Reklama

Tragedia w Krakowie. Liga też się nie liczy?

redakcja

Autor:redakcja

03 października 2014, 23:34 • 5 min czytania 0 komentarzy

Franciszek Smuda lubi zaklinać rzeczywistość. Gdy był selekcjonerem, zdarzało mu się to raz po raz, ostatnio robił to jakby rzadziej, ale dziś – przed meczem z Jagiellonią – wrócił stary, nie napiszemy: dobry, Franz. Zapytany przez reportera NC+ o serię trzech porażek wypalił: – Puchar się nie liczy! Otóż nie, Franku. Wiemy, że robi się nerwowo, ale niezależnie od tego jaki skład nasmarowałeś na tablicy podczas odprawy, mecz z Lechem się liczy. Abstrahując już od tego, że to mogła być najkrótsza droga do europejskich pucharów, przegrałeś czwarty mecz z rzędu, a twoi piłkarze nie strzelili w tym spotkaniach nawet bramki.

Tragedia w Krakowie. Liga też się nie liczy?

Kryzys Wisły trwa. Drużyna, która przez pierwsze osiem kolejek – jako jedyna w lidze – nie schodziła z boiska pokonana, teraz dostaje baty od każdego, jak leci. Do porażek w prestiżowych meczach z Legią i Cracovią oraz wtopy w Pucharze Polski z Lechem, trzeba dorzucić dzisiejszy mecz z Jagiellonią.

Powiecie, że piłkarze Wisły mieli dziś na boisku przewagę. Zgoda. Dwa razy obijali słupki, więc zabrakło im trochę szczęścia? Też prawda. Cuda w bramce wyprawiał Drągowski? Pod tym stwierdzeniem również się podpiszemy. Jednak bądźmy poważni, mówimy już o czwartym meczu z rzędu, więc czas porzucić tłumaczenia zahaczające o pech, błędy sędziowskie i inne błahostki, a pora spojrzeć prawdzie w oczy. Maszyna się zacięła, a osoba odpowiedzialna za jej funkcjonowanie nie ma żadnego pomysłu, jak ją naprawić. Nagle okazało się, że bez błysku Stilicia, skuteczności Brożka i solidności kilku innych piłkarzy, ta drużyna nie istnieje. Nie ma planu B. Błagamy, tylko nie wyjeżdżajcie nam znowu z wąską kadrą. Przypomnijcie sobie z ilu piłkarzy Smuda korzystał chociażby za czasów pracy w Lechu.

Przerwa na reprezentację przyszła w samą porę. Dla trenera Białej Gwiazdy, rzecz jasna, bo Michał Probierz może na nią psioczyć. W Jadze wszystko gra i buczy. Drużyna z Białegostoku w lidze nie przegrała od pięciu kolejek (do tego wygrała w Pucharze Polski, liczy się) i rozsiadła się w fotelu przeznaczonym dla wicelidera. Nikt nie płacze po odejściu Quintany, kolektyw działa be zarzutów.

Plan na dzisiejszy mecz był prosty – oddać piłkę Wiśle, uważnie się bronić, nic nie stracić, a z przodu może coś wpadnie. Trener gości posłał dziś w tym celu na plac trzech defensywnych pomocników i wypaliło. Wisła miała swoje sytuacje, ale ostatecznie Drągowski gola nie puścił. A z przodu wpadło i to dwa razy. Po stałym fragmencie i kontrze. Tak jak to sobie Probierz wykoncypował.

Reklama

Bohater meczu? Bartłomiej Drągowski, nie ma dwóch zdań.

Nie chcemy przesadzić, bo pamiętamy, jak skończył chociażby – będący w trochę podobnej sytuacji  – Grzegorz Sandomierski, ale aż ciśnie się na usta: fenomenalne wejście do ligi ma ten chłopak. W każdym meczu pomaga drużynie, mamy wręcz wrażenie, że nakręca kolegów kolejnymi udanymi interwencjami. Winszujemy.

Reklama

Drugi z dzisiejszych meczów (a chronologicznie pierwszy) potoczył się zgodnie z planem. To znaczy – Śląsk grał na wyjeździe, więc zgodnie ze swoim regulaminem stracił punkty, a Podbeskidzie – podejmując silniejszego teoretycznie rywala – musiało mu te punkty urwać. Rzadko spotykana logika, jak na naszą ligę. Nie będziemy jednak narzekać, bo spodziewaliśmy się tradycyjnego zerko do zerka i kilkunastu kartek, a kilku panów jednak nieoczekiwanie zadbało o jakieś wrażenia artystyczne. Kilku, czyli Mila, Paixao, Droppa, Chmiel i Chrapek. Zgodnie jednak z inną ligową zasadą – co przyniesie Paixao z Milą, musi zabrać Pawełek. I kto powiedział, że piłka jest nieprzewidywalna?

Tadeusz Pawłowski niemal w każdym wywiadzie zwykł narzekać na brak klasowego napastnika, tymczasem problem rozwiązał mu się sam. Od kiedy wysypał się Marco, w jego roli kapitalnie sprawdza się bliźniak. Słyszeliśmy w tym tygodniu opinię, że w Portugalii to Flavio zawsze uznawany był za lepszego z braci, a to Marco woził się na jego nazwisku, tymczasem w Polsce powoli proporcje się wyrównują. A skuteczności z ostatnich sześciu meczów Marco mógłby wręcz Flavio pozazdrościć. Przypomnijmy:

– Górnik – dwa gole

– Legia – gol

– Korona – gol

– Widzew – gol

– Łęczna – bez gola

– Podbeskidzie – gol.

Taka seria robiłaby wrażenie u każdego snajpera ligi. Flavio powoli zaczyna na to określenie zasługiwać. Zrobił się z niego kawał napadziora. Inna sprawa, że dziś Droppa posłał mu z prawego skrzydła takie „ciasteczko”, że strzeliłby nawet Daniel Sikorski. Doskonała asysta. Podobnie zresztą, jak trafienie Celebana, który wreszcie nawiązał do okresu sprzed dwóch lat, gdy regularnie dziurawił bramkarzy.

Co można napisać o grze Podbeskidzia? Tradycyjnie. Rąbanka w tyle, która mogła (a może nawet powinna?) się zakończyć wylotem Pietrasiaka za faul na linii pola karnego i całkiem kreatywny, jak na naszą ligę przód. Świetną formę jak zwykle pokazuje Chmiel, dla którego w Bielsku powoli robi się za ciasno, a i Demjan do dwóch fantastycznych goli sprzed tygodnia dziś dołożył asystę. Jedno produktywne zagranie w meczu nie wystarczyło jednak, by Słowak przekonał do siebie Ojrzyńskiego i gdy ten w 60. minucie zdecydował się na zmianę, Robert – w przeciwieństwie do totalnie zgaszonego Korzyma – lekko się nabzdyczył. Cóż, to już nie to Podbeskidzie, w którym można było na 20-30 minut odpuścić. I za to trzeba docenić Ojrzyńskiego.

Fot. FotoPyK

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...