Nie trzeba być specjalistą w sprawach piłki, by wiedzieć, że mijający rok był dla naszego futbolu słabiutki. Każdy laik, gospodyni domowa i listonosz zainteresowany znaczkami orientują się, że kadra się ośmieszyła, a polskie kluby w pucharach generalnie zbierały oklep. Jednak dwanaście miesięcy to dostatecznie długi okres, by zdarzyło się też kilka pozytywnych historii. Sami oceńcie, czy nasz alfabet 2013 roku to galeria katastrof, czy też widać gdzieś światełko w tunelu. Zapraszamy.
A – Analfabetyzm reprezentacji
Polska reprezentacja była zagubiona jak analfabeta podczas zajęć z XVII-wiecznej poezji francuskiej. Tak jak zepsuty zegar dwa razy na dobę wskazuje poprawną godzinę, tak naszym też czasem udała się pojedyncza akcja, wyszła połówka, ładna bramka. Ale ogółem był to chaos, nad którym chętnie pochyliliby się fizycy badający teorię chaosu. W niektórych prestiżowych rankingach na setkę najlepszych piłkarzy świata mogliśmy znaleźć aż czterech Polaków, a mimo to prezentowaliśmy żenadę największą od czasów późnego Beenhakera. Nie ma żadnych usprawiedliwień, żadnych jasnych punktów, 2013 dla kadry to rok, o którym wszyscy chcą jak najszybciej zapomnieć.
B – Bukmacher Siejewicz
Granie u buka potrafi być niebezpieczne. Możesz stracić kasę, którą już przeznaczyłeś na flaszkę. Możesz stracić wypłatę, którą już przeznaczyłeś na spłatę kredytu. Możesz stracić w końcu pracę, bo bycie sędzią a jednocześnie fanem STS-u to mało szczęśliwy mariaż. Huberta żegnamy bez żalu, tak jak żegnalibyśmy pilota Boeinga nadużywającego w pracy alkoholu, bo umówmy się: jedno i drugie byłoby w różnej skali, ale skrajną nieodpowiedzialnością, by nie powiedzieć: patologią.
C – Cycuś
Fornalik musiał rzucić przez rzekę wiele mostów pontonowych, żeby powołać Mariusza Lewandowskiego. Ten na przysłowiowym drugim brzegu okopał się już bardzo solidnie, chyba sam nie spodziewał się, że ktokolwiek postanowi go jeszcze stamtąd wyciągać. Jednak to najmniej spodziewane powołanie roku (a ten przecież w nie owocował) nie zakończyło się sukcesem. Nie było historii rodem z Rambo IV, gdzie pułkownik wyciąga z emerytury Stallone’a, a ten robi swoje. Mariusz nie kopnął piłki ani lepiej, ani gorzej niż jakikolwiek piłkarz, który mógł być powołany w jego miejsce.
D – Della Valle
Sant’ Ermete Sanvitese. W takiej europejskiej potędze gra piłkarz, który przechytrzył polską defensywę (z liskiem z Bayeru na czele), a potem pokonał Boruca. To klub ÓSMEJ ligi włoskiej, na którym to poziomie o triumfy bije się ponad półtora tysiąca drużyn. Gol Della Valle był pierwszym, które San Marino strzeliło od pięciu lat. Serdecznie gratulujemy Polakom, że pomagają słabszym piłkarsko krajom w realizacji marzeń.
E – Eurowpierdole
Tradycję należy szanować, o tym wie każdy Polak. Piłkarze nie są tutaj wyjątkami, również tradycyjnie więc zebrali bęcki w pucharach. Najpierw za silni po raz kolejny okazali się Azerowie, a eksperci mieli 567 okazji do wypowiedzenia formułki „w futbolu nie ma już słabych drużyn”. To jednak okazało się fikcją, co udowodnił Lech, odpadając z Ł»algirisem po dwumeczu, który jeśli ktoś oglądał uważnie, to powinien błyskawicznie udać się do psychologa na leczenie z traumy. Legia przez długi czas mierzyła w rekord Ligi Europy, zwycięstwo na Cyprze fatalnego obrazu jej gry w pucharach w żaden sposób nie zmienia, przecież to jeden z głównych powodów, przez które zdymisjonowano Urbana. A Śląsk? Wyłamał się, dał nam przynajmniej kilka pozytywnych emocji, a o fajnych starciach z Brugią nie zapomnimy nawet, jeśli wrocławianie mieli tragiczną jesień w lidze.
F – Fornalik
Smutny Waldemar udowodnił, że kapelusz selekcjonera miał dla niego zbyt szerokie rondo. Jego reprezentację zapamiętamy przede wszystkim z nieustannej rotacji składem, sabotażu niepozwalającego na choćby minimalne zgranie. Tak kluczowego choćby w defensywie, gdzie mieliśmy fart, gdy koledzy z linii chociaż znali się z imienia i nazwiska. Fornalik dostarczył nam również wrażeń kabaretowych, gdy po przerżniętych kwalifikacjach uznał, że reprezentacja robi postęp, a on widzi przed sobą przyszłość w roli jej szefa. Różowe okulary przydać się mogły na Woodstocku w latach 70-tych, a nie na stanowisku trenera kadry.
G – Górnik
Czy dobre wyniki Górnika były konsekwencją dania szkoleniowcowi czasu, za czym poszło utrzymanie kadry w podobnym składzie osobowym? Bardzo możliwe, nieprzypadkowo przecież na Zachodzie nie robi się tak szybko nerwowych ruchów. W Polsce zdecydowanie za szybko wysyła się trenerów na zieloną trawkę, zanim tak naprawdę wprowadzą oni swój styl gry. Górnik stawiamy za przykład drużyny, która zrobiła różnicę mądrym prowadzeniem polityki kadrowej. Takie Zagłębie ustawiamy na drugim biegunie.
H – Henning Berg
Jak często Berg będzie dzwonił do Sir Aleksa, by ten pomógł mu nakłonić Łukasika i Furmana do cięższych treningów? Albo poradził jak ustawić Dwaliszwiliego i Kucharczyka? Ł»artujemy, ale skoro Ferguson zapowiedział, że jego były podopieczny może dzwonić, to niech dzwoni! Berg znany jest z wprowadzania młodych talentów do zespołu, co na pewno bardzo ważne, ale nie ma osiągnięć, a w pucharach wyrzucony został w pierwszej rundzie przez półamatorską ferajnę z Estonii. Jakiekolwiek prognozy w tym momencie byłyby ruchem zakrawającym na śmieszność, dlatego ograniczymy się tylko do pochwalenia samej zmiany, bo Legia jesienią dreptała w miejscu, jeśli nie cofała się.
I – Implozja w ŁKS-ie i Polonii
Upadek obu zasłużonych klubów sensacją nie jest, przynajmniej w naszych realiach. Jak się tak dobrze zastanowić, to niemal co roku, względnie co dwa lata, któreś z dobrze znanych piłkarsko ekip notują dramatyczne problemy finansowe, które ostatecznie kończą się bankructwem i zjazdem o kilka klas. Będziemy się przyglądać Polonii i ŁKS-owi, temu jak te kluby podnoszą się ze kolan, bo ich miejsce na pewno znajduje się na wyższych szczeblach drabinki. Póki co ŁKS sporo korzysta choćby na kibicach, bo dzięki nim wygrał już kilka gier za sprawą walkowerów. Rywale ligowi bali się najazdu z Łodzi, woleli więc oddać mecz, sytuacja bez precedensu.
J – Jodłowiec
Jodłowiec w tym roku zdążył zostać nawet kapitanem reprezentacji, co w nas osobiście budzi tylko i wyłącznie niesmak, ale z drugiej strony podsumowuje to, że nie miał najgorszego okresu. Trudno w Legii akurat do niego mieć wielkie pretensje za słabe wyniki, częściej to raczej on pozostawał jednym z niewielu na boisku, którzy potrafili coś pograć. Występy pucharowe udowodniły jednak chyba, że nigdy nie wskoczy na wyższy poziom. Jego karta atutowa, a więc bycie groźnym w ofensywie, jeszcze się nie zgrała, ale na tle rywali z Europy kilkakrotnie dał się ośmieszyć w defensywie.
K – Klata, plecy, barki
Marcin Kamiński stał się twarzą kampanii pod tytułem „I ty bez wysiłku, spędzając pół dnia przed X-Boxem, możesz wyglądać jak reprezentant Polski w piłce nożnej”. Gdzie jak gdzie, ale na stoperze potrzebna jest siła i solidna sylwetka, przecież w Europie są dziesiątki napastników o budowie gladiatorów, dla których Kamiński nie byłby pod względem fizycznym żadną przeszkodą. Nie należy tej sprawy traktować jako doczepki tylko do piłkarza Lecha, ale jako zauważenia generalnego trendu u polskich młodych piłkarzy, którzy – jak pokazuje też przykład Łukasika i rzutów wolnych – nie wykorzystują najlepiej najważniejszego czasu swojej kariery. Dedykujemy im poniższy klip.
L – Legia
Można zdobyć podwójną koronę, grać w fazie grupowej Ligi Europy, finiszować rundę na fotelu lidera (z niezłą przewagą), a i tak kończyć rok w minorowych nastrojach? Można. Teoretycznie Legia zrealizowała w stu procentach cele, jakie sobie wyznaczyła. Ale w praktyce jej styl był momentami żenujący, transferowo skompromitowała się też brakiem zakupu napastnika, przez co grała na trzech frontach bez rasowej dziewiątki w składzie. Dymisja Urbana była w pełni zasłużona, oczekiwana, nikogo nie może dziwić. Nowy trener to nowe otwarcie, ale sam cudów nie zdziała, warszawski klub potrzebuje pilnie wzmocnień, jeśli ma zrobić kolejny krok, a nie skupiać się tylko na kasowaniu ligowych rywali.
M – Milik i młodzieżówka
Jedyny jasny punkt polskiej piłki 2013 roku, młodzieżówka Marcina Dorny. Na tle starszych kolegów i gry naszych w pucharach ich wyniki wyglądają jak miraż. Milik to dziewięć goli w eliminacjach, samotny lider pod względem strzelców na kontynencie w tej kategorii wiekowej. Imponujące. Polacy na czele, z jednym wyjazdem do Grecji w zanadrzu, ciężko będzie to spieprzyć. Pamiętajmy jednak, że pierwsze miejsce w grupie nie oznacza automatycznego awansu, do rozegrania będą jeszcze play-offy, a tam można trafić na wszystkich gigantów.
N – Nawałka
Nowy selekcjoner zaczął swoje panowanie od porażki z przeciwnikiem, który kilka dni później nie dał rady Gibraltarowi. Chwilę potem Nawałka zremisował z Irlandią po meczu tak słabym, że telewizory same wyłączały się z żalu nad żenadą, jaką przyszło im nadawać. Póki co więc wpasował się idealnie w mizerny rok w polskiej piłce, ale zachowajmy spokój, umiar, trzeba dać mu czas. Engel też w pierwszych grach stawiał na ligowców, wyników nie miał, a dał radę wyszukać kilku przyzwoitych kopaczy, którzy później wzmocnili kadrę. Czego życzymy i w tym wypadku.
O – Oproiescu
Bohater lata. Student z Rumunii, który załapał się do Wisły, zagrał nawet w jej sparingowym meczu. Symbol tego jak amatorski jest w polskiej lidze system wyszukiwania „talentów” z zagranicy, czyli często trafiają tutaj piłkarze po znajomości, jedynie sprawdzeni na Youtube. Warto sprawdzić jeszcze przynajmniej, czy faktycznie owa kompilacja dotyczy tego konkretnego zawodnika, co udało się forumowiczowi z wislakrakow.com, a nie udało się ludziom zatrudnionym w Wiśle.
P – Podbeskidzie
Trzeba wspomnieć o Podbeskidziu, bo pogoń jakiej dokonali wiosną była imponująca. Ta GKS-u zresztą też robiła wrażenie, bo oba zespoły przecież zostały już skazane na spadek zimą ubiegłego roku, nikt nie widział przed nimi szans. A potem grały znakomicie, mimo przecież posiadania średnich zasobów kadrowych (ile wart jest Demjan dowiadujemy się po jego katastrofalnej rundzie w Belgii). Przykład tego, jak wiele można w polskiej lidze ugrać odpowiednią motywacją? Bardzo możliwe.
R – Robert Lewandowski
Słodko-gorzki rok dla Roberta. Wszystko co słodkie, zdarzyło się w klubie, wszystko co gorzkie, zdarzyło się w reprezentacji. W barwach BVB przeszedł do historii, cztery gole w półfinale Ligi Mistrzów to wyczyn, którego nikt mu już nie zabierze. Niestety jak patrzyliśmy na jego notoryczne pudłowanie w kadrze to dochodziliśmy do wniosku, iż to również było niemałe osiągnięcie. Mieć tak wielką renomę, a odstawiać aż tak wielką kaszanę – naprawdę duża sprawa. Cóż, 2013 żegnamy, Robertowi życzymy, by w reprezentacji nawiązał skutecznością do piłkarzy o nieporównywalnie mniejszej rozpoznawalności, czyli choćby Franka, Oliego, Smolarka. Rzetelna defensywa i skuteczny napastnik to jak widać podstawa naszych awansów na finałowe turnieje, tak uczy przeszłość. Na nim – bo na kim innym? – musi spoczywać odpowiedzialność za wyniki.
S – Stranieri
Wyłączmy z dyskusji trio z Dortmundu i Szczęsnego, o których napisano już wszystko. Boruc przez długi czas uchodził za najlepszego bramkarza ligi, ale potem dwa gigantyczne babole pozostawiły spore rysy na jego ocenie. Mierzejewski zaczął sezon w Trabzonie z wysokiego „C”, rozdawał karty w swojej ekipie, ale pod koniec rundy często lądował na ławce rezerwowych. Swoje pograł Paweł Wszołek, który na stałe wgryzł się do rotacji w Sampdorii, co nie udało się ani na jotę choćby Kupiszowi w Chievo. Spory krok do przodu zrobił też Parzyszek, a Borysiuk i Grosicki natomiast stracili rundy i właśnie się ewakuują z niechcianych szatni. Po katastrofie w Wolverhampton ponownie zaczął reprezentować sensowny poziom Sławek Peszko. Największym pozytywnym bohaterem jednak Janusz Gol, który zaskoczył chyba nawet sam siebie tak równą grą w Amkarze. Ogółem nasi w Rosji wstydu nie przynieśli, wydają się pasować do tej ligi.
T – Tata Kałużny
O Radosławie Kałużnym napisaliśmy już bardzo wiele, odsyłamy więc do wcześniejszych artykułów. Przypomnimy go tutaj tylko jako przestrogę dla piłkarzy, którzy dziś są na szczycie, ale jeśli nie będą mądrze prowadzić swoich finansów, to za kilka lat mogą mierzyć się z podobnymi co „Tata” problemami. W co trudno często uwierzyć graczom, którzy obecnie zarabiają wielkie pieniądze, ale przykładów potwierdzających owo widmo upadku jest mnóstwo.
U – Upadek Salamona
Rok jak na rollercoasterze, ale niestety Salamon wybrał tylko ten odcinek jazdy, w którym nieustannie zjeżdża się w dół. Zaczęło się od transferu do Milanu, gdzie wcisnął go Mino Raiola. Na treningach z Balotellim i Montolivo jednak się skończyło, Bartek nie zaliczył ani minuty w barwach „Rossoneri”. To jeszcze nie było dla nas zaskoczeniem, ale jego jesień była już tylko i wyłącznie katastrofą. Zawodnik przecież znający specyfikę włoskich boisk, który w Serie B grał pierwsze skrzypce, nawet nie powąchał murawy w – mimo wszystko – jednym ze słabszych zespołów włoskiej ligi. Paweł Wszołek, kompletny nuworysz w tych warunkach, odstawił go w Sampdorii o długość. Owszem, swoje zrobiły kontuzję, ale Salamon na razie podąża nie śladami Baresiego, co sugerowali niektórzy bardziej nadużywający środków psychoaktywnych, ale Świerczoka.
W – Wisła
Reaktywacja Wisły, reaktywacja Smudy, reaktywacja Brożka i Garguły. Tej jesieni obawiał się nawet Arkadiusz Głowacki, w przedsezonowych wypowiedziach przekonując, że Wisła może mieć problemy z awansem do pierwszej ósemki. Potem mieliśmy kuriozalne lato pod znakiem studenta z Rumunii oraz Fabiana Burdeńskiego, ale koniec końców wszystko kończy się happy endem? Choćby z tego względu, że mogło być znacznie gorzej. A tak Wisła pozostaje jedyną niepokonaną u siebie drużyną, wykreowała nieźle grających Chrapka, Guerriera, Miśkiewicza. W Krakowie zapowiadano, że zimą nie braknie pieniędzy na transfery, trzymamy za słowo, bo silnych drużyn w lidze jak na lekarstwo.
Z – Zmiana formatu ligowego
Pół roku to za mało by ocenić nowy format ligowy, skoro jego kluczowa faza odbędzie się dopiero za kilka miesięcy. Głosy na jej temat są różne: niektórzy opowiadali się za tym, że drużyny grają bardziej ofensywnie, odważnie, mecze są atrakcyjniejsze. Więcej ekip ma o co walczyć, bo każdy chce się znaleźć w pierwszej ósemce. Z drugiej strony gra pod koniec grudnia przy marnej widowni, w wielkim mrozie, nie nastrajała optymistycznie, a maratony ligowe, gdzie mieliśmy starcia dzień w dzień też powodowały u wielu przesyt Ekstraklasą. My póki co stawiamy mały plus, bo polscy ligowcy zdecydowanie za mało grali, teraz zaczyna się to powoli zmieniać, normować. Niech pracują. Równają do standardów europejskich, gdzie granie co trzy dni to standard.


