Parafrazując Forresta Gumpa, Ekstraklasa jest jak pudełko czekoladek: nigdy nie wiesz, co ci się trafi. Trzeba naszym ligowcom oddać co ich, bo tak jak co kolejkę na którymś stadionie uraczą widzów parującym zakalcem, tak i zawsze gdzieś zaserwują prawdziwy cymesik aż palce lizać. Prawidłowości w tym wielkiej nie ma, ot, raz ci sobie przypomną, że umieją grać, potem inni. Tym razem padło na Górnik i Podbeskidzie, które wspólnie stworzyły takie widowisko, że aż Baszczu w pewnym momencie krzyknął do Żelka Żyżyńskiego: daj mi spokój, to jest niemożliwe!

Koncert Górnika i Podbeskidzia. Tempo, dramaturgia, bajeczne asysty

Co więc było aż tak niemożliwego? Po pierwsze, tempo. Raczej rodem z najbardziej szalonych spotkań Pucharu Narodów Afryki, a nie Ekstraklasy. Akcja za akcję, co chwila coś się działo to pod jednym, to pod drugim polem karnym. Przewidujemy, że operatorzy kamer, przyzwyczajeni do stateczniejszych spotkań, raczej takich podczas których można spokojnie sączyć kawkę, tym dostali niezłego kręćka (i pewnie rozlali kawkę). Zwraca też uwagę rzadka jak na Ekstraklasę ilość groźnych sytuacji – bywają mecze, że strzałów jest co niby niemiara, ale raczej takich, na które uwagę zwrócą wyłącznie statystycy. Tutaj takiego problemu nie mieliśmy. Sporo było takich akcji, gdzie nauczeni doświadczeniem spodziewalibyśmy się raczej zarycia czubem w murawę, a kończyło się uderzeniem, po którym ręce same składały się do oklasków. Nawet jak Sokołowski huknął z woleja z dwudziestu pięciu metrów, co w dziewięciu przypadkach na dziesięć skończyłoby się wyekspediowaniem piłki poza stadion, niemal trafił pięknego gola. To był powtarzający się motyw tego meczu, zmieniały się tylko nazwiska.

Tempo zagrało jednak dopiero drugie skrzypce, bo palmę pierwszeństwa trzeba oddać dramaturgii. To Podbeskidzie mogło ustawić sobie mecz, ale Korzym spartaczył okazję, którą na talerzu wyłożył mu Śpiączka. W odpowiedzi błysnęli Grendel z Kosznikiem i mieliśmy 1:0, ale „Górale” odpowiedzieli jeszcze lepszą akcją, w której znowu główną rolę odegrał Śpiączka. Dwie kapitalne akcje bramkowe, przyznajemy, byliśmy już wtedy nasyceni, a tu proszę, intrygujący deser: dwa karne w trzy minuty tuż przed przerwą. Obie jedenastki podyktowane słusznie, goście mogą mieć pretensje tylko i wyłącznie do swoich obrońców, obie wykorzystane przez Magierę.

Ofensywa Podbeskidzia była jednak dzisiaj dostatecznie mocna, by naprawić to co psuli defensorzy. Ale ważny fakt: nie byłoby czego odwracać, gdyby strzał Grendela na trzydzieści sekund po przerwie wpadł do siatki (Deja w ostatniej chwili wybił piłkę z linii), ale taki jest futbol. Decydują chwile. Z 1:4 „Górale” pewnie już by się nie podnieśli, a tak, oglądaliśmy ich koncert w drugiej połowie. Górnik też się odgryzał, nie powiemy, że nie, ale palma pierwszeństwa należała do kompanii Ojrzyńskiego. Iwański grał jak za najlepszych lat, znakomite wrażenie robił waleczny Śpiączka, Chmiel kolejny raz udowadniał ile znaczy dla tej drużyny. Sporo wniosła też zmiana Korzyma na Malinowskiego, tutaj Ojrzyński trafił w dziesiątkę – jak mamy ambiwalentne uczucia co do „Maliny”, tak bez niego tego powrotu by nie było, to pewne. Dziś był jednym z najlepszych, prawdziwy dżoker.

Skrót nie odda wam dramaturgii, skrót nie odda tempa meczu, ale i tak trzeba go obejrzeć. Powód? To był mecz asystentów, aż trzy asysty – lob Grendela, piętka Śpiączki i piętka Iwańskiego – w inny weekend mogłyby śmiało rywalizować o zagranie kolejki. Chcemy więcej takich spotkań, dziś w Zabrzu było pysznie; w obu drużynach pewnie pojawi się poczucie niedosytu, ale prawda jest taka, że więcej w obu ekipach dziś powodów do przybijania piątek.

Image and video hosting by TinyPic