Nie byłoby problemu, bo na krytykę się uodporniłem. Natomiast propozycja transferu należała do gatunku tych nie do odrzucenia. W Piaście w pierwszym sezonie utrzymaliśmy się, a w drugim spadliśmy do pierwszej ligi, a ja otrzymałem ofertę z klubu Serie A, który grał w Lidze Europy, bo w poprzednim sezonie zajął piąte-szóste miejsce. Pierwsze doświadczenia nie były jednak najlepsze. Przez pół roku praktycznie nie podnosiłem się z ławki. Zagrałem tylko w dwóch-trzech meczach Ligi Europy, a w Serie A ciągle było zero – opowiada w obszernym wywiadzie Kamil Glik.

Kamil Glik: We Włoszech szanują mnie bardziej

Słyszeliśmy, że wśród polskich piłkarzy jesteś tym, który ogólnie najbardziej interesuje się futbolem.
Trzeba przyznać, że oglądam bardzo dużo meczów. W weekend zazwyczaj mnie nie ma, ale jeśli jestem w domu lub na zgrupowaniach to śledzę ligę polską, angielską, włoską i oczywiście Champions League plus Ligę Europy. Jeśli są mecze i mam czas – oglądam wszystko co się da. Ile tego będzie? Na pewno wszystkie piątkowe mecze w naszej lidze i Serie B, która też gra w piątki. W sobotę od 15. też Serie B, a potem polską i angielską, w zależności od zgrupowania. Nie wiem, ile tego wychodzi, ale ogólnie sporo, to fakt.

Co na to żona?
Też ogląda, przynajmniej się stara, choć wiadomo, że nie przywiązuje do tego zbyt dużej uwagi. Tyle mam szczęścia, że nie daje mi szlabanu na te wszystkie mecze.

A widzisz po sobie, że jesteś najbardziej zorientowanym piłkarzem w całym środowisku? Mógłbyś porozmawiać na temat taktyki Piasta, Bari?
Czy najbardziej? Nie wiem… Wydaje mi się, że większość zawodników mniej więcej śledzi wyniki. Wiadomo, że wiem trochę więcej o lidze polskiej – co naturalne – i włoskiej, bo przebywam w tym środowisku i znam systemy, w jakich grają różne drużyny, ale nie jestem jakimś wyjątkiem. Inni zawodnicy też w większym lub mniejszym stopniu interesują się piłką.

Oglądasz tylko mecze czy o piłce też lubisz czytać lub posłuchać? Jak to u ciebie wygląda we Włoszech?
We Włoszech są trzy podstawowe gazety – La Gazzetta dello Sport, Corriere dello Sport i Tuttosport. Turyńskie Tuttosport pisze przede wszystkim na temat Juventusu i Torino, a rzymskie Corriere o Romie. W Polsce mamy praktycznie jedną ogólnokrajową gazetę sportową, ale wiadomo, ludzie we Włoszech żyją piłką. Studia przedmeczowe trwają po półtorej godziny, a każde spotkanie – przynajmniej w Sky Sports – ma świetną oprawę. Pokazują zdjęcia na żywo z szatni tuż przed wyjściem na boisko, sporo tego typu rzeczy.

Czytając artykuły na swój temat we włoskiej prasie, częściej czujesz dumę czy zdziwienie?
Dumę i zadowolenie. Zapracowałem na to. Wyjeżdżając do Włoch prawie cztery lata temu, nie spodziewałem się, że po takim okresie zostanę kapitanem drużyny. Nie sądziłem też, że już w pierwszym sezonie w Torino uda mi się awansować do Serie A, potem się utrzymać i rozegrać w miarę dobry sezon. Mogę jednak powiedzieć z pełną świadomością, że osiągnąłem to dzięki swojej pracy i bez pompowania ze strony mediów. Miałem swoje indywidualne cele, wykonałem je i czuję teraz satysfakcję.

A plotki transferowe o zainteresowaniu klubów typu Roma czy Lazio bardziej cię napawają dumą czy jednak dziwią?
Fajnie słyszeć o takich sprawach, ale na razie mam jeszcze półtora roku kontraktu z Torino. W czerwcu, kiedy zostanie mi tylko rok, wszystko się wyjaśni. Albo przedłużę umowę o następne dwa -trzy lata, albo klub będzie musiał mnie sprzedać, żeby – po wykupieniu mnie w całości z Palermo – móc jakkolwiek zarobić. Zainwestowali we mnie i w czerwcu będę musiał podjąć decyzję. W prawo albo w lewo.

Na co się nastawiasz?
Na nic, naprawdę. Nawet w jednym procencie nie zajmuję się tym, czy zostanę, czy odejdę. Skupiam się na tym, by zagrać fajny sezon, a na razie jest dobrze. Mamy 36 punktów, czyli tyle samo, ile na koniec poprzedniego sezonu. Progres już jest, a przed nami jeszcze masa meczów. Całe dwa miesiące grania. Już wiemy, że będzie lepiej.

Masz też świadomość, że do słabszego klubu nie trafisz.
Na pewno. Z roku na rok gram coraz lepiej. W pierwszym sezonie w Torino zrobiliśmy awans. Potem celem było utrzymanie i udało się. W tym roku jest jeszcze lepiej, ale ja też – wiadomo – chcę się rozwijać, iść do przodu i chciałbym kiedyś zagrać w lepszych klubach. Jeśli dostałbym propozycję z jakiejś fajnej drużyny, to miałbym się nad czym zastanawiać.

Ale był faktycznie temat któregoś z większych klubów czy to tylko plotki?
Oficjalnie nie dostałem żadnej oferty. Może ktoś się zgłaszał, ale mimo wszystko miałem dość długi kontrakt. Podpisałem pięcioletnią umowę z Palermo, której nie przedłużałem i nie renegocjowałem, więc warunki pozostają takie same. W czerwcu zainteresowanie powinno być większe. Kluby będą wiedzieć, co dalej z moim kontraktem i będzie można rozmawiać. Może wtedy sytuacja się wyjaśni.

Jeśli zdecydujesz się na odejście, to chyba skończą się te wszystkie komentarze fanów Torino na Twitterze.
Byłoby ciężko. Spędziłem w Torino naprawdę trzy fajne lata. Nie miałem przez ten okres ani jednego negatywnego doświadczenia. Ciężko byłoby odejść, naprawdę ciężko.

A są takie miejsca, do których na pewno nie pójdziesz właśnie ze względu na swój status w Torino?
Nie, takiego problemu raczej bym nie miał. No, może jedyny klub, do którego miałbym lekki opór odchodząc, to lokalny rywal. Gdybym przykładowo miał do wyboru Juventus i Milan, to wiadomo, że wybrałbym Milan, ale nad ofertą Juventusu też bym się zastanowił. To drużyna, która obecnie gra najlepszą piłkę we Włoszech i prawdopodobnie trzeci raz z rzędu zdobędzie tytuł mistrzowski. Z drugiej strony w Torino zaufali mi wszyscy – kibice, trener i działacze – więc sentyment na pewno długo pozostanie.

Po reakcjach kibiców widać, że stałeś się małą ikoną Torino. Nie mogłeś się chyba spodziewać, że – grając na stoperze – tak szybko pojawią się na twój temat piosenki czy specjalne koszulki w stylu „keep calm and trust Glik”.
Oczywiście, że się nie spodziewałem. Tym bardziej, że gdy przychodziłem do klubu, Torino miało problemy sportowe i finansowe. Rok przed moim przyjściem nie zakwalifikowało się nawet do pierwszej szóstki Serie B i nie grało w play-offach. Wtedy wymieniono praktycznie całą drużynę, z trenerem włącznie i udało nam się od razu zrobić awans. Przede wszystkim nie spodziewałem się jednak, że po dwóch sezonach zostanę kapitanem drużyny, na co nalegali kibice. Przed sezonem tylko dwie osoby w Torino miały dłuższy staż w drużynie – ja i D’Ambrosio, któremu został rok kontraktu i wiedział, że odejdzie w grudniu. Wiadomo było, że ktoś z nas dwóch zostanie kapitanem, dlatego kibice – a potem sam D’Ambrosio – chcieli, żebym był to ja. Pierwszy mecz z opaską grałem z Livorno, jeszcze na zgrupowaniu.

Zdajesz sobie sprawę, że w Polsce ocena twojej osoby jest zupełnie inna. Ta rozbieżność – w porównaniu do Włoch – wręcz uderza.
Powiem szczerze, że raczej nie czytam rzeczy, które się pisze w Polsce. Teraz, po narodzinach córki, mam troszkę inne rzeczy na głowie. Ale macie rację – na pewno da się odczuć, że we Włoszech jestem o wiele bardziej szanowany. Zarówno jako piłkarz, i jako człowiek. Ciężko mi powiedzieć, z czego to wynika.

Płynnie przechodzimy do tematu reprezentacji. Jak twoje obowiązki jako stopera w Torino mają się do tych w kadrze? Może w Torino po prostu wpasowałeś się w idealny dla ciebie kontekst?
W Torino zmieniliśmy system w tym sezonie i zaczęliśmy grać 3-5-2. Wcześniej przez dwa lata – w Serie B, gdzie wywalczyliśmy awans i w poprzednim roku – graliśmy 4-4-2. Gra trójką obrońców to w jakimś sensie dla mnie nowość, bo – jak większość z nas – nigdy w tym systemie nie występowałem. Na początku grałem jako półprawy obrońca, a w ostatnich meczach jako środkowy, cofnięty. Nasz trener jest świetnym taktykiem, który potrafi doskonale pracować z defensywą. Jeszcze w czasach Bari prowadził Bonucciego i Ranocchię, którzy trafili do reprezentacji Włoch i lepszych klubów. Tak samo było u nas z Angelo Ogbonną, który przeszedł do Juventusu oraz z Immobile i Cercim, którzy dostali powołanie na kadrę. Trener Ventura to architekt tego wszystkiego. Świetny szkoleniowiec. Dzięki niemu jesteśmy tak przygotowani taktycznie i na mecze wychodzimy bez strachu. Wiemy, jakich zachowań spodziewać się po rywalu, bo pewne ruchy są automatyczne i robi się zawsze. Dla obrońcy to największa przewaga, kiedy wie, co przeciwnik zrobi dwie-trzy sekundy wcześniej.

Co sprawiło ci największy problem w tym przejściu z 4-4-2 na 3-5-2?
To są całkiem inne zachowania. Na początku, grając jako półprawy obrońca w czwórce, nie mogłem atakować na raz. Trener chciał, byśmy zostawiali rywalom jeden-dwa metry. W 3-5-2 mogę sobie pozwolić na bardziej agresywną grę i dojście do przeciwnika. Za plecami zawsze jest ktoś, kto może cię zaasekurować. Tutaj dwójka może pójść mocno na rywala, a trzeci dostaje wszystkie „brudne piłki” i przebitki.

Chyba dobrze się odnajdujesz w takim systemie?
Początek sezonu nie był łatwy dla całej drużyny, ale aktualne wyniki pokazują, że się dostosowaliśmy. Dziś wygląda to dość fajnie.

Kiedy Nawałka przejmował reprezentację, temat przejścia na taktykę 3-5-2 był jednym z najczęściej poruszanych podczas konferencji czy programów telewizyjnych. Zwrócono na to uwagę, między innymi dlatego, że ty lepiej odnajdywałbyś się na boisku.
To pytanie do trenera Nawałki, który – z tego, co widzimy – jest za tradycyjnym 4-4-2. Być może w przyszłości będzie okazja wypróbować inne systemy, chociaż meczów nie jest zbyt wiele. Spotkanie ze Szkocją będzie jedynym oficjalnym przed startem eliminacji, bo z Niemcami i Litwą zagramy w terminach nieoficjalnych i nie wiemy, czy kluby pozwolą na przyjazd wszystkim zawodnikom. W środę powinniśmy więc szlifować 4-4-2.

W którym ty czujesz się gorzej?
Nie gorzej, przecież całe życie grałem w 4-4-2. Nie jestem przymurowany do jednego systemu, więc zmieniając klub, nie będę miał problemu z dostosowaniem się do innych schematów.

A brak powołania do reprezentacji na początku cię nie zaniepokoił? Czy byłeś spokojny, bo żaden z polskich stoperów nie ma takiej pozycji w piłce klubowej?
Przyjąłem to ze spokojem i pomyślałem: „złe dobrego początki”. U trenera Fornalika też nie pojechałem na pierwsze zgrupowanie przed meczem z Estonią, a później grałem we wszystkich meczach. Pomyślałem, że teraz będzie podobnie. Dostałem powołanie i będę się starał pokazać trenerowi swoją grą w Serie A, która czasami wygląda nieźle.

To był drugi głośny moment, kiedy zostałeś pominięty przy powołaniach. Wcześniej u trenera Smudy raczej nie podchodziłeś do sprawy ze zrozumieniem.
Trener mnie nie powołał na Mistrzostwa Europy, co na pewno było dla mnie smutne i ciężkie, zwłaszcza w pierwszym okresie. Po czasie mi jednak przeszło – wiadomo że takie rzeczy mijają. Dziś w ogóle o tym nie myślę. Pan Smuda podjął taką, a nie inną decyzję i tyle.

Podałeś mu rękę na pożegnanie?
Nie pamiętam, bo to była dosłownie minuta rozmowy. Trener przekazał swoją decyzję mnie, Tomkowi Jodłowcowi i Michałowi Kucharczykowi. Nie było argumentów. Czysty komunikat.

Smuda tłumaczył potem w mediach, że miałeś problemy z kolanem.
Rzeczywiście nie zagrałem w trzech ostatnich meczach sezonu, ale trenowałem przez cały obóz przygotowawczy i nie opuściłem żadnych zajęć. Byłem przygotowany na sto procent.

Gdzie obejrzałeś mistrzostwa?
W domu na Śląsku, z przyjaciółmi. Miałem długie wakacje, tym bardziej, że letnia przerwa we Włoszech jest bardzo długa. Liga się kończyła mniej więcej tak, jak będzie się kończyć teraz – między 15 i 30 maja. Miał być jeszcze tydzień roztrenowania, ale został odwołany, także byliśmy wolni około 25 maja, a przedsezonowe zgrupowania zaczęły się po 15 lipca. Ponad miesiąc spędziłem w domu.

Plujesz sobie w brodę, jeśli chodzi o jakieś występy w reprezentacji?
Oczywiście – po każdym meczu, który przegraliśmy. Indywidualnie miałem do siebie zastrzeżenia głównie po porażkach w eliminacjach – szczególnie za spotkanie z Ukrainą – oraz po sparingu z Urugwajem.

Z czego wynikała twoja słabsza postawa w tych meczach – z braku zrozumienia z kolegami czy właśnie z systemu gry?
Myślę że nie była to kwestia systemu. A jeśli chodzi o zrozumienie… Cóż, naprawdę dobrego porozumienia nigdy nie będzie, bo na kadrę często przyjeżdżają nowi ludzie nie ma czasu na jakieś wielkie zgrywanie się. Na przygotowanie taktyczne mamy zwykle trzy-cztery dni. Brakuje komfortu, żeby nad czymś popracować przez miesiąc. Kartki, kontuzje, zawsze ktoś wypada, ktoś wchodzi… Sami rozumiecie. Z czego wynikała moja słabsza postawa? Wszyscy chcielibyśmy znać odpowiedź. Każdy z nas jest innym zawodnikiem, jeśli porównać grę w reprezentacji i w klubie. Na papierze jesteśmy mocni. Zwłaszcza, patrząc na ligi przynależność klubową. Chciałoby się to przełożyć na reprezentację.

A co sobie pomyślałeś po losowaniu eliminacji Mistrzostw Europy?
Pomyślałem, że to duża szansa, ale podobnie myślą Szkoci i Irlandczycy. Trzy reprezentacje mówią to samo, a Niemcy są poza zasięgiem. Wszyscy musimy bić się o drugie miejsce. Pod względem personalnym jesteśmy silniejsi od Szkocji i Irlandii, ale najważniejszą będą pierwsze cztery mecze. Dziewięć punktów – to wymarzony scenariusz na początek eliminacji i koniec roku.

Dla nas wymowne jest, że nawet podczas losowania dziennikarze i trenerzy z tych krajów zapytani o naszą reprezentację, bez większego zastanowienia wymieniali wyłącznie Lewandowskiego. Kiedy jednak rzucało się im kilka nazwisk, zwykle odpowiadali pytaniem: to są Polacy?
Czyli jednak znają nas, to chyba dobrze (śmiech). Mamy przecież piłkarzy grających w Lidze Mistrzów – Wojtka Szczęsnego, trójkę z Borussii i Artura Boruca – postać znaną Wyspach. Poza tym, tak jak mówicie, jeżeli poda im się klub i nazwisko, to raczej kojarzą. Czyli w sumie to nie najgorzej o nas świadczy.

A ty wolałbyś być postrzegany jako Kamil Glik, uznany polski stoper, czy Kamil Glik, ceniony stoper Serie A? Zdecydowanie przeważa druga opinia.
Bez różnicy. Jeśli mnie nie znają, to niech mnie poznają w tych eliminacjach. Tym, którzy mnie nie kojarzą, postaram się uprzykrzyć życie tak, by zapamiętali mnie na zawsze. Nie mam jednak zamiaru udowadniać niczego na siłę.

Z kim ci się najlepiej gra z polskich stoperów?
Grałem już z kilkoma – z Bartkiem Salamonem, z Łukaszem Szukałą, z Wasylem… Z Marcinem osiągaliśmy najlepsze wyniki, graliśmy razem między innymi w meczu z Anglią. To był nasz najlepszy mecz w całych eliminacjach. Powinniśmy nawet zwyciężyć.

Przy okazji możesz powiedzieć, co się dzieje z Salamonem? Jako obrońca na pewno masz jakieś swoje wnioski.
Nie przebywam z nim na co dzień, więc nie mam pewności. Przeskok z Serie B do Serie A jest olbrzymi. To akurat wiem po sobie. Chociaż kiedy robiliśmy awans, Serie B była naprawdę mocna. Sampdoria, Pescara z Immobile i Insigne… Obaj strzelili w sumie chyba z 50 goli, a był jeszcze Verratti, który potem bezpośrednio z drugiej ligi poszedł do PSG. Kto jeszcze? Sassuolo, Hellas Verona… Sami widzicie. Bartek długo grał w Serie B, ale nie widujemy się na co dzień, więc nie wiem, na czym polega jego problem.

Drugi z niegrających to Piotrek Zieliński, którego chyba polecałeś do Torino.
Takie pytania dostałem tylko od dziennikarzy, nie od dyrektora sportowego. Mówiłem, że to dobry zawodnik, młody ze sporą jakością, ale jego sytuacja jest dziwna, bo w zeszłym roku grał dość dużo, w końcówce sezonu był ważną postacią swojej drużyny, a teraz gra zdecydowanie mniej.

Twoim zdaniem marka Polaków we Włoszech jest coraz lepsza czy jednak nic się nie zmieniło, bo większość zawodników jednak nie gra?
Parę lat temu Polaków w Serie A nie było w ogóle albo bardzo mało. Kiedy przenosiłem się do Włoch, grali tam jedynie Błażej Augustyn w Catanii i Bartek Salamon w Brescii albo na wypożyczeniu w Foggii. Potem pojawił się Artur Boruc, ale rzeczywiście – przez ostatnie dwa-trzy lata ta marka się polepszyła. Ostatnio coraz lepiej wygląda pozycja Pawła Wszołka, choć akurat w meczu z nami nie zagrał. Cieszę się przede wszystkim, że jesteśmy tu dobrze postrzegani jako Polacy – zawodnicy i ludzie. Szanują nas za pracowitość i profesjonalizm.

Wróćmy więc do twojego transferu z Piasta do Palermo, który był szokiem i pewnie gdybyśmy wtedy poprosili cię o wywiad, to byś się nie zgodził za częstą krytykę.
Nie, nie byłoby problemu, bo na krytykę się uodporniłem. Natomiast propozycja transferu należała do gatunku tych nie do odrzucenia. W Piaście w pierwszym sezonie utrzymaliśmy się, a w drugim spadliśmy do pierwszej ligi, a ja otrzymałem ofertę z klubu Serie A, który grał w Lidze Europy, bo w poprzednim sezonie zajął piąte-szóste miejsce. Pierwsze doświadczenia nie były jednak najlepsze. Przez pół roku praktycznie nie podnosiłem się z ławki. Zagrałem tylko w dwóch-trzech meczach Ligi Europy, a w Serie A ciągle było zero. Poszedłem więc na wypożyczenie do Bari, gdzie sytuacja była w zasadzie nie do odratowania. Drużyna zajmowała ostatnie miejsce z małymi szansami na utrzymanie. Był to jednak dobry krok, bo zagrałem szesnaście meczów w Serie A i ten minimalny bagaż doświadczeń zabrałem do Torino. Decyzje, które podejmowałem do dziś, były chyba rozsądne. Udowodniłem też, że – wbrew niektórym opiniom – dorosłem do poziomu Serie A.

Dopuszczałeś do siebie myśl, że zostaniesz na zapleczu Ekstraklasy w Gliwicach?
Oczywiście. Wiedziałem jednak, że Piast potrzebuje pieniędzy, by przeżyć. Wtedy dopiero zmieniały się władze i klub przechodził na własność miasta. Pieniędzy nie było za dużo, a cztery miliony złotych, jakie za mnie zostali, to praktycznie budżet na cały sezon. Do tego doszło – o ile dobrze pamiętam – 300 tysięcy euro z transferu Kamila Wilczka do Zagłębia. Całkiem sporo. A jak na pierwszą ligę – ogromne pieniądze. Wszyscy byli więc zadowoleni.

Zastanawiałeś się czasem co by było, gdybyś został wtedy w Piaście?
Lepiej, żebym się nie zastanawiał (śmiech). Po jakimś czasie Piast zrobił awans, ale pozostanie w Gliwicach nie byłoby dla mnie najlepsze. Po wpadnięciu w taki krajowy obieg trudno byłoby mi potem wyjechać. Zresztą, z Polski generalnie jest ciężko wyjechać, ale jak już ci się uda, to wrócić można zawsze. Wtedy nie miałem się nad czym zastanawiać.

Czyli uznałeś, że nawet jeśli ci się nie powiedzie we Włoszech, to łatwiej spaść z Palermo do Legii, Lecha czy Wisły niż przejść do tych klubów bezpośrednio z Piasta?
Mniej więcej tak, chociaż nie mówię tu akurat o tych trzech klubach. Z Piasta nie było łatwo przejść nawet do Zagłębia, Śląska czy Bełchatowa, a wracając z Włoch, nawet po nieudanym sezonie, ale z kilkoma rozegranymi meczami – byłoby zdecydowanie łatwiej.

Kamil, tak szczerze… Wierzyłeś, że sobie tam poradzisz? Ten transfer to była przepaść, jeśli chodzi o poziom sportowy.
Jechałem pełen entuzjazmu, bo chciałem wszystkim udowodnić, że jednak dorastam do tego poziomu. Jasne – były momenty zwątpienia. Zwłaszcza, kiedy nie grałem przez sześć miesięcy, a potem spadłem z Bari do Serie B. Wtedy zastanawiałem się, co ja tutaj robię i czy na pewno do tego pasuję. Na szczęście poznałem w Bari trenera Venturę, z którym pracowałem tylko przez miesiąc – przyszedłem w styczniu, a zwolnili go w lutym – ale to wystarczyło, by się do mnie przekonał. Po zakończeniu sezonu dostałem telefon od niego i od dyrektora sportowego Torino. Powiedzieli, że montują skład na Serie A i widzą mnie u siebie. Na miejscu zapoznałem się z historią i organizacją klubu. Po roku spędzonym we Włoszech oczywiście znałem ten klub, ale nie wiedziałem, że jest szanowany w kraju do tego stopnia i że jego koszulka tak wiele znaczy.

Z zagranicznych przygód została nam do opisania przygoda z Realem Madryt.
Wyjechałem tam mając 17-18 lat. Fajne doświadczenie, którego nie zapomnę. Wszystko odbywało się jednak na zasadach juniorskich, bo z dorosłą piłką miało to niewiele wspólnego, choć trenowanie z gwiazdami światowej piłki to wielka sprawa.

Pożyczałeś samochód od Raula?
Nie, ale z tego co słyszałem, to inny kolega pożyczał (śmiech). Ja nic o tym nie wiem, nic nie widziałem.

W rezerwach też mieliście fajną paczkę.
Negredo, Mata, Adan, który przez jakiś czas był drugim bramkarzem Realu… Kto jeszcze? Bracia Callejón, z których jeden jest teraz w Napoli… Sporo było dobrych zawodników. Patrząc z dzisiejszej perspektywy – naprawdę fajna paczka.

A ty potem jeździłeś na testy do kilku poważnych klubów. Liverpool, Valencia…
Tak, ale to też odbywało się na zasadach juniorskich, bo miałem 18-19 lat i musiałbym błysnąć w sposób niebywały, by zahaczyć się na dłużej. Traktuję to raczej jako fajne przeżycie. Nic poważnego.

Nie obawiałeś się wtedy o swoje losy? Nie zahaczyłeś się w Realu, ani na testach, w końcu przyszedł Piast… Mogły pojawić się momenty zwątpienia.
Wtedy byłem młody i nie myślałem o tym w ten sposób. Z perspektywy czasu – macie rację – nie wyglądało to dobrze. Oblane testy, spadek z ligi z Piastem, pół roku bez grania we Włoszech i kolejny spadek z Bari. Mogło się wydawać, że jedyne, na co mnie stać, to poziom Ekstraklasy. Momenty zwątpienia były, zwłaszcza jeśli chodzi o Włochy, ale mam mocny charakter i się zawziąłem. Później zacząłem udowadniać, że dorastam do poziomu Serie A i cieszę się, że nie podjąłem żadnych pochopnych kroków, jak na przykład powrót do Polski.

Dziś natomiast dobiłeś do ściany w Torino. Ciężko ci będzie zrobić krok do przodu w tym klubie.
Torino to klub, który raczej promuje zawodników i ich sprzedaje, choć kibice chcieliby, żebyśmy walczyli o coś więcej niż środek tabeli i kręcili się w okolicach pucharów. Mój transfer to – jak wspomniałem – melodia przyszłości. Choć muszę przyznać, że kiedy zawodnicy z Torino odchodzą, to raczej do dobrych klubów. Ogbonna poszedł do Juventusu za 15 milionów, D’Ambrosio last minute za półtora miliona euro, bo miał pół roku do końca kontraktu… Teraz też mamy kilku fajnych napastników, pomocników i obrońców. Przed tą kolejką nasza para atakujących zdobyła więcej goli niż Tevez i Llorente. Immobile i Cerci to najskuteczniejszy ofensywny duet w Serie A. I tak to się kręci…

Tak to brzmi, jakby Torino w ogóle nie miało wad.
Nie jesteśmy Realem Madryt, ale na pewno wszyscy się tu świetnie czują. Mamy grupę dobrych piłkarzy, świetnego trenera, skład na pierwszą dziesiątkę Serie A… Wszystko fajnie funkcjonuje i stąd te wyniki.

Ile trzeba za ciebie zapłacić?
To pytanie do działaczy Torino. W czerwcu za moją drugą połowę klub wyłożył dwa miliony euro, a pierwsza to były jakieś grosze – 300-400 tysięcy euro. Łącznie wyszło ok. dwóch i pół miliona euro. Ale nie mam pojęcia, na ile wyceniają mnie dziś.

Z drugiej strony jeśli teraz podpiszesz nowy kontrakt, to potem może być ci ciężko wyjechać. Jesteś chyba w idealnym momencie, by zmienić klub na jeszcze wyższą półkę.
Przedłużenie kontraktu wcale nie musi oznaczać wypełnienia go. Jeżeli podpisałbym nową umowę w czerwcu, to po kolejnym roku też mógłbym wyjechać. Na pewno chcę się rozwijać i nigdy nie powiedziałem, że w Turynie zostanę do końca życia. Cały czas idę do przodu i myślę, że stać mnie na lepszy klub. Podchodzę do wszystkiego z wielkim spokojem.

Pierwszy raz w życiu masz taką absolutnie komfortową sytuację.
Myślę że tak. Wiem na sto procent, że klub chce przedłużyć umowę, już się ze mną w tej sprawie kontaktowano. Dyrektor sportowy chciał się kilka razy spotkać i podkreślał, że chciałby tę sprawę zamknąć. W najbliższym czasie na pewno dostanę ofertę przedłużenia kontraktu, ale nigdzie mi się nie spieszy. Trzeba tylko podjąć taką decyzję, która zadowoli wszystkich.

Rozmawiali TOMASZ ĆWIĄKAŁA i MICHAŁ SADOMSKI


Fot. FotoPyK

Liczba komentarzy: 3
Subscribe
Powiadom o
guest

3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments