Dlaczego nie trafił do Legii i Lechii, w jakich okolicznościach ściął się z Sotiroviciem i Kolendowiczem, jak poprawił rzuty z autu i dlaczego chce być tak silny jak Frączczak? Jak godzi studia z treningami i czyje treningi podgląda na Instagramie? Kogo uważa za największy talent w Szczecinie i dlaczego nigdy mu nie odbije? O tym wszystkim opowiedział Sebastian Rudol, prawy obrońca Pogoni, który w bardzo pozytywnym stylu wprowadził się wiosną do Ekstraklasy.

Kupiłbym Playa, to nie zajrzałbym do anatomii

Masz przed sobą nasz ranking prawych obrońców. Dziesiąte miejsce. Towarzystwo do któregoś miejsca doborowe, ale klasa E, czyli trafiłeś do klasyfikacji z braku laku. Pytanie, czy cieszy cię znalezienie się w rankingu, czy bardziej drażni ten „brak laku”.

Miło, że znalazłem się na liście, ale wiem, że od prawych obrońców oczekuje się większej liczby bramek i asyst.

Które miejsce sam byś sobie dał?

Za 2014 rok? Patrząc na te nazwiska – na pewno nie wyższe. Nie wiem, kogo pominęliście, ale mimo wszystko jestem zdziwiony, bo za niektóre mecze dostawałem niższe oceny.

Gdybyś utrzymał formę z początku wiosny, zająłbyś dużo wyższe miejsce.

Na pewno. Na obniżkę formy miało wpływ wiele rzeczy. Choćby studia. We wrześniu poszedłem na IKF, wszystko do tej pory zdałem, jestem na bieżąco, ale zastanawiam się, czy jest sens to kontynuować. Siłą rzeczy mniej czasu poświęcałem na dopracowywanie innych rzeczy.

Skąd te studia? Presja rodziców?

Sam się zdecydowałem. Zdałem maturę i w sumie nie wiedziałem, czy w tej piłce odpalę, więc wolałem nie rezygnować z nauki. Na razie chcę skończyć pierwszy rok. Za mną kurs trenerski UEFA C, a taki papier prawdopodobnie umożliwi mi zwolnienie ze specjalizacji na drugim roku, czyli powinno być dużo lżej. Jestem dobrej myśli, ale momentami jest ciężko. O ósmej uczelnia, o dziesiątej zbiórka, trening, o czternastej obiad, potem znów uczelnia… Przy dobrym dniu o 16-17 wracam do domu, ale kiedy trzeba posiedzieć dłużej, np. przy gimnastyce, to dopiero o osiemnastej. Oczywiście dzień przed meczem uczelnię odpuszczam. Odpoczynek jest potrzebny.

Zajechałeś się?

Bardzo dużo o tym myślałem, ale właśnie nie chcę tak mówić. Skoro sam podjąłem taką decyzję, to do kogo mogę mieć pretensje? Dociągnę ten pierwszy rok i zobaczę, jak to będzie wyglądało. Albo zostanę przy studiach, albo wezmę dziekankę i skupię się w pełni na piłce.

Na ile trzeba mieć czystą głowę, żeby dawać z siebie wszystko na boisku?

Wierzyłem, że poradzę sobie z łączeniem obowiązków, ale dziś widzę, że na poziomie Ekstraklasy trzeba mieć czystą głowę i koncentrować się w stu procentach na treningach.

Jest czas na hobby?

Spędzam trochę czasu z dziewczyną, która pomieszkuje u mnie w tygodniu, ale ogólnie i tak się mijamy. Ona jest młodsza, chodzi jeszcze do liceum i uczy się do matury, więc kiedy przyjeżdża, to od razu do spania. Zostają nam weekendy. Kiedy gramy w sobotę, w niedzielę o dziesiątej mamy rozbieganie i potem można gdzieś wyjść. Na Playa na razie nie mam czasu. Teraz tylko kolega przyjechał w święta. Śmiałem się, że nadrobiłem cały czas od wakacji.

Wygrywałeś?

Nie, opuściłem się! Kiedyś na obozach się grywało, to dawałem radę, a teraz przy szkole… Koledzy ciągle namawiają: „słuchaj, zbieramy ekipę na Playa, grasz w Pogoni, masz kontrakt, kup sobie konsolę”. Ale co mam zrobić? Kupiłbym Playa, to do anatomii bym nie zajrzał.

Każdy zawodnik w pewnym momencie kariery dochodzi do chwili, kiedy musi wybrać – albo piłka, albo studia lub praca. Ty ten moment niby już masz za sobą, a decyzji dalej nie podjąłeś.

Wszyscy mi mówili, że w końcu będę musiał wybrać, ale chciałem im udowodnić, że dam radę na każdym polu. Im słabiej jednak grałem, tym bardziej wzrastały argumenty przeciwko studiom. Po drodze doszedł jeszcze ten kurs trenerski w weekendy. Na szczęście mam ten papier i mam nadzieję, że nie będę musiał w ogóle przychodzić na uczelnię. Chcę wytrzymać. Chcę też skończyć te studia, ale wiem, że jeżeli zacznę dobrze grać przez rok albo dwa, to trzeba będzie je odłożyć. Łatwiej to zrobić teraz, po pierwszym roku… Widzisz, nie podjąłem jeszcze decyzji. Na razie jest super na studiach i nieźle w klubie. To mnie nie satysfakcjonuje.

Jak wyglądają twoje zgrupowania? Cały czas książki?

Śmieję się, że najbardziej pomogła mi kadra. Tam zamykają nas w hotelu na tydzień, codziennie jeden trening, więc zawsze był czas na jakiś temat z anatomii. Potem przyjeżdżałem i zaliczałem dwa-trzy tematy z rzędu. W domu pewnie aż tak bym się nie zmobilizował. Zawsze by człowiek obejrzał jakiś film z dziewczyną. A zgrupowania Pogoni? Szczecin leży daleko, więc w trakcie podróży da się trochę poczytać.

Powiedziałeś w „Przeglądzie”, że nie będziesz czytał „Dziadów”, jadąc z kumplami z drużyny.

„Dziadów” nie, wiadomo. Wtedy jeszcze uczyłem się do matury i głupio byłoby wyciągnąć niektóre lektury. Koledzy, szczególnie ci bez matury, mówili: „matura chleba ci nie da”. Wiem, że edukacja leży w hierarchii niżej i piłka jest najważniejsza, ale nie chciałem się spierać.

Nie masz jeszcze jakiejś szczególnie stabilnej pozycji w piłce, ale wielu piłkarzy na twoim miejscu dałoby sobie od razu spokój i z czystego lenistwa nie zaczęłoby myśleć o studiach. 

Mam stabilność, jeśli chodzi o kontrakt, ale to nie wszystko. Zależy mi na grze. Na każdy mecz wychodzę z myślą, że ten jeden występ pozwoli mi utrzymać miejsce w składzie, albo mnie z niego wyrzuci. Myślałem nawet o tym przez święta. Przed każdym meczem: „przedłuż swoją szansę o tydzień”. Dzięki temu nałapałem trochę tych minut, ale oceny, jakie dostaję, mnie nie satysfakcjonują. Brakuje wiele, żeby wyróżniano mnie jako talent.

Ale o przyszłość mimo wszystko jesteś spokojny? Choćby finansową?

Po przedłużeniu umowy z Pogonią wziąłem mieszkanie na kredyt. Może nie jestem spokojny, ale tym kontraktem raczej je spłacę. Bardzo mnie to ucieszyło. Życie nie jest stabilne. Szczególnie dla mnie, osoby z mniejszej miejscowości. Rodzice może nie zarabiają jakoś bardzo mało, ale Szczecin to w pewnym sensie inny świat. Przy stabilizacji, na jaką pozwolił mi klub, gra się łatwiej.

Na wiosnę pokazałeś się z bardzo pozytywnej strony. Może nie był to jakiś boom, ale w pewnym momencie stałeś się takim mini-odkryciem.

Wtedy w głowie miałem tylko piłkę. Traktowałem to jako „być albo nie być”. Swoją drogą, później dowiedziałem się, że jedynie matura wstrzymała mi wypożyczenie do Floty Świnoujście. Przed Lechem wypadł jednak Frączczak i trener Wdowczyk powiedział, że czeka mnie sprawdzian. Pomyślałem: „zagram super, to zostanę. Zagram słabo, to nie dostanę kolejnej szansy i będzie wypożyczenie”. Bardzo to przeżywałem, szczęście się do mnie uśmiechnęło, udało się dograć dobrą piłkę, wygraliśmy wysoko… Wszystko odpaliło, a potem – wiadomo – pojechałem na fantazji. Mieliśmy okres dziesięciu meczów bez porażki, ale ubolewam, że w ośmiu spotkaniach miałem dwie asysty i bramkę. Może nie tak źle, jak na bocznego ofensywnego obrońcę, ale teraz tych asyst i goli brakuje. Muszę mocno pracować, by utrzymać pierwszy skład.

Rozmawiałem ostatnio z jednym z twoich kolegów, który nie do końca wie, w którą stronę się ruszyć – czekać na wybicie się w mocniejszym klubie, bo jak się uda, to rok i wyjeżdżasz za granicę, czy jednak odejść, by regularnie się ogrywać. On mówi wprost, że boi się ruszyć, bo jeśli na wypożyczeniu wypadnie ze składu, to może zacząć się dramat. Istniało u ciebie coś takiego, jak strach przed wypożyczeniem?

Powiem za siebie – sam miałem iść na wypożyczenie, ale traktowałem to tak: „okej, tu jestem za słaby, to udowodnię wam gdzie indziej, że zasługuję na miejsce”. Zastanawiałem się nad tym, przyznaję, ale chciałem, by ludzie usłyszeli, że Rudol w pierwszej lidze jednak sobie radzi. Nie bałem się kontuzji. Dbam o siebie i do tej pory nie miałem poważniejszych urazów.

Gdybyś nie odpalił z Lechem, to dziś byłbyś w pierwszej lidze?

Nie zastanawiam się nad tym, ale pewnie by tak było. Moim zdaniem szczęście jest wypadkową dobrej pracy. Jeśli robisz swoje i jesteś cierpliwy, to w końcu się uda. A jeżeli zacznę patrzeć w innym kierunku, to siłą rzeczy szczęścia zabraknie.

Jakie miałeś wrażenie po pierwszych meczach w ekstraklasie? Spodziewałeś się, że będzie trudniej czy od razu założyłeś sobie, że – w końcu taki masz styl – wjeżdżasz w tę ligę z buta, bez zahamowań?

O Lechu nie rozmawiajmy, bo ten mecz był dla mnie tak ważny, że nie zastanawiałem się nad takimi rzeczami. Kolejne występy… Cóż – jest to jakiś poziom, ale na pewno nie taki, przy którym powiem, że nie dam rady. Młody zawodnik przeżywa jednak tę presję. Media, gazety, oceny dziennikarze, opinie trenera… To jest najcięższe – poradzić sobie z całą tą otoczką. Sam nie potrzebuję dziś pomocy psychologa, ale dziś zauważam, że w przeszłości by się przydała. Widzę to nawet po młodszych chłopakach, którzy z nami trenują, a przez rok nie zadebiutują w Ekstraklasie i tylko schodzą do rezerw, gdzie nie zawsze grają. Czasem można się podłamać. W Pogoni pomaga im Paweł Cretti, trener juniorów i psycholog.

Ty w Pogoni nie byłeś jednym z wielu, który nagle się wybił. Wiele osób wróżyło ci karierę na zasadzie: jeśli ktoś z tej grupy da radę, to właśnie Rudol. Czułeś się nadzieją klubu?

Nie czułem się nadzieją, ale czułem wsparcie klubu. Mam dopiero 19 lat, jestem w dorosłym składzie Pogoni trzy lata, a pracowałem już z pięcioma-sześcioma trenerami. Szkoleniowcy grup młodzieżowych, prezesi i dyrektorzy sportowi zawsze patrzyli na mnie pozytywnie – to mi bardzo pomogło. Może nie ma aż tak wysokiej presji, jaka – opowiadał mi o tym Tomek Kędziora – panuje w Lechu, ale samemu można ją sobie wytworzyć. Walczymy o pierwszą ósemkę, ale co, jeśli się nie uda? Zacznie się gra o życie. Jeżeli spadniemy, to kolorowo nie będzie. Nie było mi dane grać w tak dużym klubie jak Legia czy Lech, ale tutaj presję też czujemy.

Raz było blisko.

Tak, z Legią było blisko. W wakacje był też incydent z Lechią, ale wiesz…

Lechia chciała pół ligi.

Dokładnie. Więc nie ma co tego ruszać. Prezesowi Pogoni zależało, żebym został, więc mu zaufałem.

Legia?

Po gimnazjum pojechałem z nimi na turniej do Francji. Zagrałem – wydaje mi się – dobrze, miałem dobry kontakt ze skautem Kucharskim i usłyszałem, że są ze mnie zadowoleni, ale chcieliby mnie zobaczyć w treningu. Powiedzieli, że zadzwonią w połowie lipca, przyjadę na tydzień do Warszawy, przejdę badania i jeżeli wszystko będzie okej, to trafię do swojego rocznika. Minął lipiec, połowa sierpnia, a tu trzeba składać papiery do liceum. Byłem w kropce. Wiedziałem, że Pogoń mnie chce, zadzwoniłem do trenera rezerw, czy mogę pojechać z nimi na obóz i się zgodził. Kiedy byłem już na obozie, Kucharski zadzwonił, żebym przyjeżdżał do Warszawy. Powiedziałem, że za późno, bo zdecydowałem się na Pogoń. Do dziś mamy jednak dobry kontakt.

Co pomyślałeś, kiedy zadzwonił? Szkoda straconej szansy czy nie miałeś przekonania, że w Legii w ogóle cię chcieli?

Przez chwilę pomyślałem: „kurde, Legia, super!”, ale uznałem, że robię swoje w Pogoni. Z perspektywy czasu łatwiej zadebiutować tutaj niż w Warszawie, gdzie nagonka na wynik jest większa.

Niewiele później wskoczyłeś do dorosłej drużyny i zacząłeś walkę o skład dosłownie i w przenośni. Dałeś popalić np. Vukowi Sotiroviciowi.

Strasznie się z nim kopałem na sparingu. Zagrałem z trzy razy ostro i zaczął na mnie polować. Trener Sasal się nawet zdenerwował. Po sparingu Vuk jednak podszedł i powiedział: „przybij piątkę, młody. Jak chcesz coś osiągnąć, trzeba tak grać”. Kiedy trafiłem na stałe do dorosłego zespołu, trener specjalnie ulokował nas w jednym pokoju na obozie w Pogorzelicy. Zakolegowaliśmy się i nasz spór został zażegnany. Ale jeśli pogadałbyś z innymi starszymi chłopakami, to też by potwierdzili, że się wkurzają na te moje faule. Przyzwyczaili się. To nie jest jednak celowe. Czasem po prostu nieumyślnie kogoś kopnę.

Zdarza się, że mają do ciebie pretensje nawet po treningach?

Kiedyś ostro pokłóciłem się z Robertem Kolendowiczem na treningu. Odbyłem wychowawczą rozmowę ze starszymi zawodnikami i usłyszałem, że nie mogę tak postępować. Skończyło się na tym, że kupiłem ciasto dla całej drużyny i wszystkich przeprosiłem.

Zawsze miałeś takie podejście, żeby miejsce po prostu wyszarpać?

Jedni są technikami-wirtuozami, drudzy – jak ja – nie mają do tego predyspozycji i bazują na waleczności czy wybieganiu.

Masz też imponujące rzuty z autu.

Tato kiedyś mi powiedział: „zobacz, ilu jest tych piłkarzy. Każdy na czymś bazuje. Każdego musi wyróżniać jakaś cecha, która pozwoli mu się pokazać. Skoro grasz na prawej obronie, to może zacząłbyś mocniej rzucać auty?”. Trenowałem z piłką lekarską i na mistrzostwa Europy U-17 awansowałem właśnie dzięki tym autom – w elite round strzeliliśmy dwa-trzy gole w ten sposób. Niektórzy się śmiali, że powinienem się nauczyć czegoś innego, ale skoro rzucałem i wpadały bramki, to chyba nie ma co narzekać. W seniorskiej piłce mniej się jednak wyróżniam, bo na tym poziomie każdy jest silny i niektórzy rzucają dalej ode mnie.

Jaki masz rekord? Dorzucisz do dalszego słupka?

Kiedyś mi podliczyli trzydzieści parę metrów. Do dalszego słupka pewnie bym dorzucił, gdybym poćwiczył, ale wolę się skupiać na czymś innym. Dośrodkowania to moja bolączka. Sam też jednak zauważyłem to, o czym mówił tata. Wielu jest zawodników dobrych pod każdym względem, ale…

Pierwszy przykład z brzegu – Dominik Furman. Niezły pod każdym względem, ale jeśli miałbyś wskazać jedną główną zaletę, to byłby problem.

Super zawodnik, techniczny, wybiegany, ale nie strzela dziesięciu bramek w sezonie. Sam teraz obserwuję Golańskiego z Korony. Widać, że ma swoje lata, ale cały czas cieszy się uznaną marką, bo ma te swoje dośrodkowania. Chciałbym dojść na taki poziom.

Golański zagrał jesienią 199 piłek w pole karne rywala – niesamowity wynik.

W przypadku młodego zawodnika połowa z tych podań pewnie nie dotarłaby do celu. Sam też wiem, że w pewnych momentach muszę oddać piłkę mądrzejszym zawodnikom, czyli Maksowi albo „Murasiowi”, którzy odpowiadają za rozegranie. Tak było szczególnie u trenera Wdowczyka, który nie był zwolennikiem dośrodkowań. Zawsze powtarzał: „jak dośrodkowujesz, to na czysto. Wypuszczasz zawodnika w uliczkę i wrzutka z pierwszej”. A nie, że nie masz co zrobić, to wrzucasz.

Jak często trenujesz te dośrodkowania? Przy takich pytaniach zawsze przypomina mi się Adrian Błąd, który stwierdził, że zostaje po treningach, by oddać pięć strzałów.

Zostawałem sporo po treningach, ale dawałem tych wrzutek tak dużo, że zaczęło mnie boleć biodro. Wkurzałem się. Zastanawiałem się: „jak ja mam poprawić te dośrodkowania, skoro potem cały czas jest problem z nogą?”. Trener Stolarczyk powiedział: „zrób dziesięć dośrodkowań po każdym treningu, ale systematycznie. Nie jedź na samej ambicji, bo za bardzo nabijesz nogi. Nie musisz wrzucać trzydzieści razy. Grunt to systematyczność”.

Miałeś też taki okres w karierze, kiedy sam przyznawałeś, że zajechałeś się fizycznie.

To były czasy liceum. Może to dziwnie zabrzmi, ale dziś jest mi trochę lżej. Chodziłem do szkoły związkowej, w której mieliśmy dodatkowe treningi. Dla mnie to, że trenowałem najpierw w klubie, potem w szkole, było normalne, ale kiedy trenerzy się o tym dowiedzieli, wkurzyli się, że im o tym nie powiedziałem. Nie znałem się na tym. Jest trening, to fajnie. Idziesz sobie pograć. Nie myślałem o zmęczeniu i regeneracji. W pewnym momencie wyglądałem katastrofalnie fizycznie, co odbijało się na decyzjach boiskowych. Dziś mam większą świadomość.

Wasze pokolenie ogólnie sprawia wrażenie bardziej świadomego. Jeden z trenerów przygotowania fizycznego w ekstraklasie powiedział mi, że problemem młodych piłkarzy często nie jest brak motywacji ani lenistwo, ale właśnie przemotywowanie.

Kiedy trener od przygotowania fizycznego pokazuje nowe ćwiczenie młodym zawodnikom, to widać, że wielu naprawdę siedzi na siłowni i to robi. Starsi wyprzedzają nas doświadczeniem i mądrością w grze, ale wielu młodych ma wręcz chorą ambicję. Przykład Sebastiana Mili pokazuje, że dobry trener zmobilizuje jednak zawodnika w każdym wieku. Sam obserwuję „Wasyla”, bo trenerzy grup młodzieżowych wspominali, że jestem do niego podobny. Nie znam go osobiście, ale wiem, że będzie dziś na turnieju, to może uda się zrobić jakieś zdjęcie. Gościu ma 33 lata, a po samych zdjęciach na Instagramie widać, jak ciężko trenuje. No i czerpie profity. Premier League.

Ty na tle rówieśników też się wyróżniasz, jeśli chodzi o parametry fizyczne.

Wydolność mam super. W niektórych meczach nie czułem się najlepiej, ale staram się dobrze odżywiać. Tkanka tłuszczowa – 5,4 procent, waga 78,5 kilo przy wzroście 1,83 metra. Optymalnie. Nie jestem jednak wyjątkiem. Większość zawodników jest świadomych. Przykład to Adam Frączczak, który spędza bardzo dużo czasu na siłowni. Śmieję się, bo waży pół kilo mniej ode mnie, a jest zdecydowanie silniejszy. Chciałbym dojść do jego poziomu siły za dwa-trzy lata, kiedy będę już ukształtowany fizycznie. Dołączając do pierwszego zespołu jeszcze nie miałem tej świadomości. Trenowałem na takich ciężarach, jak starsi zawodnicy. Kiedy biegaliśmy po lesie, to też na takim samym poziomie. Może zabrakło trochę czasu na technikę, bo w seniorach nie zwraca się na nią aż takiej uwagi i od czwartku skupiasz się na meczu. Mam nadzieję, że wszyscy dobrze mnie zrozumieją, ale pierwszy zespół bez zindywidualizowanego podejścia czasem może cofać. Nie dziwię się trenerom, że nie biorą niektórych do dorosłej drużyny – po prostu nie mieliby kiedy grać. Pewne rzeczy lepiej opanujesz w juniorach.

Tobie ten szybki przeskok do dorosłej piłki bardziej przeszkodził?

Ciężko to ocenić. Zawsze miałem przewagę fizyczną, ale technicznie sporo straciłem. W zeszłym roku brałem sporo treningów indywidualnych z trenerem z Salosu, ale na dłuższą metę przy treningach w klubie i zajęciach w szkole nie miało to sensu. Starałem się nadrabiać, ile mogłem, ale pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć.

Miałeś jakieś momenty zawahania przez ten trzyletni okres przebijania się do podstawowego składu Pogoni?

Ojej, miałem. I to bardzo dużo. Młody zawodnik wracając z mistrzostw Europy, na których zajął czwarte miejsce, myśli: „cztery drużyny po 25 piłkarzy. Jestem wśród 100 najlepszych zawodników w Europie w tej kategorii wiekowej. Świat stoi otworem. Zaraz zadebiutuję, będę grał i wszystko fajnie”. Zderzyłem się z codziennością i przekonałem, że ci, którzy nie grali na młodzieżowych mistrzostwach Europy, ale mają parę meczów w Ekstraklasie, są dużo lepsi. Po pół roku miałem momenty załamania, ale doszedłem do wniosku, że oni też się tej piłki uczyli i musieli do tego poziomu jakoś dojść. Starałem się im dorównać. Dobrze, że dostałem szansę z tym Lechem. W przeciwnym razie byłbym dziś pewnie na wypożyczeniu.

A gdzie byłbyś, gdybyś został na defensywnej pomocy? Na jakiej pozycji w ogóle czujesz się najlepiej?

Po trafieniu do juniorów Pogoni od razu usłyszałem, że przy moim odbiorze piłki będzie ze mnie defensywny pomocnik. W kadrze województwa grałem na prawej obronie, a we Francji z Legią na środku obrony. Potem z reprezentacji wypadł Lukas Klemenz i trener Dorna postanowił mnie znów przesunąć na prawą – wtedy uwierzyłem, że to moja nominalna pozycja. Potem w Pogoni zmieniali się trenerzy i wiadomo, jak w takiej sytuacji traktuje się najmłodszych. Są zapchajdziurami. Na sparingach w Turcji najpierw wybiera się zawodników gotowych na pierwszy skład, ale potem choć z Lechią – wydaje mi się – siedziałem na ławce jako stoper, to kiedy Frączczak dostał czerwoną kartkę, zająłem jego miejsce na prawej obronie. Wtedy trener chyba przekonał się, że nadaję się na tę pozycję. Dzisiaj się już nad tym nie zastanawiam. Jeżeli przyjdzie nowy trener i zmieni mi miejsce na boisku, to okej, ale na razie skupiam się na prawej obronie. Taki mam cel na nowy rok – utrzymać się przez zimę w składzie, koniecznie poprawić te liczby i wyrosnąć na jednego z najlepiej dośrodkowujących w lidze. Chciałbym być bardziej pozytywną postacią w przyszłym roku i żeby ludzie kojarzyli mnie z efektownymi asystami. Chciałbym też, by w Sylwestra 2015 niektórzy zastanawiali się, czy Sebastian Rudol powinien wyjechać, czy raczej zostać.

Uniwersalność bardziej pomaga czy przeszkadza?

Mnie się wydaje, że może pomagać, ale rozmawiam czasem z Adamem Dźwigałą, kolegą z kadry…

On gra wszędzie.

I mówi: „kurde, ja już nie wiem, gdzie mam grać”. Cały czas się wkurza, że rzucają go pozycjach. Potem może się okazać, że będzie średni na każdej, zamiast super na jednej. Czasem to jednak plus. Szczególnie, gdy przychodzi nowy trener.

Masz takie przekonanie, że jeżeli zaliczysz dobrą rundę albo zagrasz przynajmniej 10 meczów na niezłym poziomie, to w dużej mierze z racji na wiek zgłosi się po ciebie zagraniczny klub i „ustawisz” sobie karierę na kilka lat?

Mogę mieć jakiś plan, ale widzę, jak ułożyły się losy mojego kolegi, Kuby Bąka. Zagrał bardzo fajnie z Koroną, ale potem złapał słabszy okres i poszedł na wypożyczenie do pierwszej ligi. Mogę mówić, że za pół roku chcę wyjechać, a nie wiem, czy nie będę potrzebował kroku w tył. Na ten moment na pewno nie jestem gotowy na wyjazd. Nawet gdyby jakiś klub się zgłosił teraz lub latem – co nie wydaje mi się prawdopodobne – to chciałbym jeszcze zostać w Pogoni. Potrzebuję roku-półtora, by pokazać, że jestem pełnoprawnym zawodnikiem, który zasługuje na grę w Ekstraklasie. Naczytałem się nawet u was tylu wywiadów z piłkarzami, którzy wyjechali, a potem układało się różnie…

Te przykłady dają do myślenia?

Ktoś pewnie powie, że nie dają, ale widzimy, co się dzieje.

Z drugiej strony łatwo jest teraz mówić, że nie jest się gotowym na wyjazd, ale kiedy pojawi się oferta na stole, to optyka zaraz się zmieni.

Dokładnie. Zrobi się przed oczami kolorowo. Dlatego mówię, że nie jestem gotowy, patrząc na to chłodnym okiem. Marzę o lidze angielskiej, ale znam swoje miejsce w szeregu.

Transfer do polskiego klubu odpada, bo raczej żadnego na ciebie nie stać. Takich transferów się nie dokonuje, a Pogoń nie wypuści cię za 200 tysięcy euro.

Każdy myśli o wyjazdach, a może warto podnosić poziom naszej ligi? Ostatnio słyszałem, że we Francji każdy klub musi zainwestować ileś milionów w akademię, by móc w ogóle grać. Chciałbym, by polskie kluby – jak Lechia – w których pojawiają się pieniądze – najpierw myślały o akademii i perspektywie pięciu-sześciu lat.

Ci wszyscy młodzi, którzy wchodzą w Pogoni, to faktycznie wielkie talenty czy grają dlatego, że klubowi się to opłaca?

Z tego, co słyszałem, na obóz ma pojechać dziewięciu. Zdarzają się zawodnicy, którzy nie mają jeszcze poukładane w głowie albo odbija im po dołączeniu do pierwszego zespołu, ale ci, którzy zostają, mają duże umiejętności. Z wielkim podziwem patrzę na Kamila Wojtkowskiego, rocznik 98. Przyszedł do nas z Fulham po aferze w Legii i myślę, że jeśli nie zejdzie na złą drogę, to zrobi karierę. W Polsce młodzi skrzydłowi po przejściu do dorosłej piłki nie mogą się już jednak tak wykazać. Nie mogą tak często dryblować, co pozwalało im brylować w juniorach, a mi czasami ciężej się gra na treningach przeciwko Wojtkowskiemu niż przeciwko niektórym zawodnikom z Ekstraklasy.

Tobie kiedyś odbiło?

Ciężko, żeby mi odbiło, bo po pierwsze – bardzo długo czekałem na swoją szansę, po drugie – nie jestem jakimś wirtuozem. Nie zrobię takiej różnicy, że wejdę i dam od razu trzy asysty. Gdybym zszedł na złą drogę, to zaraz bym stracił skład. Przecież bazuję na charakterze. Nie mam takich umiejętności, jak Akahoshi, który mógł na stojąco zaliczyć takie cztery asysty, że wszyscy się zachwycali. Łatwiej odbija technicznym wirtuozom, którzy nie musieli długo czekać na szansę i nie musieli tak ciężko pracować.

Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA


Liczba komentarzy: 3
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments