Piłkarze Premier League są zdecydowanie wykuci w innych piecach niż nasi rodzimi ligowcy. Na Wyspach gra się przez całe święta non stop, by morderczy maraton ligowy zakończyć serią spotkań w Nowy Rok. Jak zaprezentowały się zespoły po sylwestrowych uciechach? Komu zaszkodził nadmiar bąbelków, a kto wzorem złotych czasów Adama Małysza położył się tuż po północy po zaledwie jednej lampce szampana?
Wielkie emocje w Walii
Jeśli któryś z tłumnie zgromadzonych na Liberty Stadium kibiców czuł trudy wczorajszej nocy, rzęsisty walijski deszcz szybko wypłukał z niego resztki alkoholu. Zespoły Swansea oraz Manchesteru City stworzyły fascynujące widowisko, a pierwsze godziny futbolowego roku 2014 pokazały nam, że nie będzie on gorszy od poprzedniego. City grało swoją ofensywną piłkę, prym wiedli zwłaszcza środkowi pomocnicy gości – pozyskany z Szachtara stachanowiec Fernandinho oraz ten bardziej kreatywny, czyli Yaya Toure. Obaj zdobyli gole w dzisiejszym meczu, dając dowód świetnej pracy Manuela Pellegriniego. Chilijczyk zwany „Inżynierem” jeszcze bardziej poprawił ofensywną grę pomocnika WKS, powierzając mu stałe fragmenty gry i dając swobodę, o jakiej tylko mógł marzyć w dawnych czasach na Camp Nou.
Coraz lepiej gra także wspomniany już Fernandinho, który otworzył wynik dzisiejszego meczu potężnym strzałem z około 16 metrów. „The Swans” nie poddawali się jednak, a tuż przed przerwą wyrównał Wilfried Bony. Po przerwie na 2:1 dla City podwyższył jego kolega z reprezentacji Wybrzeża Kości Słoniowej Yaya Toure, a trzeciego gola zdobył rozgrywający tego dnia świetne zawody „serbski Roberto Carlos”, czyli Aleksandar Kolarov. Spotkanie rozgrywane było w wysokim tempie, nie było w nim żadnego kunktatorstwa – City grało swoje, a Swansea cały czas dążyło do odrobienia strat. Piłkarzom Laudrupa udało się zdobyć kontaktowego gola w doliczonym czasie gry drugiej połowy, a na listę strzelców wpisał się znów Bony.
Reprezentant WKS po stronie „Łabędzi” rozgrywał kapitalne zawody, mógł śmiało strzelić trzy, a nawet cztery gole. Bony nareszcie przypominał tego gracza z czasów Vitesse, który czarował swoją nietuzinkową grą całe Eredivisie. Wilfried strzelił dzisiaj swoje bramki numer pięć i sześć w sezonie, dając jasny sygnał, że rok 2014 może należeć do niego. Grał z wielką swobodą, nie bał się brać na siebie ciężaru gry. Swansea do końca goniło City, ale nie zdążyło odrobić strat i to faworyci do wygrania całej Premier League zainkasowali komplet oczek. Wyborne spotkanie na Liberty Stadium – oby wszystkie mecze na wiosnę wyglądały właśnie tak.
Samotność wirtuoza, Jose wypunktował rywali
St Mary’s Stadium wykazało się wyjątkową noworoczną gościnnością, a Portugalczyk i jego „The Blues” zgarnęli pełną pulę punktów. Pierwsza połowa meczu stała pod znakiem rzadkich zrywów Chelsea, to Southampton atakował częściej, ale taką sytuację widzieliśmy już nieraz. Mourinho czekał niczym wytrawny bokser, aż przeciwnik się zmęczy, by w końcu go dopaść i wypunktować. Druga połowa to kontrola londyńczyków i konsekwentne zadawanie ciosów. Wcześniej jednak „The Special One” dokonał dwóch zmian, które odwróciły przebieg meczu.
Na placu pojawiły się dwie brazylijskie iskry, gracze tak uniwersalni, że trudno przypisać im jakąkolwiek pozycję na boisku – mowa oczywiście o Willianie i Oscarze. Z murawy zszedł m.in. Juan Mata i – delikatnie mówiąc – decyzja ta nie bardzo spodobała się hiszpańskiemu wirtuozowi. Rozgrywający zespołu w zeszłej kampanii błyszczał, ale odkąd na Stamford Bridge powrócił Mourinho, były gracz Realu i Valencii nie cieszy się zbytnim zaufaniem Portugalczyka, ponieważ nie pasuje do jego założeń taktycznych. Dzisiejsze spotkanie nie polepszyło sytuacji Hiszpana – dobra gra „The Blues” zaczęła się od zejścia Maty i wprowadzenia na plac pary wspomnianych wyżej brazylijskich pomocników.
Oscar mógł zostać jednak negatywnym bohaterem tego spotkania po tym, jak wychodząc sam na sam z bramkarzem „Świętych”, zamiast strzelać, bezsensownie rzucił się na murawę, symulując faul rywala. Sędzia nie dał się nabrać na tanie aktorstwo godne brazylijskich telenowel i zamiast przyznać karnego Chelsea, dał piłkarzowi żółtą kartkę. Wtedy zaczęła się magia. Oscar zaczął swój show, biorąc udział przy wszystkich trzech golach dla „The Blues”. Przy pierwszej bramce zanotował – umówmy się – pół asysty, a jego dośrodkowanie odbite najpierw od obrońcy, a później od słupka dobił Fernando Torres. Drugi gol to już klasyczna asysta i gol Williana, a dzieła zniszczenia dopełnił sam Oscar, wykorzystując doskonałe podanie Hazarda. Genialny mecz pomocnika, kontrastujący ze smutnym Matą siedzącym na ławce rezerwowych z twarzą schowaną w kapturze. „The Special One” jednak wie, co robi. Chapeau bas, Jose.
Ostatni będą pierwszymi, warto grać do 90. minuty
Ciekawie było także na innych stadionach. Rzutem na taśmę pełną pulę punktów zdobyli „Kanonierzy”, strzelając dwa gole Cardiff w samej końcówce meczu. Najpierw do siatki trafił ekscentryczny Nicklas Bendtner, a drugiego gola zdobył chwilę później Theo Walcott. Do końca walczył także Everton, który do 90. minuty przegrywał ze Stoke po trafieniu Oussamy Assaidiego, czyli piłkarza wypożyczonego z… Liverpoolu. Karnego na wagę jednego punktu przed samym końcem spotkania zdobył niewidziany dawno Leighton Baines, który zaliczył dopiero drugi mecz od czasów kontuzji. Lewy defensor nie może zaliczyć obecnego sezonu do udanych – nękają go urazy, a równocześnie rozbłysła gwiazda Seamusa Colemana.
Prawdziwy mecz o sześć punktów przyniosło spotkanie Fulham i West Hamu. „The Cottagers” wygrali u siebie 2:1, awansując na 16. lokatę w tabeli i pogarszając już bardzo złą sytuację „Młotów”. Mówi się o awaryjnych błyskawicznych zakupach drużyny Sama Allardyce’a, a numerem jeden na liście jest podobno Rickie Lambert. Zaczął znów strzelać Luis Suarez, a „The Reds” przełamali złą passę i rozprawili się 2:0 z „Tygrysami” z Hull, które nie tak dawno rozbiły przecież Fulham aż 6:0. Niezłą grę kontynuuje także West Bromwich Albion, który niespodziewanie pokonał Newcastle 1:0. Gola na wagę trzech oczek strzelił z rzutu karnego rewelacyjny w tym sezonie Saido Berahino.
Główny gwóźdź programu
Finałem noworocznych zmagań na angielskiej ziemi był szlagier tej serii spotkań, czyli potyczka Manchesteru United z Tottenhamem. Anglicy mawiają o takich sytuacjach „it’s time to separate the men from the boys” i rzeczywiście – był to mecz na udowodnienie pewnych rzeczy dla obu ekip. „Czerwone Diabły” chciały pokazać, że seria czterech zwycięstw z rzędu nie była przypadkiem i jest w tym całym manchesterskim zamieszaniu pewien pomysł na grę, a nie wyłącznie fura szczęścia. Tottenham – z nowym menedżerem – chciał przekazać całej Anglii, że kryzys ma za sobą i podobne wypadki jak wpadka z Liverpoolem już nigdy się nie powtórzą.
Spotkanie zaczęło się dobrze dla podopiecznych Moyesa, ale to Tottenham zdobył pierwszą bramkę. Emmanuel Adebayor wykorzystał dokładne dośrodkowanie i zaprezentował wyskok rodem z NBA, zawisając na chwilę w powietrzu, a następnie pakując piłkę do siatki United. Old Trafford było w szoku, a jednobramkowe prowadzenie „Kogutów” utrzymało się do przerwy. Druga odsłona to ataki Manchesteru, ale bezskuteczne. Większym sprytem wykazali się za to gracze Tima Sherwooda, a drugiego gola dla „Kogutów” zdobył chytrym strzałem duński dynamit, czyli Christian Eriksen. Mina Davida Moyesa mówiła wszystko – zrezygnowanie, brak pomysłów, klęska.
I paradoksalnie właśnie wtedy, niecałą minutę później, podanie Adnana Januzaja wykorzystał Danny Welbeck, który genialną podcinką zdobył kontaktową bramkę. „Czerwone Diabły” zaciekle atakowały, ale wynik się już nie zmienił. Były pewne kontrowersje w związku z niepodyktowaniem rzutu karnego dla United, ale sędzia Howard Webb pozostał niewzruszony i nie wskazał na „wapno”. Nie zmienia to jednak faktu, że to Tottenham zasłużył na zwycięstwo, słusznie zgarniając komplet oczek. „Koguty” przestały dzisiaj być w końcu kurczakami, a United wróciło do punktu wyjścia – poszukiwania nowej tożsamości oraz lepszego pomysłu na grę.
KUBA MACHOWINA