– Jeśli miałbym stanąć w prawdzie przed samym sobą i ocenić swój potencjał, to uważam, że tylko dwóch polskich bramkarzy jest poza moim zasięgiem: Wojtek Szczęsny i Artur Boruc… Ale Artek za kilka lat skończy karierę, Wojtkowi coś wypadnie – jakieś Malediwy i już jestem pierwszy – pisze 24-letni Erwin Sak, były bramkarz… Nadnarwianki Pułtusk i Świtu, ostatnio widziany na testach w Ursusie Warszawa. Chłopak kilka dni temu przysłał do nas tekst o swojej karierze. Przeczytaliśmy i aż wybałuszyliśmy oczy. Prosiliśmy, by ktoś nas uszczypnął, ale nic. Nie wiemy, co z tym zrobić, więc dla świętego spokoju wrzucamy całość poniżej. Radzimy zapiąć pasy, bo odlot jest pełen.
***

Napisał do nas pewien bramkarz. Wciąż nie możemy się otrząsnąć…

„Dwa lata temu, tuż przed rundą wiosenną w artykule „Chcę tam wrócić” opowiedziałem o pobycie na Wyspach Brytyjskich w Cardiff City. Jasno zadeklarowałem, że moim głównym celem jest jak najszybszy powrót do Anglii.

Napisałem również o tym, że od roku w Stomilu Olsztyn walę głową w mur. Miałem nadzieję, że w końcu wejdę do bramki i pomogę drużynie z Olsztyna w awansie do 1 ligi. Niestety zamiast tego dwa tygodnie później zostałem przesunięty do rezerw! Po dziewięciu miesiącach trenowania na „Orliku” stwierdziłem, że szkoda głowy i potrzeba potraktować to wiertarką udarową. W związku z tym wydałem oświadczenie: „Zamieszanie w Olsztynie, bramkarz grozi… wywiadem”.

Teraz okazuje się, że trafiłem na beton i aby go rozpierdolić, to muszę użyć młota pneumatycznego! Nie widzę już innego sposobu na wydostanie się z tego bagna, w którym teraz siedzę…

Gdy przychodziłem do Stomilu – opiekun Zbigniew Kaczmarek przedstawił mi wizję, w której chce postawić na młodzieżowca w bramce. Po przygotowaniach byłem pewny, że to ja zacznę bronić, ale – ku mojemu zdziwieniu – na dwa dni przed pierwszym meczem ukazał się ten artykuł: „Sak czy Skiba? Decyzja dopiero jutro”

Przeczuwałem, że coś tutaj jest nie tak, że coś odbywa się za moimi plecami – jakaś gierka. Moje przeczucia okazały się słuszne i zaczął Skiba. Opiekun bramkarzy Sylwester Wyłupski, prywatnie jest jego kolegąâ€¦ Można powiedzieć, że upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu, bo dzięki temu mógł jeszcze wziąć do pola młodzieżowca Roberta Tunkiewicza. Ludzie związani z klubem mówili mi, że zna się z jego ojcem.

Może i Piotrek jest dobrym bramkarzem, ale dostał dwa lata czasu oraz miał szansę bronić w 40 ligowych meczach, zanim zaczął grać na I-ligowym poziomie. Ja dostałem w Stomilu Olsztyn 4 mecze, w których już na wejściu (bez doświadczenia) prezentowałem co najmniej ten I-ligowy poziom.

Chociażby w meczach Pucharu Polski przeciwko Pogoni Szczecin czy Widzewowi Łódź. Wspomniany Tunkiewicz dostał prawie 100 meczów w II i I lidze… żeby teraz grać w II lidze! Normalny młody utalentowany zawodnik potrzebuje 30-40 meczów i jest gotowy do grania w Ekstraklasie, ale często jest blokowany właśnie przez takich, którzy grają po znajomości. Taki Wyłupski nie ma większych ambicji niż bycie w I-ligowym Stomilu… a przecież najważniejsze, że jego znajomi mają kontrakty!

Siedziałem na ławce. Następnie po kilku spotkaniach poszedłem na rozmowę ze sztabem szkoleniowym i powiedziałem, że jak nie zagram w co najmniej w czterech spotkaniach w obecnej rundzie, to w lecie chcę odejść. Kaczmarek obiecał, że jeśli będzie pewne utrzymanie to zagram.

Pomimo, że było na cztery kolejki przed końcem, dał mi zagrać tylko w dwóch meczach.

W związku z tym, poprosiłem o zgodę na testy w Łęcznej… ale nie pozwolił mi tam jechać! Powiedział, że wiąże ze mną przyszłość i wystąpił do zarządu o przedłużenie umowy. Zarząd natomiast stwierdził, że mają już budżet zamknięty i w zimie mogą podjąć temat. Zresztą ja również powiedziałem, że najpierw zobaczę, jak będzie jesień wyglądała, a potem zastanowię się czy chcę dalej być w tym klubie…

Stanęło na tym, że Kaczmarek obiecał mi Puchar Polski. Na jesieni zagrałem cztery mecze w Pucharze, odpadliśmy dopiero z Widzewem prowadzonym przez trenera Mroczkowskiego. Najzwyczajniej w świecie prezentowałem się lepiej niż mój rywal w lidze, który zaliczał wpadki. Poszedłem do Kaczmarka i pytam się go: co tutaj się kurwa dzieje?!

A on mi na to, że może i zawalił parę bramek ale, że mamy drugie miejsce w lidze i zmiany w bramce nie zrobi… Ł»ebym spokojnie czekał na swoją szansę. Ł»e może Piotrek złapie kontuzję, że nigdy nic nie wiadomo itp. – takie tam pieprzenie. Więc mówię mu, że na kontuzje rywali to ja nie liczę. Poza tym , że Jurek Dudek nie jestem, aby czekać kilka lat, tylko potrzebuję gry, a Stomil Olsztyn to nie jest Real Madryt.

Skończyła się runda, dostałem propozycję nowego kontraktu ale miałem dylemat, bo z jednej strony drużyna szła na awans do I ligi oraz czułem, że jestem lepszy i jak zostanę, to na boisku wywalczę sobie skład. Z drugiej strony nie wiedziałem, jak bardzo Wyłupski „przyjaźni się” ze Skibą.

Sytuacja z mojej strony była trochę patowa, bo zagrałem tylko kilka spotkań w ciągu ostatniego roku więc musiałbym się cofać, a w Stomilu była perspektywa wywalczenia pierwszego składu i I-ligi za pół roku. Zdecydowałem zaryzykować i przedłużyć kontrakt o rok, a następnie udzieliłem wywiadu: „Mam już dosyć bycia rezerwowym bramkarzem”

Podczas przygotowań w pierwszych sześciu meczach nie puściłem bramki, a ogólnie w 7 z 9 meczów zachowałem czyste konto. Tylko na mecz z Dolcanem – jak to mówią – nie dojechałem.

Skiba znowu zawalił parę bramek i sytuacja wydawała się jasna. Wydawała się… bo Wyłupski patrzył przez inne okulary! Podczas ogłaszania decyzji mówi do mnie, że Piotrek 18 razy na przedpolu miał interwencje podczas przygotowań, że on to liczył! Więc się go pytam: A ile ja miałem?

On mówi, że nie wie… że nie liczył.

Ale, że Piotrek gra odważniej. Ja mu na to, żeby odwagi z głupotą nie mylił, bo przez to 3 bramki zawalił. Bramkarz ma być skuteczny, a nie bawić się w Supermana i zaliczać puste przeloty.

W końcu nie mogłem słuchać już tego pierdolenia i wyszedłem. Już bym wolał, aby Kaczmarek powiedział mi wprost, że to on tutaj odpowiada za wyniki i taka jest jego decyzja. A tak wyglądało to jakby cały sztab miał świadomość kto lepiej bronił podczas przygotowań i chcieli zrobić z kogoś idiotę… nie wiem tylko, czy ze mnie czy z samych siebie.

Następnego dnia przyjechałem na zbiórkę, wzięli mnie na rozmowę i mówią, że jutro gram w II drużynie, a w poniedziałek dowiem się co dalej. Wróciłem do domu, otwieram internet i widzę : Sak przesunięty do rezerw!

Rozumiecie? Nawet nie mieli odwagi mi tego powiedzieć prosto w oczy!

Od razu następnego dnia wydałem oświadczenie: „Czuję sportową złość”. Potem było już spotkanie z prezesem i dyrektorami, na którym Kaczmarek wypalił do mnie: „jakbym wyglądał przed kibicami i chłopakami z drużyny, gdybym Ciebie przywrócił teraz do składu?! Wtedy stracił w moich oczach resztki szacunku”. Nie potrafił po męsku przyznać się do błędu, tyko wolał zgrywać honorowego – dla mnie takie coś jest słabe…

Jednym słowem – Zbigniew Kaczmarek wymiękł ze mną jak Smuda z Borucem!

Z drugiej strony, gdy przychodziłem do Stomilu, to Kaczmarek jak na warunki II- ligowe był bardzo dobrym trenerem! Grał kiedyś za granicą, myślałem, że będziemy się rozumieli. Niestety z czasem przesiąkł mentalnością Wyłupskiego. W sprawie decyzji wyboru bramkarza mam tylko jedno do powiedzenia: To, że była ona niesłuszna, pokazała runda wiosenna, w której Skiba bronił tak, że potem zdecydowali się na I ligę ściągnąć innego bramkarza.

Moje dalsze losy? Zostałem poinformowany, że mam trenować na „Orliku” z drugą drużyną i jeździć z nią na mecze, aby siedzieć na ławce. Miesiąc później, w kwietniu prezes Jacek Czałpiński podjął decyzję, aby wyrzucić mnie z mieszkania, które miałem zagwarantowane w kontrakcie. W związku z tym, że zaczęli płacić mi symbolicznie, musiałem za pieniądze z własnych oszczędności, wynająć sobie mieszkanie na własną rękę.

Bardzo mnie tym ruchem wkurwili…

Wtedy już wiedziałem, że nie odpuszczę im do końca! Bo gdyby to trafiło na inną osobę to nie miałaby za co żyć! Dla mnie taka zagrywka to cios poniżej pasa, ale być może Czałpiński w takich się lubuje.

Gdy zobaczyli, że i to nic nie dało, w maju zaczęły się podjazdy pod mój ślub w stylu: czy wiem, że mam ślub w czerwcu? Nie kurwa, nie wiem. W końcu słowa przeszły w czyny i dostałem rozpiskę treningową na tydzień przed i tydzień po ślubie. W związku z tym, musiałem zrezygnować z podróży poślubnej. Oczywiście dostawałem ciągle jakieś telefony, mówili że jak coś, to mogę po 8h w klubie siedzieć. Już pod koniec powiedzieli, że jak rozwiąże kontrakt za porozumieniem stron, to będą o mnie dobrą opinię wydawali, a jak nie to będą o mnie źle mówili.

Po 9 miesiącach siedzenia w rezerwach, wydałem oświadczenie, za które chcieli mnie ukarać karą miesięcznej pensji, ale przegrali w Sądzie Polubownym w dwóch instancjach – zarówno w tej sprawie, jak i całej kwoty wynagrodzenia! Również ponad rok temu pytałem w nim: jak klub chce być budowany i jaką drogą chce iść?!

Zgłaszałem problem z opiekunem Kaczmarkiem. Niestety „działacz” Czałpiński postanowił dalej iść w ślepą uliczkę, zamiast wyjebać Kaczmarka już rok wcześniej!
Do czego to doprowadziło? W ostatnim wywiadzie: „Zmiany są konieczne natychmiast”, obecny Prezes Rady Sponsorów Andrzej Bogusz mówi, że już zostały zmarnowane ostatnie 2 lata, a teraz jest ostatni moment, żeby nie popełnić „grzechu zaniechania”.

Ja uważam inaczej: „grzech zaniechania” został już popełniony! Natomiast ten grzech mógł zostać popełniony nieświadomie… ale celowe zatrzymywanie zapłaty pracownikowi jest już jednym z grzechów „wołających o pomstę do Nieba” i z całą pewnością był popełniany przez Jacka Czałpińskiego z pełną świadomością.

Pamiętam, jak przychodziłem do Stomilu. Wszystko w klubie było jak na II -ligę wzorowo ułożone. Co więcej – widać było, że zmierza w dobrą stronę i I liga to tylko kwestia roku. Klub miał świetnego prezesa w osobie Andrzeja Bogusza, który odniósł sukces w branży budowlanej, a także zarząd, w którym byli doradcy z prawdziwego zdarzenia: Marian Świniarski oraz Ireneusz Sobieski, który grał kiedyś w piłkę i czuł, o co w tym chodzi.

Teraz pytanie jest następujące: czy Stomil dalej będzie w tym „grzechu zaniechania” trwać?

Dzisiaj klubem rządzi sam „prezes” Czałpiński, który nie ma pojęcia, ani o poważnej piłce, ani o zarządzaniu, a termin taki jak – długofalowa strategia jest mu zupełnie obcy! Miałem styczność z dwoma prezesami mazowieckich klubów IV ligowych, którzy byli od niego o niebo lepsi. Zarówno pod względem ludzkim, jak i pod względem zarządzania klubem. W sumie, mnie to nawet nie dziwi, bo przed piastowaniem funkcji prezesa Stomilu, Jacek Czałpiński zasłynął jedynie ze spuszczenia innego klubu do klasy okręgowej. Natomiast dziwi mnie, że Pan Andrzej Bogusz powierzył zarządzanie klubem w ręce człowieka z takim CV!

Zresztą nie tylko ja jestem takiego zdania na temat „prezesa” Czałpińskiego czy „trenera” Kaczmarka. W podobnym tonie wypowiada się Maciej Iwański, którego poznałem jeszcze podczas pobytu w szkółce bramkarskiej MSP Szamotuły, wywiadzie: „Stomilowi grozi kolejny upadek”. Działacze Stomilu zamiast zmierzyć się w merytorycznej dyskusji, postanowili dać zaproszenie Iwańskiemu na… lożę VIP. O ile taka w ogóle takowa istnieje na sypiącym się stadionie w Olsztynie…

Jednak Stomil to nie jedyny przypadek, w którym spotkałem się z patologią w Polsce. Po moim przyjeździe z Wysp Brytyjskich, spotkałem się z nią nawet w Legii Warszawa! Tuż po przyjeździe do Polski, na mojej drodze stanęło dwóch „szkodników”.

Robert Mioduszewski i Marek Jóźwiak.

W związku z tym, że na tego pierwszego szkoda nawet miejsca w tym materiale, to polecam przeczytanie na moim profilu FB artykuł u „Zderzenie się z polską rzeczywistością”. Tam wspominam tego Ala Capone”.

Jeśli chodzi o Jóźwiaka, to dopiero ostatnio – po 4 latach – dowiedziałem się dzięki Prezesowi Legii Bogusławowi Leśnodorskiemu, że to Marek Jóźwiak był główną przeszkodą, abym został zawodnikiem warszawskiego klubu, tuż po powrocie z Anglii.

Chciałem – tak jak Fabian – zacząć bronić w bramce Legii, mając 20 lat.

Myślałem, że zrobię to też jak on: grzecznie i po dobroci…
Ł»e pokażę, że jestem lepszy od innych i to wystarczy…

Nie wystarczyło. Na testach w Legii pokazałem się z naprawdę dobrej strony. Byłem z siebie bardzo zadowolony, tak samo trener bramkarzy Krzysztof Dowhań. Natomiast musiał powiedzieć mi, że dziękująâ€¦ i tajemnicze: ” nie wszystko ode mnie zależy”.

Teraz w kontekście tych słów, gdy dowiedziałem się, że menadżerem Antolovica był Jóźwiak, który wtedy był również dyrektorem sportowym Legii, to zrozumiałem słowa Dowhania. Patologia.

Kiedy Legia sprowadziła już Antolovicia i zobaczyłem, jak on broni, to się wkurwiłem.

Miałem ochotę zadzwonić do trenera Dowhania i mu wygarnąć… ale skończyło się na tym, że tylko zadzwoniłem i poprosiłem o możliwość trenowania z Młodą Ekstraklasą Legii. Odbudowywałem się wtedy, grając w Bugu Wyszków. Pomyślałem sobie, że będzie jeszcze lepsza okazja do wygarnięcia.

Według mnie Prezes Legii, to i tak jest łaskawy w stosunku do Jóźwiaka, że pozwala mu bilet na normalne trybuny kupić, bo gdybym ja był właścicielem klubu, to dałbym mu zakaz stadionowy. I na koniec powiedziałbym do niego tak samo, jak kiedyś trener Maciej Skorża, gdy ten podczas obozu na Cyprze, siedział na ławce rezerwowych i robił za podśmiechujka. Ł»eby WYPIERDALAŁ!

Najbardziej ze wszystkich ośmieszył się Wojtek Kowalczyk, który napisał na Twitterze, że to tak jakby – „Zbyszek Boniek pogonił do kas na mecz reprezentacji Polski Grzegorza Lato, bo ten działał na szkodę PZPN”. Tylko Wojtek nie dostrzegł jednej subtelnej różnicy, że prezes Leśnodorski jest Panem i Władcą w Legii – czyli jej właścicielem, a Zbigniew Boniek jest „tylko” publicznym urzędnikiem w PZPN.

Po tym wszystkim byłem wrakiem sportowym. Cały 2013 rok odbudowywałem się. Wiosną w IV-ligowej Nadnarwiance Pułtusk, a na jesieni w II-ligowym Świcie Nowy Dwór Mazowiecki. Oprócz tego sądziłem się z nimi w Sądzie Polubownym: w I i II instancji.

Do Nadnarwianki ściągnął mnie trener Mariusz Malarz. Poszedłem tam, aby poczuć bramkę. W dwa miesiące zagrałem 15 spotkań. Następnie poszedłem do II- ligowego Świtu, w którym na jesieni zagrałem w 10 meczach ligowych. Również tyle samo do tej pory zagrał mój konkurent Karol Domżał. Drużyna ze mną w bramce zdobyła 14 punktów, a z nim 5. Co więcej w ostatnich 7 meczach na jesieni, puścił 12 bramek natomiast ja zaledwie 4. Pomimo robienia 3 razy lepszych wyników, to on zaczyna na wiosnę, a mnie znowu odsunięto od drużyny! Tak wygląda układ!

Po rundzie jesiennej w Świcie na treningi w Górniku Łęczna zapraszał mnie Arek Onoszko, ale odmówiłem mu, bo mieli pierwszego bramkarza, a ja chciałem grać na wiosnę w I albo II lidze. Powiedziałem, że jak będą w Ekstraklasie, to będę zainteresowany bronieniem.

Natomiast opiekun Świtu, Miłoszewski w styczniu zapewnił mnie, że jak przyjdą do klubu młodzieżowcy, to będę na wiosnę pierwszym bramkarzem. Umówiliśmy się, że będę trenował i testował się w drużynach, w których będę miał pierwszy skład, a jak będą młodzieżowcy, to do mnie zadzwoni. Liczyłem, na to że odejdzie bramkarz Dolcanu i pójdę bronić do I ligi, a w międzyczasie trenowałem i grałem sparingi w Mazurze Karczew i Starcie Otwock.

Pod koniec przygotowań okazało się, że młodzieżowcy przyszli, ale opiekun nie dzwoni. W związku z tym, pojechałem do klubu i pytam, czy mnie oszukał?

A on do mnie:”No oszukałem Cię… i co mi zrobisz?”

Na patologię, z jaką spotkałem się po powrocie do Polski w Motorze, Legii, Stomilu czy teraz w Świcie, znajduję tylko jedno określenie: THIS IS A FUCKING JOKE!

Jedynie w Legii powiedzieli temu STOP i zrobili porządek!

Patrząc od środka na to co się dzieje w polskiej piłce, to gdyby nie taki Czarek Kucharski, to pewnie dzisiaj Robert Lewandowski mógłby być dalej w Zniczu. A jakby był za bardzo ambitny i chciał się wybić ponad przeciętność, to zsyłką do rezerw szybko by mu głowę schłodzili…

Od 2 miesięcy jestem bez normalnego treningu z drużyną i meczów. Mam indywidualne treningi bramkarskie. Jeżeli w tej rundzie dostanę w Świcie 10 meczów na” rozbujanie się” – na które sobie zapracowałem grą na jesieni i które należą mi się jak psu buda – to będę gotowy na bronienie w I lidze w następnym sezonie. Natomiast grając w następnym sezonie pierwszą rundę w I lidze, a drugą rundę w niżej notowanym klubie Ekstraklas – za rok byłbym gotowy do bronienia w najlepszym polskim klubie!

Jeśli miałbym stanąć w prawdzie przed samym sobą i ocenić swój potencjał, to uważam, że tylko dwóch polskich bramkarzy jest poza moim zasięgiem: Wojtek Szczęsny i Artur Boruc… Ale Artek za kilka lat skończy karierę, Wojtkowi coś wypadnie – jakieś Malediwy i już jestem pierwszy 

Chciałbym w końcu dostać szansę pokazania tego na boisku, aby udowodnić wszystkim, że to nie są puste słowa. Opieram je na tym, czego doświadczyłem podczas pobytu w Cardiff. Miałem tam możliwość sprawdzenia swoich umiejętności na tle takich zawodników jak: Robbie Fowler, Jimmy Floyd Hasselbaink, Craig Bellamy czy Aaron Ramsey, który teraz gra razem z Wojtkiem Szczęsnym w Arsenalu. Jeśli chodzi o bramkarzy, to trenowałem tam z Kasperem Schmeichelem, który teraz gra z Wasylem i właśnie awansował z Leicester City do Premier League. Na co dzień trenowałem również z Davidem Marshallem, który obecnie broni w Cardiff City, występującym w tym sezonie w Premier League i uważam, że jestem w stanie osiągnąć wyższy od niego poziom. Co prawda podczas mojego pobytu w Cardiff, przegrałem z nim rywalizację, ale wtedy byłem z góry na straconej pozycji, bo jak przychodził do drużyny to miał już na swoim koncie prawie 100 meczów na zapleczu Premier League. Był 24-letnim mężczyzną, a że jest Szkotem, to angielska kultura i język sprawiały, że czuł się jak u siebie w domu. Natomiast ja byłem wtedy 19- letnim chłopakiem, który na treningach prezentował się równie dobrze, ale dzieliła nas przepaść w doświadczeniu. Podobne czynniki zadecydowały, że wcześniej Marshall przegrał rywalizację w Celticu z pięć lat starszym Borucem.

W Cardiff City przez dwa lata miałem treningi bramkarskie z Martynem Margetsonem. Powiem Wam wszystkim, jaki był on „niepokorny” i jakie miał mniemanie o sobie…

Kazał do siebie mówić: najlepszy trener bramkarzy na świecie! I wiecie co?

Dzisiaj jest trenerem bramkarzy w klubie Premier League – West Ham United.

Po prostu żył w prawdzie. Był świadomy, jakie są jego mocne strony, a jakie słabe. Wiedział, jak to poprawić. A przede wszystkim wierzył w swoje możliwości. Profesjonalista! Tak naprawdę to dzięki niemu trafiłem do Cardiff. To on, po obejrzeniu mojego DVD, od początku do końca był po mojej stronie. I na koniec powiedział mi: Nigdy się nie poddaj!

Jak pomyślę sobie teraz o mentalności takiego: Wyłupskiego, Mioduszewskiego, Kaczmarka, Jóźwiaka, Kowalczyka, czy Smudy, to wywołuje to u mnie odrazę! Niestety oni nie są jedyni. To skażenie dotyczy 95% osób w polskim środowisku piłkarskim! Ci ludzie zatrzymali się w latach 90.! W Polsce – oprócz układów – zawodnicy muszą mieć charakter poza boiskiem, aby wybić się z tego bagna, a nie „właściwą mentalność”. Tylko, że bez niej to też daleko nie zajdą!

Wiele osób mówiło mi: nie pisz o ty, bo będziesz w Polsce skreślony. Ale ja się tego nie boję… bo albo będę bronił w najlepszym polskim klubie, dzięki któremu będę miał możliwość powrotu na Wyspy Brytyjskie, albo nie będę udawał, że gram w piłkę i rozmieniał swój talent , który dostałem od Boga na drobne… Nie jestem i nie mam zamiaru skończyć, jak Wojtek Kowalczyk!”

Erwin Sak