Reklama

Lepszej okazji by poznać Pepa Guardiolę już nie będzie

redakcja

Autor:redakcja

18 października 2014, 14:23 • 17 min czytania 0 komentarzy

Zakraść się za kulisy, zajrzeć przez dziurkę od klucza, przystawić ucho i czekać. Rzadko jest okazja, by z bliska obserwować pracę wielkiego trenera. A teraz się taka nadarzyła. Książka „Herr Guardiola” w sposób szczególny różni się od innych – kataloński dziennikarz poszedł ze szkoleniowcem Bayernu na układ: przez rok będzie obserwował od środka pracę Pepa w Monachium, ale w tym czasie nie wyniesie nic do gazety, nie napisze żadnego artykułu. Po roku w książce – co tylko chce, ale do gazety nic a nic.

Lepszej okazji by poznać Pepa Guardiolę już nie będzie

To nie jest więc biografia znanego człowieka. To studium przypadku, wiwisekcja jego pierwszego sezonu w Bayernie, z licznymi odniesieniami do tego, co zdarzyło się kiedyś. Wkraczamy do pokoju trenerskiego Guardioli, rozsiadamy się w fotelu, kładziemy nogi na stół i czekamy. A on nieskrępowany tuż koło nas zatraca się w pracy. Tłumaczy, czemu zrobił to czy tamto i jakie mają być następne ruchy. Opowiada o taktyce, o psychologii, o życiu. A dziennikarz z pozycji niedostępnej dla zwykłych osób staje się świadkiem sukcesów i porażek, kryzysów wewnątrz zespołu, czasami konfliktów. Momentami ma się wrażenie, że ta książka jest… zbyt dokładna, że można byłoby przeskoczyć niektóre tygodnie, pominąć okresy, w których nie zdarzyło się nic specjalnie interesującego. Ale chyba właśnie to, że jest tak kompletna, jest jej siłą.

Guardiola po odejściu z Barcelony nie otrzymywał od klubów ofert pracy, ale listy miłosne – tak to zgrabnie opisuje autor. Roman Abramowicz rozwijał przed nim czerwony dywan i kupował zawodników, którzy mieliby pasować do koncepcji Pepa. Ale on się nie skusił. Już w przeszłości dwa kluby wpadły mu w oko: Bayern i Manchester United. Widział bazę treningową obu, przyjrzał się funkcjonowaniu tych klubów i powiedział najbliższym współpracownikom: – Kiedyś mógłbym tu pracować.

Bayern nie wypuścił okazji, działacze byli w Guardioli zakochani do szaleństwa, w książce tłumaczą, że Heynckes odnosił sukcesy, ale „to nie było to”. Chcieli więcej. Nie pucharów – chociaż na nie liczą – ale więcej stylu. Paul Breitner tłumaczy, że przez kolejne dekady Bayern zdobywał liczne trofea, ale nigdy – ani przez moment – nie był drużyną, która wypracowałaby swój styl. Pep miał to zmienić.

Zrzut ekranu 2014-10-18 o 14.16.02– Wiedzieliśmy, że w dzisiejszych czasach można odnosić zwycięstwa tylko dzięki takiemu futbolowi, jaki zaczęła uprawiać Barcelona – wyjaśnia Breitner. – Barça zaczęła grać jak drużyna koszykówki. Dużo się poruszali, zmieniali pozycje, wymieniali podania, zmieniali rytm, utrzymywali się przy piłce… Aż pięć godzin posiadania piłki w ciągu dziewięćdziesięciu minut [śmieje się]. Taki jest współczesny futbol, dzisiejszy futbol i być może będzie on futbolem najbliższego dziesięciolecia, aż zaszczepi się nową, kolejną ideę. Jak mogliśmy zmienić nasz przestarzały futbol na futbol dzisiejszy? Z Louisem van Gaalem. To był trafiony pomysł, ponieważ on zupełnie zmienił nasz system.

Reklama

Van Gaal reprezentował pierwszą fazę ewolucji w grze Bayernu, według syntezy, którą przedstawia Paul Breitner: – Sprawił, że drużyna utrzymywała się przy piłce. Zmienił także niektóre pozycje piłkarzy. To była pierwsza faza, w której zamiast klasycznej gry Bayernu zaczęliśmy uprawiać futbol pozycyjny. Ale pozycje były ściśle przypisane i nikt nie mógł zmienić swojego miejsca na inne. Każdy zawodnik miał własne miejsce, swoją strefę wpływów i nic więcej. Nie mógł ani nie powinien wychodzić ze swojej strefy. Zaczęliśmy wymieniać podania, zagrywać od jednego do drugiego, i w niektórych meczach mieliśmy osiemdziesięcioprocentowe posiadanie piłki, ale brakowało rytmu. To wszystko było bardzo powolne. Po upływie półgodziny wszyscy na Allianz Arenie zaczynali ziewać, bo wymienialiśmy podania, ale bez rytmu. Siedemdziesiąt jeden tysięcy kibiców na trybunach w każdym momencie wiedziało, co się wydarzy. Była to poprawna gra, ale bardzo przewidywalna.

Jupp Heynckes był drugą fazą.

– Heynckes utrzymał system van Gaala, zmienił jedynie pomysł odnośnie do piłki i jej utrzymywania. Powiedział drużynie, że ten pomysł jest dobry, ale należy go rozwinąć: konieczne były szybkość i zmiana rytmu. Potrzebował dwóch lat, aby to zrealizować. Doszło do tego w rundzie rewanżowej Bundesligi, którą wygraliśmy, zdobywając przy tym rekordową liczbę punktów [sezon 2012/13]. W pierwszej rundzie, od sierpnia do grudnia, musiał jeszcze korygować poruszanie się zawodników, ale w pierwszych meczach rundy rewanżowej, w styczniu i w lutym, zespół osiągnął już pożądany rytm i grał zupełnie inaczej niż na początku – mówi Breitner.

A Pep Guardiola jest trzecią fazą.

– W rzeczy samej. U Heynckesa piłkarze wciąż jeszcze grali na stałych pozycjach, ale z dużą szybkością i w celu strzelania wielu goli. Nie tylko dlatego, że mieliśmy wysoki procent posiadania piłki, lecz także dlatego, że naszą ambicją było strzelanie dużej liczby goli. I teraz, w trzeciej fazie, z Pepem, przeszliśmy już do zmiany pozycji, do ciągłej cyrkulacji, do płynnego i nieustannego przemieszczania się. Jesteśmy na drodze do tego, by grać jak Barça sprzed dwóch, trzech lat, gdy grała najlepiej w historii.

Dzięki książce „Herr Guardiola” jesteśmy na każdym treningu Bayernu, na każdej odprawie taktycznej, czerpiemy wiedzę o tiki-tace z samego źródła. Dowiadujemy się, dlaczego trener zmienił pozycje niektórym zawodnikom i co robił na treningach, by ci zawodnicy zmienili swoje dotychczasowe nawyki.

Reklama

O samej tiki-tace Guardiola opowiada tak…

Posiadanie piłki jest tylko instrumentem, narzędziem, a nie celem samym w sobie.

– Jeśli nie ma sekwencji piętnastu wcześniejszych podań, to niemożliwe jest dobre przejście z ataku do obrony. Niemożliwe. Nie chodzi o samo posiadanie piłki ani podawanie jej wiele razy, lecz wykonywanie tego z określonym zamiarem, w konkretnym celu. Procentowe posiadanie piłki albo liczba podań, które wykonuje drużyna czy konkretny zawodnik, nie mają najmniejszego znaczenia: liczy się zamiar, cel, z jakim się to robi, to, czego się szuka przy ich wykonywaniu, to, co chce zrobić drużyna, kiedy utrzymuje się przy piłce. To się liczy! Posiadanie piłki jest ważne, jeśli masz zamiar wykonać piętnaście kolejnych podań w środku pola, aby uporządkować grę i równocześnie zdezorganizować przeciwnika. Jak go dezorganizujesz? Wykonując te podania szybko i w konkretnym celu. Dzięki tej sekwencji piętnastu podań włączasz do gry większość swoich zawodników, chociaż musisz też zostawić kilku z nich odłączonych i oddalonych, żeby rozciągnąć drużynę przeciwną. I gdy wykonujesz tych piętnaście podań i uporządkowujesz zespół, rywal podąża za tobą wszędzie, starając się odebrać ci piłkę, i nie zdając sobie z tego sprawy, dezorganizuje się całkowicie. Jeśli stracisz piłkę, jeśli odbiorą ci ją w pewnym momencie, piłkarz, któremu się to uda, prawdopodobnie będzie sam, otoczony twoimi zawodnikami, którzy z łatwością ją odzyskają. Albo przynajmniej nie pozwolą na to, by drużyna przeciwna mogła szybko przejść do ataku. Tych piętnaście wcześniejszych podań uniemożliwia przeciwnikowi rozpoczęcie ataku.

W futbolu są dwa rodzaje koncepcji: organizacja gry dzięki piłce i organizacja gry dzięki przestrzeniom.

– Jeśli chcesz wygrywać mecze na podstawie posiadania piłki, musisz chronić plecy i radzić sobie z odłączonymi zawodnikami – mówi Guardiola. – W koszykówce to się nazywa palomero, co oznacza zawodnika, który zostaje blisko obręczy rywala, żeby z łatwością umieścić piłkę w koszu. Na ogół drużyna, która proponuje grę na podstawie przestrzeni i oddaje piłkę przeciwnikowi, zostawia bardzo niewielu odłączonych zawodników. Zazwyczaj jest ich dwóch, ofensywny pomocnik i napastnik: pierwszy ustawiony na skrzydle w oczekiwaniu na to, aż któryś z kolegów przejmie piłkę, a drugi bardziej na pozycji centralnej, lecz przeciwległej do pierwszego. Drużyny skuteczne w tej materii odbierają piłkę i zagrywają ją do zawodnika ustawionego na skrzydle, aby dośrodkował do najbardziej wysuniętego napastnika. Jeśli wszystkie trzy elementy zostaną dobrze wykonane: odbiór, podanie i dośrodkowanie, z łatwością mogą ograć obronę drużyny, która utrzymywała się przy piłce.

Jak bronić się w podobnej akcji? Za sprawą czterech elementów: próbować nie stracić piłki w środkowej strefie boiska, co pozwala rywalowi zainicjować tę akcję; sprawić, dzięki piętnastu wcześniejszym podaniom, żeby twoi piłkarze znajdowali się bardzo blisko punktu straty piłki i starali się ją natychmiast odzyskać; wywierać presję na pierwszego odbiorcę u rywala czy odłączonego zawodnika, który jest na skrzydle; agresywnie uprzedzić ostatniego z odłączonych, w czym podstawową rolę pełni środkowy obrońca, który go pilnuje.

– Dla drużyny, która chce utrzymywać się przy piłce, radzenie sobie z odłączonymi jest jej pierwszym defensywnym celem – podkreśla Guardiola.

Przyglądanie się Guardioli z bliska intrygujące. Widzimy człowieka obsesyjnie myślącego o futbolu. Wprawdzie o szerokich horyzontach, ale wszędzie szukającego powiązań z piłką. Perfekcjonistę. Nawet gdy idzie na kolację ze słynnym Garrim Kasparowem, szuka odpowiedzi na pytania, które dotyczą futbolu. Pep ciągle chce coś ulepszać, ciągle kombinuje, zatraca się w robocie – i może dlatego po kilku latach potrzebuje przerwy, resetu. Kasparow daje mu najlepszą definicję wypalenia – czegoś, co Guardiola odczuwał w ostatnim sezonie w Barcelonie. Był wypruty i musiał na rok zniknąć, naładować baterię, zatęsknić.

Tego drugiego wieczoru, i owszem, rozmawiano o szachach. Guardiolę zaskoczyła bezwzględność Kasparowa mówiącego o Norwegu Magnusie Carlsenie i typującego go na nowego mistrza świata (rzeczywiście został nim rok później, w listopadzie 2013 roku, kiedy pokonał Viswanathana Ananda 6,5–3,5). Kasparow chwalił umiejętności młodego mistrza (22 lata), którego nawet szkolił potajemnie w 2009 roku, i wyjawił kilka słabości, które Carlsen musiał skorygować, jeśli chciał całkowicie zawładnąć światem szachów. To właśnie wtedy Guardiola zapytał Kasparowa o to, czy byłby w stanie zagrać z Norwegiem i go pokonać. Odpowiedź była zaskakująca:

– Mam zdolności, żeby z nim wygrać, ale to niemożliwe.

Pep pomyślał, że chodzi o poprawność polityczną, o dyplomację, którą tak wybuchowy człowiek jak Kasparow mógł się wykazać. Dlatego też nie odpuścił:

– Ależ Garri, skoro masz zdolności, to dlaczego nie mógłbyś go pokonać?

Na drugie pytanie padła taka sama odpowiedź: – To niemożliwe.

Guardiola jest uparty, bardzo uparty. I nie wypuścił kości, którą Kasparow pozwolił mu gryźć. Zadał pytanie po raz trzeci, podczas gdy szachista coraz bardziej zamykał się w swoim ochronnym pancerzu, ze wzrokiem wbitym w talerz, jak w czasach, kiedy musiał bronić słabej pozycji na szachownicy. Ponownie odpowiedział, nieco burkliwym tonem:

– To niemożliwe.

Guardiola zmienił taktykę, odsunął talerz z sałatką, którą ledwie tknął, i postanowił zaczekać, aż nadarzy się kolejna szansa, by poznać powody, dla których Kasparow nie był w stanie pokonać młodego Carlsena. Nie tylko z ciekawości, jaką wzbudzał u niego taki człowiek jak Kasparow, ale także dlatego, że był świadomy, iż odpowiedź może zawierać jeden z kluczy do sportu na wysokim poziomie. Zaledwie cztery miesiące wcześniej Guardiola odszedł z ławki trenerskiej Barcelony po zdobyciu czternastu z dziewiętnastu trofeów, zostawiając za sobą niezwykłe osiągnięcia, niemal niewiarygodne, by nie powiedzieć: niewyobrażalne. Zrezygnował, ponieważ w głębi duszy czuł pustkę, był wyczerpany, wypalony do granic możliwości, niezdolny do dalszej pracy i wzbogacania drużyny, która zdobyła wszystko, co było do zdobycia. Pierwsza i jedyna w historii futbolu, która zdobyła sześć możliwych trofeów w ciągu jednego roku. Guardiola opuścił Barcelonę ze względu na wyczerpanie, a teraz, kilka miesięcy później, już wypoczęty i pogodny, czując, że energia wróciła do jego ciała, a zwłaszcza do jego umysłu, siedział naprzeciwko jednej z największych legend sportu, która stanowczo powtarzała, że ma jeszcze zdolności, żeby wygrać, ale że dla niej jest to niemożliwe.

Pepa oczywiście zżerała ciekawość, ale zagadka Kasparowa stawała się bardziej zawiła niż anegdota, którą trzeba wyjaśniać wnukom. Rozwiązanie tej szarady mogło dać odpowiedź na pytanie, które od dawna nurtowało Guardiolę: Dlaczego tak bardzo wypalił się w Barcelonie? I przede wszystkim jak uniknąć takiego wyczerpania sił w przyszłości?

Gdybym miał zdefiniować Pepa Guardiolę, to powiedziałbym, że jest on człowiekiem, który wątpi we wszystko. Źródłem tych wątpliwości nie jest niepewność ani strach przed nieznanym: to poszukiwanie nieistniejącej perfekcji. Guardiola wie, że niemożliwe jest jej osiągnięcie, ale do niej dąży. Stąd też bierze się uczucie, które często mu towarzyszy: wrażenie, że wciąż nie dokończył dzieła. Żeby zapanować nad wątpliwościami, Guardiola wykorzystuje obsesję. Jest świadomy, że do najlepszego rozwiązania może zbliżyć się tylko wtedy, gdy odrzuci wszystkie inne opcje. Pod tym względem przypomina szachowego mistrza, który przed wykonaniem ruchu analizuje wszelkie możliwe posunięcia. Obsesja rozwiewania wątpliwości to wrodzona cecha Guardioli, który potrafi długo rozmyślać nad każdą sprawą, zanim podejmie ostateczną decyzję.

Kiedy przygotowuje się do meczu, nie wątpi w zaangażowanie swojej drużyny: jego piłkarze wyjdą na boisko, żeby atakować, utrzymywać się przy piłce i wygrać spotkanie. Chociaż są to bardzo złożone pojęcia, szkicowane są małymi kreskami. Wielkie koncepcje są trwałe, ale zarazem składają się z wielu małych pomysłów, które on nieustannie analizuje w tygodniu poprzedzającym mecz, zastanawiając się nad podstawowym składem, nad wkładem w grę danego piłkarza w porównaniu z innym, nad ruchami, jakie będzie w stanie wykonać określony zawodnik w zależności od tego, jak wypadnie rywal, nad współpracą danego piłkarza z konkretnym kolegą, nad tym, jak będą się łączyć poszczególne linie drużyny w zależności od tego, jak zaatakuje przeciwnik…

Umysł Guardioli przypomina umysł szachisty, który ocenia i rozważa wszystkie ruchy własne i rywala, starając się przewidzieć rozwój zdarzeń. Bez względu na to, przeciwko komu gra, przygotowanie jest identyczne: nie będzie ani chwili odpoczynku, aż wszystkie możliwe warianty zostaną przeanalizowane i rozebrane na czynniki pierwsze. A kiedy Guardiola już to zrobi, wróci do nich ponownie. To właśnie Manel Estiarte, jego prawa ręka w Barcelonie i w Bayernie, nazywa „zasadą trzydziestu dwóch minut”, nawiązując do ograniczonych szans na to, że Pep przestanie na jakiś czas myśleć o futbolu. Estiarte wykorzystuje wszystkie dostępne środki, żeby niekiedy powstrzymać obsesję trenera i zapewnić mu rozrywkę, ale z doświadczenia wie, że ten spokój nie będzie trwał dłużej niż pół godziny.

– Zabierasz go na obiad do restauracji, żeby zapomniał o futbolu, ale po trzydziestu dwóch minutach już widać, że wraca do złych nawyków. Kieruje wzrok na sufit restauracji, przytakuje, udaje, że cię słucha, ale już na ciebie nie patrzy. Znowu myśli o lewym obrońcy drużyny przeciwnika, o kryciu środkowego pomocnika, o zatrzymaniu skrzydłowego… Minęło pół godziny, a on wraca do wewnętrznej analizy – wyjaśnia Estiarte.

Jeśli drużyna za nim stoi, jeśli Bayern go wspiera, Pep nie pogrąża się bardzo w tym ciągłym stresie, w stałym analizowaniu wszystkich możliwości. W niektóre dni Estiarte nakazuje mu opuścić Säbener Straße, gdzie mieści się ośrodek treningowy Bayernu, i odpocząć. Guardiola wraca do domu, bawi się trochę z dziećmi, a po półgodzinie idzie do swojego kącika, który przygotował w głębi korytarza – kącika, który nie jest nawet małym pokojem – i tam na nowo zaczyna swoje analizy. Minęły trzydzieści dwie minuty i ponownie trzeba wszystko sprawdzić, mimo że tego dnia już czwarty raz wraca do tego samego zagadnienia.

Dlatego właśnie tak ważna była dla niego odpowiedź Garriego Kasparowa. Stąd taki upór Pepa, by rozwiązać tę zagadkę. Dlaczego taki legendarny mistrz jak Kasparow, któremu nie brakuje zdolności, uważa, że niemożliwe jest pokonanie rywala?

To Cristina i Daria, żony, damy przy tamtym nowojorskim stole, pomogły odkryć tajemnicę. Skierowały rozmowę na temat pasji, potem wymogów i emocjonalnego wyczerpania, i wreszcie umysłowej koncentracji. Być może to problem koncentracji, zasugerowała Cristina. A Daria podała odpowiedź:

– Gdyby to był tylko jeden mecz i trwałby dwie godziny, wówczas Garri mógłby pokonać Carlsena. Ale tak nie będzie: mecz wydłużyłby się do pięciu albo sześciu godzin, a Garri nie chciałby znów przechodzić przez cierpienie związane z takim wielogodzinnym wysiłkiem umysłowym i ciągłym analizowaniem rozmaitych możliwości. Carlsen jest młody i nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo jest to wyczerpujące. Garri nie chciałby znów przechodzić tego dzień po dniu. Jeden byłby w stanie się skoncentrować na dwie godziny, a drugi na pięć. Dlatego zwycięstwo jest niemożliwe.

Podczas czytania tej książki, naszła mnie jeszcze jedna luźna myśl. Tak już mam, że lubię konfrontować pracę takich ludzi jak Guardiola z polskimi trenerami. Mamy takiego jednego, który wręcz chwali się tym, że nie obchodzi go, jak gra przeciwnik. Podczas konferencji prasowych Franciszek Smuda rozkosznie przyznaje, że jego drużyna będzie grała swój futbol, a rywal niech się martwi, on ma w nosie, w jakim ustawieniu wyjdzie na boisko druga drużyna. Są tacy, którzy przytakują: jaki odważny ten Smuda, nie pęka, narzuci swój styl i wygra.

A Guardiola – trenujący nieporównywalnie lepsze drużyny – grę każdego przeciwnika analizuje godzinami. Robią to też jego asystenci – na koniec jest burza mózgów, w trakcie której wyłania się koncepcja wygrania najbliższego meczu. Pep mógłby powiedzieć: hej, jesteśmy Barceloną/Bayernem, nie musimy się nikim przejmować. Mamy takich piłkarzy, że po prostu damy im piłkę, a oni zagrają swoje. Ale on tak nie robi. Puszcza muzykę i zaczyna przy tej muzyce oglądać spotkania drużyny przeciwnej. Raz, drugi raz, trzeci, do momentu, w którym znajdzie klucz do zwycięstwa.

W listopadzie 2013 roku, przygotowując tę książkę, spotkałem się na kolacji w Düsseldorfie z Christophem Metzelderem, niemieckim obrońcą, który tamtego dnia grał w Realu Madryt. Wciąż pamiętał to, co się wydarzyło:

– Myślę, że pierwszym meczem, w którym Pep zastosował ustawienie z fałszywą dziewiątką, był tamten, Real Madryt – Barcelona, zakończony 2:6. Przesunął Eto’o na prawą stronę, a Messiego do środka. Fabio [Cannavaro] i ja byliśmy osłupieni: „Co robimy? Idziemy za nim na środek pola czy zostajemy z tyłu?”. Nie wiedzieliśmy, co robić, a dorwanie go było niemożliwe.

Barça pod wodzą Guardioli wygrała tamten mecz 6:2. Historyczny wynik, który zapewnił jej mistrzowski tytuł, ale przede wszystkim zapoczątkował niebywałą dominację, niemalże dyktaturę w światowym futbolu, zwycięstwa, sławę i niespotykany dotąd prestiż. Ustawienie z fałszywą dziewiątką zostało na zawsze zapamiętane jako wspaniały wkład Guardioli. Nie dlatego, że je wymyślił, ale dlatego, że wykorzystał na nowo i zrobił to poprzez tak wyjątkowego piłkarza jak Messi.

Jak udało mu się wydobyć z pamięci futbolu pozycję fałszywej dziewiątki? Stało się to dzień przed meczem. Był świąteczny piątek, 1 maja 2009 roku. Guardiola został w ośrodku treningowym Barcelony i analizował rywala, w tym przypadku Real Madryt. To jego zwyczaj, który zapoczątkował wtedy i który kontynuuje w Bayernie. Przez dwa dni studiuje grę przeciwnika, szukając jego mocnych i słabych punktów. Ogląda całe mecze, a także wybrane fragmenty, które przygotowują dla niego asystenci (w tamtym momencie byli to już Domènec Torrent i Carles Planchart, dziś obaj w Bayernie). Dzień przed spotkaniem zamyka się w gabinecie, włącza muzykę, najczęściej spokojną, i szuka rozwiązania problemu: z której strony zaatakować rywala? Gdzie zdobyć przewagę? To poszukiwanie inspiracji, która oczywiście pojawia się tylko czasami. Sam Guardiola wyjaśnił to w Barcelonie we wrześniu 2011 roku, kiedy odbierał złoty medal przyznany mu przez rząd Katalonii:

– Przed każdym meczem zamykam się w gabinecie, który sam dla siebie przygotowałem, oglądam dwa lub trzy nagrania dotyczące rywala, przeciwko któremu gramy, biorę kartkę papieru i długopis i robię notatki. To właśnie wtedy nadchodzi ten wspaniały moment, który nadaje sens mojej pracy i w którym zdaję sobie sprawę, że już znalazłem klucz do zwycięstwa. Jest to uczucie, które trwa zaledwie minutę, może minutę i dwadzieścia sekund, ale to właśnie nadaje sens mojej pracy.

Kiedy publicznie opowiedział o tym magicznym uczuciu, które czasami przeżywa, prawdopodobnie myślał o tamtym 1 maja, kiedy znalazł idealne rozwiązanie, aby pokonać Real Madryt, drużynę, która w tamtym momencie miała na koncie siedemnaście kolejnych meczów w lidze bez porażki. Analizując poprzedni mecz obu zespołów, Guardiola zwrócił uwagę na pressing pomocników Realu Madryt, Gutiego, Gago i Drenthego, wywierany na Xavim i Touré. Pressing bardzo intensywny, do którego nie podłączali się środkowi obrońcy (Cannavaro i Metzelder). Obaj defensorzy znajdowali się daleko z tyłu, blisko bramkarza Ikera Casillasa, i zostawiali dużo wolnego miejsca między sobą a pomocnikami Realu Madryt. Gigantyczna strefa. I pusta.

Była dziesiąta wieczorem, a Guardiola siedział sam w ośrodku treningowym Barcelony. Nie było nikogo, ani jednego z jego asystentów. Tylko on w słabo oświetlonym gabinecie. Wyobraził sobie Messiego poruszającego się dowolnie po tej ogromnej i pustej strefie na Santiago Bernabéu, za plecami pomocników Realu Madryt, i w pojedynkę stawiającego czoło Metzelderowi i Cannavarowi, zastygłym na linii pola karnego, wahającym się, czy wyjść, czy nie wychodzić do argentyńskiego napastnika. Wyobraził to sobie i akcja wydała mu się tak rzeczywista, że chwycił za telefon. Zadzwonił bezpośrednio do Messiego.

– Leo, mówi Pep, mam coś ważnego, bardzo ważnego. Przyjedź. Teraz. Już.

O wpół do jedenastej wieczorem 21-letni Leo Messi zapukał delikatnie do drzwi gabinetu Guardioli. Trener pokazał mu wideo i zatrzymał obraz, wskazując na pustą strefę, która począwszy od następnego dnia, miała się stać jego strefą, strefą fałszywej dziewiątki.

– Leo, jutro w Madrycie zaczniesz na skrzydle, jak zawsze. Ale kiedy dam ci znak, przejdziesz za plecy pomocników i będziesz się poruszał po tej strefie, którą ci właśnie pokazałem. To jest to samo, co zrobiliśmy we wrześniu w Gijón – zaznaczył Guardiola.

W Gijón 21 września 2008 roku, z nożem na gardle po przegraniu pierwszego ligowego meczu z Numancią i zremisowaniu drugiego również ze skromnym Racingiem Santander, Guardiola walczył o swoją przyszłość w Barcelonie. Postanowił posłać Eto’o na prawą stronę, Messiego zaś ustawił na pozycji fałszywej dziewiątki, tak jak młody Argentyńczyk wielokrotnie grał w drużynach juniorskich. Barcelona wygrała 6:1 i tak zaczął się triumfalny pochód Guardioli. Siedem miesięcy później trener sięgnął po ten sam pomysł i osobiście wyjaśnił go głównemu bohaterowi:

– Leo, kiedy Xavi albo Andrés podadzą ci piłkę, od razu idziesz na bramkę, na Casillasa.

Był to ich wspólny sekret. Nikt inny z Barcelony nie dowiedział się o tym, co Guardiola przekazał Messiemu tamtej nocy 1 maja, z wyjątkiem Tita Vilanovy, który został poinformowany o wszystkim następnego dnia już w hotelu w Madrycie. Zaledwie kilka minut przed rozpoczęciem meczu Guardiola wziął na bok Xaviego i Iniestę i powiedział im:

– Jeśli zobaczycie Leo pomiędzy liniami i w środku, nie wahajcie się: podajcie mu piłkę. Będzie tak jak w Gijón.

Tamtego dnia, 2 maja 2009 roku, Barça rozgromiła Real Madryt 6:2, Messi został fałszywą dziewiątką, a szczęśliwy Pep się uśmiechał.

Gorąco polecam. Książkę można kupić TUTAJ (33 złote zamiast 39,90).

KRZYSZTOF STANOWSKI

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...