Kiedy przyjeżdżał do Polski po raz pierwszy, miał 22 lata i był piłkarzem Benfiki Lizbona. Nie miał w niej wprawdzie szansy pograć, ale kibice Zagłębia Lubin, ówczesnego mistrza Polski, byli nim wręcz zachwyceni. Żałowali, że wypożyczenie kończy się po roku i nie ma możliwości jego przedłużenia. Dziś Sreten Sretenović ma 30 lat. W Serbii nikt nie porównuje go już do Nemanji Vidicia. Do Cracovii trafił po dwóch latach spędzonych w Korei, a w rozmowie non stop powtarza, że nie chce oglądać się za siebie. A to znak, że nie wszystko poszło tak, jak miało. 

„Sreten, jedziesz do Polski!”. Podejście trzecie

Rewanzowy mecz 1/2 finalu polfinal Puchar Polski sezon 2007/08: Zaglebie Lubin - Legia Warszawa 1:1 30.04.2008 Lubin Sreten Sretenovic Fot. Piotr Kucza / Newspix.pl

Rzadko zmieniał kluby na takie, których sam by sobie życzył. A miał ich w karierze jedenaście. W żadnym nie rozegrał więcej niż 50 meczów. Najdłużej, bo dwa lata, spędził w Słowenii i Korei.

Dobre były. W Słowenii, bo do domu w Serbii blisko. A w Korei… Fajna liga. I pieniądze dobre. Wiadomo, że tam się jedzie dla zarobku, ale dwa lata to wystarczająco dużo czasu. Inna kultura, trudno się przestawić. Niełatwo dla rodziny. Jak koreański klub wyjeżdża na zgrupowanie, to na miesiąc. Z drużyną spędza się całe dnie, aż do kolacji i dopiero po niej wraca się do domu. Jedzenie też trudne dla Europejczyka – ryż na śniadanie, obiad i kolację – opowiada. Po polsku – prosto, ale zaskakująco sprawnie. – Jestem z Serbii, grałem w Polsce, w Rosji i Słowenii. Te języki jednak są podobne.

Luizao, David Luiz, Katsouranis, Sretenović…

Raz jedyny trafił dokładnie tam, gdzie chciał. Latem 2007 roku do Benfiki. – Portugalczycy pytali o mnie już dwa lata wcześniej, ale doznałem kontuzji kręgosłupa i przez osiem miesięcy pauzowałem. No, ale później znów się odezwali. Powiedzieli, że jeśli badania wyjdą dobrze, to mnie biorą – mówi.

Wzięli, dając 22-latkowi z serbskiego spadkowicza, RAD Belgrad, 4-letni kontrakt do podpisu. Pudło. W Benfice nigdy nie zagrał ani jednego meczu. Temat wypożyczenia pojawił się już po miesiącu treningów w Portugalii. – Za rywali miałem Luisão, Davida Luiza i Marco Zoro. Czasem jako stoper grał też Katsouranis. Dyrektor sportowy poprosił mnie na rozmowę, przedstawił możliwości.

Decydujące rozmowy toczyły się w ostatni dzień letniego okna. Sretenović wiedział już, że w Benfice nie ma miejsca, w jego interesie jest odejść na wypożyczenie. Pytanie tylko – dokąd?

– W gabinecie pojawił się menedżer Mario Branco (Portugalczyk, współpracujący z ówczesnym dyrektorem Zagłębia Jakubem Jaroszem – od red.). Powiedział, że ma dla mnie klub w polskiej Ekstraklasie. Mistrz kraju, bardzo dobry. Zgodziłem się właściwie bez pytania – opowiada.

Już kilka lat temu w wywiadach precyzował, jak te rozmowy dokładnie wyglądały.

Jeden z ludzi działających w Benfice przychodzi do mnie i mówi mi:
– Sreten, jedziesz grać do Polski!
– Ale do jakiego klubu?
– Nie wiem dokładnie, jaka jest jego nazwa.
– Legia czy Wisła? – zapytałem. Bo tylko takie kluby z Polski znałem.
– Nie wiem, chyba Wisła!

Dopiero następnego dnia, na spotkaniu w szerszym gronie u prezydenta klubu, okazało się, że facet z pomarańczową teczką, z emblematem jakiegoś nieznanego klubu, zabiera go do Zagłębia.

Lenczyk: Z tymi wślizgami to do Kosowa…

Dziś przyznaje: – Jasne, Lubin to nie jest miasto, którym można się zachwycić, ale bardzo dobrze mi się żyło. Chciałem grać i grałem. Pamiętam nasz cały skład, pozycja po pozycji. Kilka nazwisk do dziś utrzymało się w Ekstraklasie – Rymaniak, Pawłowski, Plizga, Iwański, Janukiewicz.

Pamięta dwójkę napastników, z którymi było mu wybitnie nie po drodze. Vuka Sotirovicia i… Martina Fabusa. Nie wiedzieć czemu właśnie dawno zapomnianego strzelca paru goli w barwach Ruchu.

080430PYK295

Serb zaliczył w Polsce 19 meczów.

– Z takim obrońcą nie miałem jeszcze okazji współpracować – mówił w jednym z wywiadów Rafał Ulatowski. Kibice byli przekonani, że trafił im się super piłkarz. Żałowali, że nie da się go utrzymać dłużej. Tylko Orest Lenczyk był odrobinę mniej entuzjastyczny, kiedy na konferencji po meczu Zagłębia z Bełchatowem chciał wysłać Serba… do Kosowa. – To ten, który robił takie ostre wślizgi? – pytał dziennikarzy. Sretenović – kawał chłopa, prawie dwa metry wzrostu – faktycznie prawie w każdym meczu łapał żółte kartki. W sumie uzbierał ich jedenaście plus jedną czerwoną. Poza tym – nie brylował, ale wywiązywał się ze swoich zadań. Zagłębie zajęło 5. miejsce, po czym zostało zdegradowane za korupcję. A Sretenović, tak jak od początku było ustalone, wrócił do Benfiki.

– Świetnie grał głową, miał dobrą motorykę, potrafił wprowadzić piłkę – Czesław Michniewicz chwalił go już w polskich mediach kilkakrotnie. Również teraz, po transferze do Cracovii.

Cztery sezony, siedem przeprowadzek

Tylko że to wszystko opowiastki o przeszłości. Dalej kiepsko się to potoczyło…

– Kiedy wyjeżdżałem z Serbii, chciało mnie ponoć wiele klubów – mówi. CSKA Moskwa, Steaua, Crvena Zvezda, Villarreal, PSV – takie nazwy pojawiały się na giełdzie. Ale kiedy znów się okazało, że Benfika to za wysokie progi, Sreten za 800 tys. euro został wykupiony przez rumuńską Timisoarę.

Absolutnie szalony okres.

Od lipca 2007 roku do stycznia 2011  Sretenović przeprowadzał się aż siedem razy. Nie wchodzi już w szczegóły. „Po prostu mu nie wyszło”. Ani w Timisoarze, ani w Leixoes w Portugalii, ani w Kubaniu Krasnodar, gdzie do rozwiązania kontraktu został przymuszony siłą. Była to zresztą głośna sprawa, którą Sretenović i jego kolega Nikola Nikezić zgłosili do FIFA. Tamten miał zostać pobity. Grożono mu bronią palną. Z kolei Sreten rozwiązał umowę „polubownie”, od razu gdy dyrektorowi sportowemu Siergiejowi Doronczence w negocjacjach postanowiło asystować dwóch nieprzyjemnych typów…

Obaj skutecznie zachęcili go do rezygnacji z około 300 tysięcy euro.

Lubin po raz drugi

W międzyczasie zaliczył drugie podejście do Zagłębia. Znów duże oczekiwania. Stary, twardy Sretenović, ale skończyło się na dwóch meczach otwierających sezon. – W pierwszej kolejce zagraliśmy z Legią, w drugiej z Wisłą. Duża mobilizacja na mecz z mistrzem Polski, a potem kontuzja już przed przerwą. Nie pamiętam dokładnie, jak do tego doszło. Wiem tylko, że bez kontaktu z innym zawodnikiem. Ogromny ból – zerwane więzadło w kolanie. To był koniec mojego grania w Polsce. Operację zrobiono mi w Belgradzie, pauzowałem więcej niż pół roku. Rehabilitacja w Krasnodarze była bardzo słaba. Później jeszcze za wcześnie wróciłem na boisko. Długo po tej kontuzji nie mogłem się odnaleźć.

Kiedy się obudził, nie był już 22-latkiem wytransferowanym do Benfiki, tylko 25-latkiem po ciężkiej kontuzji, któremu nie powiodło się w trzech rożnych klubach średniej europejskiej półki. Takim, o którym nikt więcej nie powie „talent”, „dobrze rokujący”. Tak skończyło się jego podbijanie piłkarskiego świata.

Zresztą, dziś przyznaje, że by zapukać na salony zabrakło jednak też umiejętności. Czegoś ekstra, poza siłą, determinacją i warunkami fizycznymi.

Przez pięć kolejnych lat po prostu robił swoje. Postawił na odrobinę stabilizacji – w Słowenii. Wreszcie wyjechał zarobić jeszcze trochę do Korei. Dwumetrowy stoper mógł zrobić wrażenie na mikrych Azjatach i radził sobie z nimi ponoć całkiem dobrze. Grał regularnie w każdym meczu.

080430PYK281

– Cracovię załatwił mi Mate Lacić, który od dwóch lat jest menedżerem. Znamy się jeszcze z Zagłębia, przyjaźnimy. Zapowiedział, że jeśli będę chciał wrócić do Europy, to on mi znajdzie zespół – opowiada. – Któregoś dnia zadzwonił, że jest temat w Polsce, jeśli tylko chcę iść do Cracovii. Gdyby Zagłębie było w Ekstraklasie, kto wie? Ale tak, to właśnie Mate dogadał nas z trenerem Podolińskim.

Ten szykował go na szefa defensywy, ale zimą okazało się, że gra tej formacji w dalszym ciągu wygląda bardzo słabo. „Dno, tragedia, nic nam nie wychodzi. Jeśli się nie pozbieramy to od Śląska dostaniemy lanie” – tak by można w skrócie streścić jego komentarze po ostatnim sparingu, przegranym 1:3 z GKS-em Tychy. Sretenović – bez emocji, przekonuje, że nie można się tym meczem sugerować. Ale dziś trudno jednoznacznie wyrokować, czy w niedzielę wybiegnie w pierwszym składzie.

Kiedy debiutował w Ekstraklasie, w bramce Ruchu stał jeszcze Robert Mioduszewski, w ataku lubinian grali Ande Nunes i Piotr Włodarczyk, a gola Zagłębiu strzelił Remigiusz Jezierski.

Osiem lat minęło.

Definitywnie, nie wszystko poszło tak, jak miało. Dziś Sretenović chętnie by nawiązał do tamtego siebie – agresywnego, chwalonego za nieustępliwość, zaczynającego karierę 22-latka.

Paweł Muzyka

Liczba komentarzy: 4
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments