Zanim pewnym krokiem wkroczył na salony, lubił powtarzać, że nie żyje z piłki, lecz dla piłki. Przeciwnicy mówią o nim: Nikodem Dyzma polskiego futbolu. Ci bardziej wyważeni wspominają o „charakterystycznym stylu”. Cięty język, nonszalancja, krzykliwość na każdym zjeździe czy posiedzeniu, wreszcie niesamowite parcie na media, w których czuje się jak ryba w wodzie – to Kazimierz Greń w pigułce. Zna każdego dziennikarza. Wydzwania, skrupulatnie prostuje wszystkie krzywdzące informacje, uprzejmie informuje czy też życzliwie rzuca światło na poczynania swoich przeciwników. Świąteczne życzenia wysyła zawsze jako pierwszy, jeszcze w Wielki Piątek.

Degreńgolada: od operatora frezarki do władz PZPN

Sam od lat ma się za tropiciela układów zżerających polską piłkę, człowieka gnębionego za prawdę. Nie toleruje sprzeciwu. Każdy negatywny artykuł odbiera jako złośliwość tych, którzy „mają brudne ręce”. Albo takich, którzy chcą się mu odpłacić, bo „kiedyś na bruk wywalał ich wujków”. Twierdzi, że był bohaterem licznych donosów do służb i prokuratur, że do jego siedziby wpadali uzbrojeni komandosi, po czym zabierali tylko statut. Uważa, że był podsłuchiwany, a za jego głowę wyznaczono cenę. Ale on się nie dał, bo prawda zawsze wyjdzie na jaw.

Na co dzień, kiedy flesze gasną, rządzi Podkarpackim Związkiem Piłki Nożnej. I robi to, jak wszystko, w charakterystyczny sposób. Mnożąc sobie wrogów, a jednocześnie podporządkowując sobie ludzi. Wielu tych związanych z podkarpacką piłką w ogóle nie chce o nim mówić. Czemu? – Bo 90 procent ludzi albo ma go za wizjonera, albo się go boi. Jeśli chodzi o wizerunek, ten człowiek jest geniuszem. Przyjeżdża na spotkania i przyćmiewa charyzmą. Lubi błyszczeć i tu akurat świetnie mu wychodzi. Nie brakuje takich, którzy by przeciw niemu wystąpili, tylko że się boją – nie ma wątpliwości Jan Kozicki, wieloletni działacz, prezes Orłów Rzeszów, który sam o Greniu szerzej mówić nie chce, choć jako były kontrkandydat w wyborach na prezesa, miałby o czym.

Dlaczego ludzie się go boją? Bo nieraz dostali już próbkę jego możliwości. Greń na Podkarpaciu może wszystko. Zawiesić klub, odebrać prawo występu w rozgrywkach, wykluczyć ze związkowych struktur. A potem sądzić się o prawdę – miesiącami albo wręcz latami. Nie każdy ma do tego cierpliwość. I pieniądze, żeby mu się przeciwstawić. – Jeśli chce kogoś zgnębić, użyje wszelkich środków. Napisze do marszałka, do prezydenta miasta, pojedzie na zarząd do Warszawy, będzie szkalował ludzi i prosił, żeby ich pozwalniać. Sam potrafi zbierać haki. Temu tam bilecik, tamtemu pomoże. A później zanim się wytłumaczysz, on cię zniszczy – mówi jeden z naszych rozmówców.

„KTOŚ TEMU DZIECKU MUSIAŁ DAĆ ZAPAŁKI”

Podstawowe pytanie, na które niewielu umie odpowiedzieć, brzmi: skąd Kazimierz Greń wziął się w świecie piłki?

Jak do tego doszło, że właściciel sex-shopu w Rzeszowie, frezer po Ochotniczym Hufcu Pracy wspiął się tak wysoko? Jak zaczynał? Jakim sposobem lokalny działacz, robiący niegdyś za konferansjera na imprezach osiedlowych, stał się przybocznym prezesów Polskiego Związku Piłki Nożnej i prawdziwym Baronem Podkarpacia?

W działalność piłkarską na poważnym szczeblu zaangażował się na początku poprzedniej dekady. – Nagle, trochę znikąd, pojawił się taki Kaziu. Miły był, łasił się, potrafił pięknie mówić, przynosił te swoje breloczki. Szlag wie skąd je brał, ale zawsze był pełen chęci do działania – wspomina Wincenty Morycz, były wiceprezes Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej i Szef Kolegium Sędziów. Twierdzi, że to on w dużej mierze zbudował karierę Grenia, którego teraz zapalczywie krytykuje. Rzekomo dzięki podszeptom znajomego adwokata, ówczesny prezes Podkarpackiego ZPN Jan Bieńkowski powołał go najpierw do Sądu Koleżeńskiego. Greń był zdeterminowany. Wreszcie został więc jego przewodniczącym, który – zgodnie ze statutem – mógł już uczestniczyć w posiedzeniach zarządu.

Greń, rzecz jasna, uczestniczył w każdym.

– Wreszcie doszło do sytuacji, w której nominowaliśmy go na jednego z kandydatów na prezesa. Nie miał doświadczenia, ale doszliśmy do wniosku, że będzie się nadawał. Młody był, prężny, pełen zapału. Stał pod chałupą, żebrał mi, by go wybrać, więc zacząłem jeździć po ludziach i przekonywać, żeby na niego postawili – przyznaje Morycz. W ten sposób Greń – przedstawiciel zupełnie nowego pokolenia – najpierw został szefem rzeszowskiego podokręgu i wreszcie w 2004 roku Prezesem Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej.

Dzięki pracowitości budował swoją pozycję. Aktywista osiedlowy, społecznik, za swoją działalność wyróżniony nawet „Laurem Nowin”, lokalnej gazety, która notabene mocno krytykuje dzisiaj jego rządy. Do tego stopnia, że w prywatnym folwarku Grenia, czyli na oficjalnej stronie związku, można nawet znaleźć ankietę z zapytaniem: „Czy na łamach GC Nowiny rzetelnie oceniana jest działalność Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej?”. Niestety, możliwość oddania głosu jest zablokowana, a wyniki wskazują, że 93% „głosujących” ocenia działalność gazety negatywnie. – Metody jak w czasach Łukaszenki – uśmiechają się pod nosem działacze, z którymi o Greniu rozmawiamy.


Sondy na stronie PoZPN z zablokowaną możliwością oddawania głosów

JAK GREŃ ZNIKAŁ Z BILBOARDÓW

Mówią, że już dekadę temu miał niezwykłą łatwość nawiązywania znajomości i płynięcia z prądem. Jako prężny działacz w sprawach lokalnej społeczności, dwukrotnie został radnym. Najpierw z listy SLD, później z listy prezydenta miasta Tadeusza Ferenca, który dziś jednak woli omijać go z daleka. Miał iść w politykę także po raz trzeci, tym razem z listy Platformy Obywatelskiej. W Rzeszowie nawet wisiały już bilboardy i plakaty, ale nagle Greń oświadczył, że z powodów rodzinnych rezygnuje. Prawdziwy „powód rodzinny” do dziś jest tajemnicą. Pozostają plotki rozpowiadane przez jego wrogów na lewo i prawo. Na przykład – że Greń podczas domowej sprzeczki miał grozić swojej żonie przy użyciu „przedmiotu imitującego broń palną”. Ale to pewnie wyłącznie głosy ludzi, którzy atrakcyjnego Kazimierza chcą zniszczyć i nie warto im dawać wiary. Nawet jeśli opozycjoniści opowiadają: – Greń został nawet zatrzymany przez policję, ale po kilku godzinach wypuszczony. Sprawie ukręcono łeb w zamian za to, że zrezygnuje z kandydowania i nie narazi partii na ryzyko, że kiedyś niewygodna historia wyjdzie na jaw.

Kalumnie rzucane przez opozycjonistów można wpuszczać jednym, a wypuszczać drugim uchem. Niemniej wstydliwych faktów na temat Grenia nie brakowało od początku.

Gdy już wypłynął na szersze wody, dostawał szewskiej pasji, gdy wytykano mu skromną przeszłość w sex-biznesie. Nie chciał mieć z tą działalność nic wspólnego, więc sex-shop (pierwszy w Rzeszowie – jak niektórzy twierdzą), przepisał na żonę, która dziś prowadzi już inny biznes. Również sklep, przy rzeszowskiej ulicy Batorego.

W oświadczeniu lustracyjnym zadeklarował niegdyś wykształcenie średnie. Gdy wyszło na jaw, że ukończył jedynie Ochotniczy Hufiec Pracy jako specjalista od frezarki, tłumaczył się, że myślał, że to jest właśnie średnie. Braki zresztą bardzo szybko uzupełnił. Zdał maturę w Centrum Kształcenia Ustawicznego, a zaraz po tym – w krótkim czasie – miał już dyplom ukończenia politologii w Wyższej Szkole Społeczno – Gospodarczej w Tyczynie. Na niewielkiej prywatnej uczelni w podrzeszowskiej mieścinie, liczącej trzy tysiące mieszkańców. Tam można nabyć tytuł magistra w tempie iście ekspresowym. Przeciwnicy Grenia złośliwie komentują, że „musiał być wyjątkowo zdolny, skoro poszło mu tak szybko”.

PODKARPACKA PIŁKA W CZASACH GRENIA

Na Podkarpaciu, którym rządzi, działa dziś około 650 klubów, zrzeszających ponad 1200 drużyn. Sam Podokręg Rzeszów liczy 216 klubów. Rozgrywki toczą się aż do C-Klasy. Gdzieniegdzie są jej aż cztery grupy, więc chętnych do biegania za piłką nie brakuje. Podkarpacie wysoko stoi również pod względem liczby osób ubiegających się o trenerskie uprawnienia, jednak czysto sportowo jest fatalnie. Dobre czasy minęły dawno temu. Region od niepamiętnych czasów nie ma swojego przedstawiciela w Ekstraklasie. Stal Rzeszów, znana firma, po raz ostatni grała w II lidze w 1994 roku. W Ekstraklasie – w 1976. Resovia regularnie balansuje między trzecim a czwartym poziomem rozgrywkowym. Po sezonie 2012/2013 nie otrzymała licencji na II ligę i została przesunięta szczebel niżej. Karpaty Krosno – również nie wychodzą powyżej czwartego poziomu. W Stali Mielec po dawnych sukcesach zostały wspomnienia, a klub od sezonu 1996/1997 krąży między trzecią a piątą klasą rozgrywkową. Do niedawna w I lidze występowała chociaż Stal Stalowa Wola, ale i ona w 2010 roku zjechała do II ligi wschodniej. Głośniejsze sukcesy przypadły w udziale Stali Sanok, za sprawą gier na centralnym szczeblu Pucharu Polski, gdzie udało jej się wygrać m.in. z Legią. To jednak wciąż tylko incydenty. Większość klubów w ostatnich sezonach zaczęła wdrażać drastyczne programy oszczędnościowe, motywując zmianę warunków wynagrodzeń słabymi wynikami.

Greń broni się, że siłą piłki jest jednak jej masowość i upiera, że brak drużyn na centralnym szczeblu to kwestia słabości finansowej regionu. O ile z tym jeszcze można się zgodzić, wypada zauważyć, że Podkarpacie jest na dnie również pod względem sędziowskim. Na szczeblu ogólnopolskim nie ma ani arbitrów, ani obserwatorów z regionu. A jak podkreślają lokalni sędziowie, zaniedbania dotykają też najniższych klas rozgrywkowych. Obecność obserwatora jest rzadkością w IV i V lidze, podczas gdy w innych regionach tacy ludzie pracują nawet na poziomie B-Klasy. – Jak w takim razie u nas odbywają się awanse i spadki sędziów – pytają retorycznie?

OCZKO W GŁOWIE OJCA

Paradoksalnie, najbardziej rozpoznawalnym arbitrem Podkarpacia jest dziś Rafał Greń. Syn prezesa.

Oczko w głowie ojca. Członek zarządu podkarpackiego Kolegium Sędziów. Do niedawna przewodniczący Komisji Szkoleniowej KS, który po znanej „aferze zdjęciowej” sam dwukrotnie nie zdał sędziowskich egzaminów. Nagle jednak, mimo że nie pojechał na testy do Krakowa pojawił się w meczowej obsadzie. – Dlaczego? Nie chcę gdybać, ale praktyka jest taka, że drugi termin egzaminu odbywa się już w okręgach i podokręgach – mówi nam sędzia Mateusz Leś z Rzeszowa. I tu zaczyna się robić wesoło. Zarząd Kolegium Sędziów liczy dokładnie pięć osób. Trzech jego członków, przepytanych przez Gazetę Codzienną Nowiny, stwierdziło niedawno, że o egzaminie Rafała Grenia w ogóle nie wiedziało, a przewodniczący rzucił tylko, że to jego sprawa, kto był w komisji egzaminacyjnej.

W każdym razie, Greń junior znów jest arbitrem pełną gębą. Cytując klasyka: przypadek? Nie sądzę.

Image and video hosting by TinyPic
Rafał Greń świętuje zakończenie sezonu z zawodnikami i działaczami klubu, którego mecz sędziował chwilę wcześniej. Na podstawię tych zdjęć RG został zdegradowany przez Kolegium Sędziów, co zapoczątkowało wojenkę Kazimierza Grenia ze Zbigniewem Przesmyckim

Senior Kazimierz na każdym kroku dba zresztą o jego rozwój. – Trzy lata temu zostaliśmy poproszeni przez Stowarzyszenie Kibiców Resovii o poprowadzenie meczu na jubileusz 105-lecia klubu przeciwko Wiśle Kraków – opowiada nam Mateusz Leś, który deklaruje, że o stylu działania prezesa związku nie boi się mówić na głos. – Na trzy tygodnie przed zawodami wystąpiliśmy do PoZPN z pismem, w którym poinformowaliśmy, że poprowadzimy taki mecz, wobec czego prosimy o niewyznaczanie nas do kolejki ligowej. Nagle, na dwa dni przed meczem, zaczął się wielki szum, że spotkanie ma prowadzić Rafał Greń. Powiedziałem: „absolutnie, choćby to miał być ostatni mecz, jaki posędziuję, to nie popuszczę”. Zostaliśmy zaproszeni do budynku klubowego, gdzie dyrektor sportowy Resovii i ówczesny Przewodniczący Kolegium Sędziów oświadczyli nam, że podobno zawody należą się Rafałowi. Kiedy się nie ugięliśmy, Greń senior wysłał przewodniczącemu SMS-a w stylu: „Dziękuję, zdradziłeś mnie!”.

Wspomniana trójka mecz faktycznie poprowadziła, po czym – uwaga – została zawieszona przez PoZPN w swoich prawach. – Na Wydziale Dyscypliny, na który nas zaproszono, najpierw odstąpiono od wymierzenia kary, bo nie znaleziono podstaw. Po czym po tygodniu WD znów się zebrał, o czym nas już nie poinformował, i karę jednak wydał. Nie dostaliśmy nawet orzeczenia, tylko informację o dyskwalifikacji. Kiedy powiedziałem, że się nie ugnę, Greń osobiście krzyczał do mnie, że jesteśmy wykluczeni. W końcu zaczął wynajmować ochronę, żebym nie mógł pojawiać się nawet na szkoleniach – mówi Leś. Jeden z jego kolegów, Piotr Ptak, szef rzeszowskiej grupy szkoleniowej, który jako arbiter główny prowadził mecz Resovia – Wisła, dał za wygraną. Dziś już nie sędziuje. Wyjechał za granicę. Leś postanowił jednak nie odpuścić i zgłosił temat do Trybunału Piłkarskiego w Warszawie, dzisiejszej Najwyższej Komisji Odwoławczej. Trybunał przyznał sędziom rację, pisząc w swoim oświadczeniu, że „w trakcie rozpoznania sprawy stwierdził wielokrotne, rażące naruszenia przepisów prawa związkowego. Z podobnymi przypadkami naruszenia, a wręcz z działaniem poza granicami związkowego prawa, nie spotkał się w dotychczasowej praktyce”. Leś twierdzi przy okazji, że trójka sędziowska, której był członkiem, została wykluczona uchwałą, która w oryginalnym brzmieniu nie ukazała się na stronie Podkarpackiego ZPN, a gdy szef Kolegium Sędziów zapytał Grenia czy można im przekazać oryginał, ten stwierdził: „nie, bo będą się odwoływać”.

W międzyczasie zresztą szef KS PoPZPN przestał pełnić swoją funkcję, a Leś otrzymał nagranie z dyktafonu, na którym Greń w nieoficjalnej rozmowie stwierdza, że „Leś to mu może zmiatać liście z mercedesa”.

LIST POŻEGNALNY I DALSZA DROGA W GÓRĘ

Kazimierz Greń, niezwykle czuły na swoim punkcie, doskonale potrafi grać na emocjach. Kiedy przed kilkoma laty zarzucono mu, że catering na kwotę 8,5 tysiąca złotych, który miał trafić na spotkanie z uczniami gimnazjum sportowego, w rzeczywistości trafił na imprezę dla działaczy podkarpackiego związku (fundusze z dotacji na działalność klas piłkarskich pochodzące z Ministerstwa Sportu), zaczął tragizować, że chcą zrobić z niego złodzieja. W jego domu pojawili się policjanci w kominiarkach, dostał wezwanie na komendę w charakterze podejrzanego, a CBA miało upoważnienie do sprawdzenia jego oświadczeń majątkowych. Z zarzutów został oczyszczony, tłumacząc się pomyłką, jednak główny akt sprawy rozegrał się podczas zjazdu lokalnych działaczy w Boguchwale.

– Miałem nadzieję, że żyję w normalnym kraju, ale szkalowanie mojej osoby okazało się skuteczne. Nasiliły się ataki na mój dom, anonimy, dyskryminacja. Wiem, że obiecane są nagrody za moją głowę i zrobicie wszystko aby tak się stało. Ciekaw jestem jaka jest nagroda. Czy to awans czy wyższy stopień? Wiem, że poparłem w wyborach nie tego człowieka. Odchodzę. Mój problem był tylko jeden: zawsze chciałem dobrze dla ludzi. Odchodzę z tego świata z czystym sumieniem – czytał łzawym tonem. Część obecnych skandowała, dodając mu otuchy, ale Greń opuścił salę.

– Słowo daję, myśleliśmy, że idzie się wieszać – mówi Wincenty Morycz. – Siedzieliśmy akurat w kuluarach. Greń wyszedł z sali i wszedł do WC. Za chwilę słyszymy huk. Mówię do kolegi: „chyba się skurczybyk zastrzelił”. Wchodzimy do ustępu. Ale nie… okazało się, że tylko załatwił potrzebę – komicznie opisuje to mało wesołe zajście.

Greń miewał chwile załamania (lub pozornego załamania), generalnie jednak przez lata, konsekwentnie buduje swoją pozycję. Tak na Podkarpaciu, jak i w Warszawie, najpierw jako architekt wyboru Grzegorza Laty na prezesa, dziś członek zarządu u Zbigniewa Bońka. Jeden z działaczy przekonuje nas, że w dawnej siedzibie PoZPN przy rzeszowskiej ulicy Wyzwolenia naliczył 560 zdjęć, notek i fragmentów artykułów dotyczących Grenia. W obecnej siedzibie przy ul. ks. Jałowego trudno mówić o takich liczbach, ale Fakt faktem: Greń wychodzi z każdej dziury.

To samo jest w okolicznościowej gazetce „Futbol Podkarpacki”, wydawanej przez związek. Ostatni numer zaczyna się słowami: „Nowe rozdanie w Polskim Związku Piłki Nożnej, po jesiennych wyborach w 2012 r. spowodowało, że prezesowi Podkarpackiego ZPN Kazimierzowi Greniowi jakby łatwiej, (co nie znaczy, że łatwo) przychodzi ściągać na Podkarpacie organizację spotkań z udziałem reprezentantów Polski (…) Przyjazdy drużyn, zakwaterowanie, wyżywienie, siatka treningów, stan boisk, transport, opieka medyczna, bezpieczeństwo, reklama – to tylko początek listy liczącej kilkadziesiąt punktów, które muszą w precyzyjny i zazębiający sposób, doczekać się swojej realizacji. Kilkadziesiąt zaangażowanych w to przedsięwzięcie osób, kolejny raz zdało egzamin organizacyjny na przysłowiową piątkę”. Na 18 stronach można znaleźć 11 zdjęć prezesa Grenia. Greń wręcza paterę i gratuluje uściskiem dłoni, Greń przy pomniku Kazimierza Górskiego, Greń na jubileuszu Karpat Krosno, Greń na kurso-konferencji i Greń wręczający puchar. Jeden z tekstów numeru traktuje z kolei o atakach na Podkarpacki ZPN.


Związkowe pismo: Futbol Podkarpacki. Kazimierz Greń przekazuje stroje

Greń zawsze czujny i aktywny.

Czyta każdy artykuł, wydzwania do dziennikarzy, prostuje błędy i sam na nie odpowiada – a to na blogu, a to na stronie związku. Do tego non stop jest w podróży. Spotkania, zjazdy, konferencje. Otwiera, gratuluje, wizytuje. A to noga, a to futsal, a to jakiś zjazd sędziów. Człowiek – orkiestra. Tylko w styczniu był w Jarosławiu (kilka razy), Nowosielcach, Rzeszowie, Frysztaku, Krośnie, Mielcu, Stalowej Woli, Kolbuszowej czy Dębicy. Do tego oczywiście na Turnieju Czterech Narodów w futsalu, z którego między innymi współkomentował mecze w telewizji.

– Działa prężnie, ale ma trzy fatalne cechy: jest bezgranicznie zakochany w sobie, chory na władzę i bezkompromisowy. Nikt się nie spodziewał, że wypromuje Latę albo że będzie przy Bońku. Ale jego celem jest fotel prezesa PZPN-u i jeśli tylko ktoś go nie zatrzyma, pewnie mu się kiedyś uda – mówią o nim nasi rozmówcy.

PIERWSZY PŁATNY PREZES

Kazimierz Greń jest pierwszym prezesem Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej, który za swoją pracę pobiera wynagrodzenie. Początkowo w oświadczeniach majątkowych ujawniał, że posiada tylko 154-metrowe mieszkanie w Rzeszowie. Ł»yje z pensji radnego i wynajmu nieruchomości w mieście, zaś jego żona prowadzi sklep. W 2007 roku poinformował działaczy, że dostał propozycję pracy, w związku z czym jego aktywność w związku ulegnie ograniczeniu. To wtedy członkowie zarządu przegłosowali jego wynagrodzenie. Pan Kazimierz łaskawie z nowej propozycji zawodowej nie skorzystał i po zatwierdzeniu dla niego pensji, pozostał w piłkarskim związku aktywny jak zawsze.

Wybory na prezesa PoZPN w 2008 i 2012 roku wygrywał z miażdżącą przewagą, po ostatnich z nich umieszczając w warszawskich władzach związku kilkunastu swoich ludzi. W Komisji Piłkarstwa Amatorskiego i Młodzieżowego znalazł się Marek Hławko, prezes rzeszowskiego Podokręgu. W zespole ds. Statusu Piłkarzy – Wiesław Lada, prezes Podokręgu Dębica. Czterech ludzi z Podkarpacia ulokował także w Piłkarskim Sądzie Polubownym, w tym – co ciekawe – dwóch lokalnych dziennikarzy. Jak twierdzą oponenci Grenia: jego tuby w rzeszowskich mediach.

GŁOSUJ, INACZEJ MOŻESZ MIEĆ PROBLEMY

Sposób, w jaki masakruje przeciwników w kolejnych wyborach na prezesa związku u wielu budzi jednak obrzydzenie. – Jeździł po klubach, zastraszał. Brał czyste bloczki, z samą pieczątką klubu i podpisem, a później na czystym mandacie wyborczym wpisywał sobie, kogo potrzebował. Wszyscy o tym mówią, ale jak przychodzi co do czego, to każdy się boi – wyrywa się przed szereg były prezes Crasnovii Krasne, Benedykt Czajkowski. Swoje dorzuca też Wincenty Morycz: – Sam przywoził ludzi, których potrzebował. Miał puste dokumenty z klubów, uprawniające do głosowania. Statut zmienił w ten sposób, że wszyscy członkowie Komisji Rewizyjnej i Wydziału Dyscypliny automatycznie zostali delegatami na zjazd wyborczy, więc na 120 głosujących, on miał już 50 swoich. Tych, których sam powołał na stanowiska. Gdy zobaczyłem, co się dzieje i jacy ludzie zostali delegatami, już wiedziałem, że nie mam żadnych szans – mówi człowiek, który sam próbował konkurować z nim w wyborach.

To był 2008 rok. Greń, jak zwykle, w nowoczesny sposób prezentował swoje rzekome sukcesy. W hotelu Odeon w Boguchwale puszczał kolejne slajdy na multimedialnym projektorze. W końcu zarządzono głosowanie. Greń otrzymał 162 głosy „za” i ani jednego przeciw niemu. Sam się wstrzymał. Morycz zrezygnował z kandydowania.

Cztery lata później, 11 lutego 2012 roku dziennik Nowiny pisał: „Sposób, w jaki odbywają się tegoroczne wybory na prezesa Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej, zakrawa na kpinę. Mandaty na Walne Zebranie Sprawozdawczo-Wyborcze przyznawane są ludziom prezesa na których głosują podstawieni przedstawiciele klubów. – Byli u mnie w domu przedstawiciele związku i zachęcali do głosowania na prezesa Grenia. Pytali, czy nie chcę im oddać swojego mandatu. Zgodziłem się, bo sam nie mogłem być na zebraniu – mówi prezes B-klasowego klubu. – Dzwonili do mnie z pytaniem: na kogo będę głosował. Gdy powiedziałem, że jeszcze nie jestem zdecydowany usłyszałem, że mój klub może wiele zyskać lub wiele stracić, w zależności od tego, na kogo będę głosował”.

Zdaniem wielu naszych rozmówców, standardem na Podkarpaciu stały się sugestie, że głosowanie nie pomyśli Grenia może w przyszłości skutkować problemami dla klubu – wizytacjami stadionu czy utrudnieniami w procesie licencyjnym. Wielu działaczy się bało, więc głosowało za nim: żeby mieć z Greniem święty spokój.


Fragment tekstu o wyborach na Podkarpaciu w serwisie internetowym „Nowin”

CRASNOVIA, CZYLI ZEMSTA?

Doskonały przykład tego, ile można stracić występując przeciwko Greniowi, stanowi Crasnovia.

Klub z Krasnego został zawieszony przez Podkarpacki Związek Piłki Nożnej, po tym jak latem 2012 roku jego prezes Benedykt Czajkowski napisał do prezydenta miasta, a następnie wniósł do sądu wniosek o unieważnienie walnego zgromadzenia w PoZPN. Działacze Crasnovii kilkakrotnie – bezskutecznie – próbowali zarejestrować w związku nowych zawodników, po czym usłyszeli, że klub został zawieszony. Za co? Za szkalowanie jego dobrego imienia. Greń umył ręce. Oświadczył, że decyzję podjął Wydział Dyscypliny, choć Czajkowski jest innego zdania.

– Przyjechał do Krasnego, żeby mi odebrać mandat. Mam ten szantaż udokumentowany. Zapowiedział działaczom Crasnovii: „jak nie odbierzecie Czajkowskiemu mandatu na zjazd, daję wam trzy walkowery i wyrzucam z ligi”. Później były kolejne żądania: informacja w prasie, że klub odcina się od Czajkowskiego i nie ma z jego zarzutami nic wspólnego. Do tego, że Crasnovia popiera Grenia, a zjazd w PoZPN był w porządku – relacjonuje nam Czajkowski.

W międzyczasie Podkarpacki Związek Piłki Nożnej zaczął domagać się od IV-ligowca 10 tysięcy złotych, jako równowartości poniesionych kosztów adwokackich. Mimo tego, że o ich zwrocie – zgodnie z prawem – zadecydować może tylko sąd, a nie związek, działacze Crasnovii się ugięli i zaczęli układać się z Greniem. Początkowo miała to być tylko dżentelmeńska umowa: Czajkowski traci mandat i rezygnuje z funkcji prezesa, a klub za to nie będzie musiał płacić owych 10 tysięcy. Kiedy jednak Czajkowski zgłosił do prokuratury, że PoZPN chce wyłudzić od klubu pieniądze, Crasnovię wykluczono ze struktur związku. Jej działacze słali nawet pisma do prokuratury, że odcinają się od słów swojego prezesa, ale ta przyjęła już zawiadomienie i zaczęła działać.

Niewielu o tym wie, ale sprawa o stwierdzenie legalności wyboru Grenia na prezesa wciąż się toczy. – Gdyby nic nie było na rzeczy, wyrzuciliby papiery do kosza i byłoby po wszystkim. A zajmują się tym już dwa lata. Na początku usłyszałem, że statut związku jest niezgodny z prawem, ale wybory, w oparciu o który je przeprowadzono – zgodne. Śmiech na sali, puste krzesła – piekli się Czajkowski, który dziś walczy, nie będąc już związanym z klubem. Morycz dodaje:- Jeśli są jeszcze normalne sądy i prokuratury, ta sprawa nie może się skończyć po myśli Grenia.

Co w międzyczasie stało się z zawieszona Crasnovią? – może ktoś zapyta.

Otóż, jak rozwiązać sprawę podpowiedział Grzegorz Lato. Wykonał kilka telefonów i rozeznał, że najlepiej byłoby napisać na PZPN skargę do UEFA. Kiedy sprawa zaczęła nabierać biegu, a Czajkowski już przygotowywał stosowne dokumenty, w jego domu zjawiło się dwóch członków zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej. „Mówią: proszę pana, niech pan się nie wygłupia, my wszystko uporządkujemy” – opowiada były prezes klubu spod Rzeszowa. – Dałem im czas do niedzieli, do 22. W końcu zadzwonili, że sprawa załatwiona. Greń przez tydzień siedział w Warszawie i przekonywał ludzi, żeby podtrzymali jego decyzję, a kiedy było już wiadomo, że ci go nie poprą, dwa dni przed zebraniem zarządu PZPN sam przywrócił Crasnovię do rozgrywek. Jako ten dobrotliwy.

PRYWATNY FOLWARK GRENIA, CZĘŚĆ KOLEJNA

Nasi rozmówcy, w lwiej części anonimowo, podkreślają, że opisane wyżej historie idealnie pokazują, że jak Greń chce, to może Przynajmniej w regionie. Zawiesi, wyrzuci, skomplikuje życie. Co więcej, wszyscy „ważni” starają się tego nie widzieć. Lista zarzutów – tych potwierdzonych i opierających się głównie na domysłach, jest bardzo długa. – Brak wglądu do budżetu, który zna tylko Greń i jego księgowa. Mnóstwo premii i wydatków okolicznościowych. A premia dla Rafała Grenia za uporządkowanie spraw sędziowskich? 30 czy 50 tysięcy złotych? Za wiele osób o tym mówi, żeby to mogło nie być prawdą. Niech odpowie, bo tak się ludzie tylko mogą domyślać i tworzyć legendy. Nóż się w kieszeni otwiera, jak kolejne kluby toną w długach, a PoZPN ma tyle pieniędzy, że Greń co chwila organizuje jakieś zjazdy w najdroższym lokalu w okolicy – mówi nasz informator. Jego nazwisko możemy ujawnić w razie potrzeby.

Były wiceprezes związku Wincenty Morycz dodaje: – Kiedyś podczas posiedzenia, na którym Greń przez godzinę puszczał swoje slajdy, podniosłem się i mówię: – Ludzie, zajmujecie się głupotami, a nic nie jest rozliczone przez Komisję Rewizyjną. Pieniądze na to, na tamto – wyliczam. Na co Greń podchodzi do mikrofonu i pyta: „chcecie go słuchać?”. A klakierzy Grenia: „Nie! Nie chcemy”. Nie chcecie, mówię, dobrze. Pierdolnąłem drzwiami i wyszedłem.

JAK MAŁE KLUBY W WARSZAWIE WALCZYŁY O SWOJE PRAWA

Działacze Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej zapominają, że to oni są dla klubów, a nie kluby dla nich – wielokrotnie podkreślał m.in. Stanisław Kruczek, prezes lokalnej Błażowianki Błażowa. „Pod dowolnym pretekstem, a wobec nielubianych przez władze klubów wręcz tendencyjnie, nakładane są przez związek opłaty. Gdy kluby próbują się zbuntować, zostają zawieszone. Patologią PZPN jest to, że jest ona ogromną maszyną do robienia pieniędzy” – pisał w liście skierowanym do warszawskiej centrali Polskiego Związku Piłki Nożnej.

To kolejna z wielu historii, które bezpośrednio uderzają w Grenia.

Kruczek w 2012 roku stał się jednym z założycieli tak zwanej Konfederacji Małych Klubów. Wraz z prezesami dwóch innych zespołów z okolicy – Woli Rafałowskiej i Wenecjanki Lecka, sugerował, że związek ignoruje kluby, stosując zasadę „chcesz grać, to płać”. Coraz więcej i coraz częściej za różne wydumane przewinienia. W czerwcu 2012, wobec postulatów obniżenia opłat związkowych, jawności, przejrzystości jego finansów i demokratyzacji w wyborze szefów podokręgów Podkarpackiego ZPN, trzy wymienione wyżej kluby zostały – a jakże – zawieszone. Powiadomiono je, że z powodu wielokrotnego naruszenia statutu związku szefowanego przez Kazimierza Grenia, nie mają czego szukać w lokalnych rozgrywkach. Kluby wniosły odwołanie, które w zgodzie z prawem (i zdrowym rozsądkiem) – powinno zawiesić wykonanie kary, ale gdzie tam Nawet nie uwzględniono ich w terminarzu na kolejny sezon. Błażowianka – biorąc ją za przykład – która na półmetku rozgrywek 2012/2013 była wiceliderem klasy okręgowej, dostała wiosną serię walkowerów i zakończyła sezon w strefie spadkowej.

Scenariusz kolejnych zdarzeń okazał się dość przewidywalny.

Kiedy mediacji w sprawie podjął się prezydent Rzeszowa, Greń oświadczył, że decyzję podjął związek, a nie on. Konfederacja Małych Klubów w sile ponad 40 osób pojechała protestować do Warszawy. Jej przedstawiciele spotkali się nawet z minister Joanną Muchą oraz Jerzym Engelem. Jaki był finał sprawy?


Fot. Paweł Wegner, GC Nowiny. Działacze Błażowianki, Wenecjanki Lecka i SZiK-a Wola Rafałowska – trzech zawieszonych klubów przyjechali do Warszawy, by bronić się przed likwidacją swoich drużyn.

Kluby zostały odwieszone dopiero w momencie, gdy ich prezesi, czyli prowodyrzy zamieszania, dobrowolnie zrezygnowali ze swoich funkcji. Był to warunek, jaki Kazimierz Greń postawił podczas rozmów zainicjowanych przez Tadeusza Ferenca, w których wzięli udział m.in. burmistrz i wójt miejscowości, których kluby zostały ukarane. Lokalny dziennik, tym razem Super Nowości, nie miał wątpliwości, co leżało u podłoża tak zdecydowanej reakcji związku. Cytujemy: „Prezes Błażowianki i szefowie pozostałych klubów konfederacji „grabili sobie” jeszcze grubo przed jej powstaniem. Po pierwsze nie poparli w wyborach Kazimierza Grenia. Po drugie Kruczek był jednym z tych, którzy złożyli do prokuratury zawiadomienie o przeprowadzeniu marcowego walnego wbrew statutowi”.

Dodajmy, że w międzyczasie Błażowianka została dwukrotnie ukarana finansowo za brak porządku podczas meczów. M.in. za kibica, który ośmielił się wypić piwo, co – umówmy się – w okręgówce jest raczej standardem.

W FUTSALU POWTÓRKA Z ROZRYWKI

Tak jak Greń rządzi w swoim regionie, tak rządzi też w futsalu. Pierwszy raz tę działkę dał mu do zagospodarowania Grzegorz Lato. Skończyło się oczywiście konfliktami ze wszystkimi możliwymi osobami i niszczeniem wrogów. W zasadzie obie kadencje – i ta za Laty, i ta za Bońka – są bliźniaczo podobne. W czasie jednej i drugiej w dziwnych okolicznościach odejść musieli trenerzy kadry narodowej. W 2013 roku do dymisji podał się ceniony Klaudiusz Hirsch, któremu Greń do kadry powoływał swoich (!) zawodników, przed ważnymi meczami organizował spotkania z zespołem, w trakcie których podważał kompetencje sztabu szkoleniowego i obrażał trenera. Hirsch na sam koniec napisał list do PZPN, w którym ujawnił metody działania przewodniczącego Komisji ds. Futsalu. W rewanżu cały sztab został zwolniony, ale Greń nawet nie powiadomił o tym wywalonych na bruk ludzi. Dostali tylko informację od magazyniera, że PZPN wciąż czeka na oddanie sprzętu.

W 2007 było podobnie, o czym świadczy list od ówczesnego trenera reprezentacji futsalowej.

Image and video hosting by TinyPic

O aktualnym konflikcie w środowisku futsalowym było w ostatnim czasie głośno, więc nie ma sensu w szczegółach przypominać, że kluby mają serdecznie dość rządów przewodniczącego Grenia. I tutaj mamy powtórkę z rozrywki, bo w czasie pierwszej kadencji sytuacja wyglądała tak samo. Buntowały się wtedy pojedyncze osoby:

Image and video hosting by TinyPic

jak i cała organizacja zrzeszająca kluby. Jak to Kazimierz Greń ma w zwyczaju, przedstawił wówczas raport podsumowujący jego działalność na rzecz futsalu. O, tu zróbmy przerywnik, bo ów raport świetnie się zaczynał:

Image and video hosting by TinyPic

Później były wymienione historyczne sukcesy przewodniczącego, niestety niewdzięczne środowisko futsalowe miało na temat tych sukcesów własne zdanie i błyskawicznie odpowiedziało.

Image and video hosting by TinyPic

Kolejna odsłona tej wojny już wkrótce. Na 13 lutego przedstawiciele klubów futsalowej ekstraklasy zostali zaproszeni przez Zbigniewa Bońka do siedziby PZPN w celu omówienia sytuacji. Czy przewodniczący zostanie obalony? Greń teraz znowu zapowiada raport, w którym zaprezentuje swoje niebywałe osiągnięcia.

Historie tak z futsalu, jak i z działalności na innych frontach potwierdzają to, o czym mówi wiele osób: Greń to osoba stworzona do działania w czasie wojny. Wtedy potrafi się wykazać, lubi starcia i walkę z użyciem wszystkich środków. Niestety, staje się bezużyteczny w czasie pokoju. Wtedy nie umie okiełznać swojej natury.

BOMBA, KTÓRA MOŻE WYBUCHNĄĆ NA WSZYSTKIE STRONY

Oponenci Grenia, których na Rzeszowszczyźnie nie brakuje, twierdzą, że Baron Podkarpacia przez lata stworzył w regionie swój prywatny folwark o bardzo mocnych fundamentach. W folwarku tym to on sam ustanawia, a potem egzekwuje prawa, nie znosząc sprzeciwu. Działa jak jedyny władca, bez żadnego zwierzchnictwa ponad sobą. Kto nie z nim, ten przeciwko niemu. Otwarcie mówią o tym jednak tylko ci, którzy nie mają już nic do stracenia. Ci, którzy dawno zrezygnowali z działalności w piłce. Albo zostali przez Barona skreśleni / zawieszeni / wyrzuceni. – Nikt go nie chce ruszyć, bo to nieobliczalny człowiek – powtarzają. – Jego nieprzewidywalność budzi strach, bo jest jak chodząca bomba zegarowa, która może wybuchnąć na wszystkie strony.