzie sprawdzić, czy przypadkiem nie przyplątało się jakieś ścierwo.

image1_1

W piątek przed treningiem pojechałem z klubowym maserem pobrać krew do analizy, a później prosto na trening. Maser miał odebrać wynik o godzinie 14:00. Po treningu wróciłem jak zwykle do domu. Tego wieczora o godzinie 18:00 mieliśmy stawić się w klubowym hotelu przy plaży, aby spędzić wspólną noc i o 5:00 rano wyruszyć do Luandy na kolejny mecz wyjazdowy. O godzinie 15:00 nie miałem informacji o stanie mojego zdrowia ani numeru telefonu do wspomnianego masażysty. Zacząłem wydzwaniać po innych znajomych, aby zorientowali się jak wypadły moje wyniki. Do 18:00 nie dowiedziałem się zupełnie niczego. W końcu przyjechał spóźniony bus, który miał nas zawieźć na zgrupowanie i dostarczyć informacje z wynikami analizy. Bus był, ale masażysty i dokumentu z wynikiem już nie.

Moja cierpliwość się kończyła. Uwierzcie – mam jej bardzo dużo, ale jak chodzi o sprawy zdrowotne, to jakoś bardzo szybko ulatuje. Od kierowcy busa zdobyłem numer do nieodpowiedzialnego masera i poprosiłem kolegę żeby zapytał po portugalsku o moje wyniki.

Reklama

Porozmawiali chwile, Marinho odłożył słuchawkę i mówi:

– Masz Paludismo.
– Co to, kurwa, jest Paludismo?
– To taka choroba, którą przenoszą komary, ale nie bardzo groźna.

Myślę sobie, co za frajer z tego masażysty, jak można mieć dokument z analizy krwi z pozytywnym wynikiem i nie powiadomić mnie o tym natychmiast. Przekazałem informacje trenerowi, który skontaktował się z gościem od rozluźniania mięśni. Ten powiedział, że to nic wielkiego i ma już dla mnie tabletki, żebym mógł zagrać w niedzielnym meczu. Trener zdecydował, że na noc zostanę w domu, ale pojadę z drużyną na wyjazd. Jeśli będę się dobrze czuł, to zagram, jak nie, to obejrzę mecz z trybun. W międzyczasie zadzwoniliśmy do naszego klubowego lekarza, który nie widział dokumentu na oczy, ale z informacji, jakie od nas uzyskał, polecił pozostanie w domu. Po ustaleniach z trenerem wróciłem do siebie i przygotowywałem się do spania ze świadomością, że mam jakąś tropikalną chorobę, która rzekomo nie jest groźna i na temat której nie mogłem nawet poczytać, bo w tym dniu nie mieliśmy internetu. Pozytywne w tym momencie było głównie to, że nie mam malarii.

Kładąc się spać miałem wiele przemyśleń – w sumie czuję się dobrze, tabletki wezmę natychmiast, tak że wszystko na pewno się ułoży, a decyzję o występie w niedzielnym meczu muszę podjąć dopiero pojutrze. Zobaczymy, jak będzie – z taką świadomością zasnąłem, aby obudzić się o 4:30 i dojechać do drużyny na zgrupowanie i wspólne śniadanie.

Dalej, jak to zwykle, długa podróż do Luandy, tam obiad, odpoczynek i przedmeczowy rozruch na obiektach Petro de Luanda. Na treningu czułem się całkiem normalnie, bez żadnego osłabienia, bólu głowy czy innych dziwnych objawów. Myślę sobie – super, taka bezobjawowa choroba albo tabletki działają. W drodze do hotelu poprosiłem „cudowne ręce” o dokument z wynikiem moich badań. Wróciliśmy do hotelu, prysznic, kolacja, a wieczorem piłkarskie rozmowy w pokoju. W międzyczasie wpadłem na pomysł, żeby sprawdzić co mi wyskoczy, kiedy wpisze w translator i przetłumaczę na polski słowo „paludismo”. No i sprawdziłem. Wynik był zadziwiający, okropny, straszny, niecodzienny…

Paludismo = Malaria

Reklama

image2

Nie, nie nie… Jedyna obawa przed wyjazdem do Afryki to była malaria i oczywiście przeciągnąłem myślami to ścierwo do siebie. I te wszystkie ceregiele typu spanie pod moskitierą, spreje przeciw insektom, ciągła uwaga skupiona na mikroskopijnych kamikadze nie przyniosły efektu. Zachciało mi się przygody z afrykańską piłką i afrykańskimi komarami, to proszę, przeżyję ją na własnej skórze. Jak spać ze świadomością, że masz w sobie śmiertelnego pasożyta? A może to nie takie groźne, jak się wydaje? Może będzie OK, w końcu czuję się całkiem dobrze, tabletki trochę mulą, ale ogólnie w porządku.

Zasnąłem z przekonaniem, że jutrzejszy dzień sam przyniesie rozwiązanie. W nocy podświadomość kolejny raz podrzuciła je sama. Przeanalizowała wszystkie dostępne informacje i połączyła w jedno. Natychmiast po przebudzeniu zrobiłem zdjęcie dokumentu z wyrokiem i wysłałem na Facebooku do wspomnianego lekarza, po czym poprosiłem kumpla, żeby powiadomił telefonicznie o przesyłce i poprosił o odczytanie wyników. Sprawa wydawała się prosta. Wchodzisz do Messengera, sprawdzasz, jak wyglądają wyniki i oddzwaniasz z informacją, ale potwierdziło się, że nie wszyscy tak funkcjonują. W międzyczasie znaleźliśmy się już w autokarze w drodze na mecz i bez informacji od lekarza podjąłem decyzję, że zagram. W końcu nie po to jechałem tyle kilometrów, żeby na trybunach siedzieć – tym bardziej, że czuję się całkiem normalnie.

Oddając się polskim rytmom grającym w moich słuchawkach, poczułem zaczepkę kumpla, który dzwonił do doktora. Wyjąłem słuchawkę z ucha, a on do mnie mówi:

– I just spoke with doctor, you are good, you are healthy, you don’t have nothing!

Hm, mam się cieszyć z tego, że jestem zdrowy czy ubolewać nad poziomem inteligencji gościa, który błędnie odczytał wynik bez konsultacji z lekarzem? Chyba to pierwsze. Poza tym, że wziąłem prawie całą serię tabletek na malarię, co nie było bez znaczenia w perspektywie rozgrywania meczu, to wszystko ze mną w porządku. Zmiany nastrojów przez ostatnie dni były jak wykresy na giełdzie papierów wartościowych. Ale jak to mówią „na końcu wszystko będzie dobrze, a jak nie jest dobrze, to jeszcze nie jest koniec”.

Pozytywne jest to, że przez następny miesiąc nie ma szans na złapanie choroby, której najbardziej się obawiałem. Niestety mecz przegraliśmy, a ja zagrałem 40 minut i dostałem pierwszą w życiu „wędkę” z powodu szybkiego opadnięcia z sił po morderczych tabsach.

Chociaż w dniu w którym dostajesz wiadomość o cudownym wyleczeniu nic nie jest w stanie popsuć ci humoru. Tym bardziej, że trener nie miał do mnie pretensji o zaistniałą sytuację.

W oczekiwaniu na kontynuację opowieści o afrykańskich przygodach po odcinku specjalnym, zapraszam do zapoznania się z moim fan pagem gdzie znajdziecie ciekawe fotki i inne teksty opowiadające o czarnym ladzie.

Jacek Magdziński

Najnowsze

Ekstraklasa

Do końca sezonu na tyle stać Lecha – na męczenie buły i ciułanie punktów

Paweł Paczul
21
Do końca sezonu na tyle stać Lecha – na męczenie buły i ciułanie punktów

Komentarze

0 komentarzy

Loading...