Artysta jeden na milion. Oblicza Wiktora Gonczarenki

redakcja

Autor:redakcja

01 stycznia 2014, 14:03 • 11 min czytania

Reklama
Artysta jeden na milion. Oblicza Wiktora Gonczarenki

Dla jednych jest trenerskim objawieniem. Dla innych – szkoleniowcem tyle dobrym, co szczęśliwym. Z kameralnym BATE Borysow trzy razy awansował do Ligi Mistrzów, a wrota do piłkarskiego raju po raz pierwszy otworzył jeszcze przed reformą Platiniego. Najlepszym trenerem w historii białoruskiej piłki stał się po zaledwie sześciu latach pracy. Osiąganymi w tym czasie wynikami przyćmił praktycznie wszystkich kolegów po fachu na wschodzie Europy, a jego nazwisko stało się synonimem postępu i sukcesu. Mimo to grono sceptyków, wątpiących w jego umiejętności jest całkiem spore. Wypominają mu przeróżne rzeczy, od konfliktowej natury począwszy, na wyjątkowo silnych „plecach” skończywszy. Ale osiąganych przez niego wyników, mimo usilnych prób, podważyć nie mogą.
Skazany na ławkę

Reklama

Debiut BATE w Lidze Mistrzów we wrześniu 2008 roku był historyczny z dwóch powodów, Po pierwsze, co oczywiste, drużyna z Białorusi, piłkarskiego kraju trzeciego świata, debiutowała w elitarnych rozgrywkach. Po drugie, Gonczarenko został najmłodszym trenerem w historii Ligi Mistrzów, który poprowadził zespół w fazie grupowej. Miał raptem 31 lat. Mniej niż Fabio Cannavaro czy Ruud van Nistelrooy, którzy w tym samym spotkaniu biegali po boisku w barwach Realu Madryt.

Jak to się stało, że tak młody szkoleniowiec w ogóle zasiadł na ławce czołowej drużyny w swoim kraju? Odpowiedź wynika wyłącznie z klubowej polityki. Otóż w 2007 roku BATE na rzecz wysokiego kontraktu w Dynamie Mińsk porzucił Igor Kriuszenko, a jego następcą mianowano trenera zespołu rezerw, czyli właśnie Gonczarenkę. Nikt nie zaglądał mu w metrykę i nie zważał na to, że trzydziestki dobił ledwie kilka miesięcy wcześniej. Dla władz najważniejsze było, że nowy szkoleniowiec to człowiek „stąd”, który zna klub jak własną kieszeń i nie potrzebuje czasu na wdrażanie się w związanie z nim tematy. Zresztą, wspomniany już Kriuszenko, zanim otrzymał posadę pierwszego trenera, także terminował w rezerwach. Z kolei następcą Gonczarenki, gdy ten w październiku przeniósł się do Kubania Krasnodar, został Aleksandr Jermakowicz, dotychczasowy asystent pierwszego trenera.

Tak prowadzona polityka tworzy hermetyczny, ale za to skuteczny układ. BATE od kilku lat nie tylko nie oddaje klubowej korony, ale pięć lat z rzędu grało w fazie grupowej europejskich pucharów. Gonczarenko czy Jarmakowicz od samego początku mieli pełną wiedzą na temat tego, co dzieje się w klubie, a staż w rezerwach pozwolił im dokładnie zapoznać się z młodymi zawodnikami, których później wprowadzali do pierwszej drużyny. To właśnie Gonczarenko wyprodukował dla BATE takich zawodników jak Michaił Siwakow czy Paweł Niechajczyk, którzy po wypromowaniu się w barwach mistrza Białorusi, próbowali swoich sił w mocniejszych ligach.

Powierzenie drużyny Gonczarnce, choć nie było więc motywowane przekonaniem w jego wybitne umiejętności, okazało się strzałem w dziesiątkę. BATE stało się klubem rozpoznawalnym, a Białorusin pokazał, że wiek niekoniecznie jest wykładnikiem trenerskich kwalifikacji. Inna sprawa, że sam owe kwalifikacje przejawiał już od czasów szkolnych. Będąc kapitanem drużyny piłkarskiej brał na siebie wszystkie kwestie związane z taktyką i rozstawiał po boisku gości z wyższych klas. Wuefiści nie wtrącali się do jego pracy, bo widzieli, że robi to lepiej od nich. Gonczarenko już wtedy poczuł, że na ławkę trenerską jest po prostu skazany.

Reklama

Niestety, powołanie upomniało się o niego szybciej niż się tego spodziewał. W wieku 25 lat zerwał więzadła w lewym kolanie, przez co był zmuszony zakończyć karierę piłkarską. Co prawda nie odchodził z niczym, bo jako zawodnik BATE zdążył sięgnąć po mistrzostwo kraju, ale siłą rzeczy liczył na kilka lat gry więcej. Kiedy jednak dwa lata po fatalnej kontuzji zaoferowano mu pracę w byłym klubie, to zbyt długo się nie zastanawiał. Trzy sezony przepracowane z dugą drużyną uzbroiły go w sporą dawkę doświadczenia, wzmocnioną dodatkowo ciągłymi wyjazdami na staże w zagranicznych klubach. Zresztą, jeździ na nie do dziś, bo uważa, że dla trenerów ze wschodu, tego typu wycieczki to niemal obowiązek. Sam też chętnie przyjmuje u siebie innych szkoleniowców, staż u niego zaliczył chociażby obecny selekcjoner reprezentacji فotwy Marians Pahars. Na wschodzie jest już po prostu uznaną firmą, którą początkujący szkoleniowcy stawiają sobie za wzór.

Prezes od zachcianek

Mówiąc o sukcesach Gonczarenki, wszystkich mistrzostwach kraju i awansach do Ligi Mistrzów, na które patrzymy z zazdrością w oczach, nie sposób nie wspomnieć o jednej osobie. Niektórzy uważają nawet, że w układance „BATE Borysow” najważniejszej. Mowa o prezesie Anatoliju Kapskim, przy którym klub odrodził się niczym feniks z popiołów. Z nim u steru zespół z Borysowa powrócił do świata żywych po tym, jak upadł już po rozpadzie ZSRR. Od 1996 roku konsekwentnie piął się w górę, przepuszczając rok po roku szturm na kolejny szczebel rozgrywek. Już w 1999 roku BATE sięgnęło po pierwsze w dziejach klubu mistrzostwo, a złoty medal na szyi mógł zawiesić sobie między innymi Wiktor Gonczarenko.

Przez wszystkie lata spędzone na Berezyną młody trener nosił łatkę przybranego syna Kapskiego. Wśród nieprzychylnych opinii dominują te, że Gonczarenki nie byłoby bez rzutkiego i hojnego prezesa. Co ciekawe, podpisują się pod nimi nawet niektórzy piłkarze BATE. Głównie ci, którzy z trenerem żyli jak pies z kotem i z różnych przyczyn byli odstawiani od składu.

Reklama

Faktem jest jednak, że Kapski był gotów spełnić każdą zachciankę swojego trenera. Gonczarenko na dobrą sprawę po prostu przekazywał prezesowi dyspozycje, a ten pociągał za odpowiednie sznurki. W klubie znalazł się praktycznie każdy piłkarz, którego wskazał szkoleniowiec. Podobnie było z hiszpańskimi asystentami, których sobie zażyczył. Nawet zagraniczne obozy były organizowane w miejscach, które sam wybierał. Kapski przystawał na to wszystko, bo w parze z wymaganiami szły wyniki ponad stan, a klub zarabiał olbrzymie pieniądze, które inwestowano m.in. rozwój akademii. Kontrakty zawodnicze rzędu 100 tys. dolarów za rok zaczęto podpisywać właśnie za kadencji Gonczarenki i po dziś dzień są w Borysowie na porządku dziennym. Oczywiście na takie pieniądze liczyć mogą tylko najlepsi, reszta zarabia nawet…sto razy mniej.

Kominy płacowe, żelazna dyscyplina i trudny charakter Gonczarenki często doprowadzały do konfliktów na linii zawodnik-trener. Zwycięsko zawsze wychodził z nich ten drugi. Nawet jeśli był zmuszony odsunąć jakiegoś zawodnika od drużyny lub wysłać na wypożyczenie, to wiedział ze prezes na jego miejsce sprowadzi kogoś innego. I to dokładnie tego, którego mu wskaże. Dlatego dziś wśród byłych zawodników klubu i wielu komentatorów panuje powszechne przekonanie, że wielkie BATE to przede wszystkim Kapski, a dopiero potem Gonczarenko. Młody szkoleniowiec miał bowiem trafić na najlepszy okres w historii zespołu. Dostał najsilniejszy w jego krótkiej historii skład i pełne wsparcie prezesa. Wystarczyło tylko wszystko odpowiednio naoliwić.

Z drugiej strony, ogrom sukcesów Gonczarenki przerósł nawet najśmielsze oczekiwania. Kiedy przejmował drużynę z Borysowa za cel stawiono mu zdobycie mistrzostwa kraju i awans do trzeciej rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Jak więc zestawić to z tym, czego dokonał w ciągu sześciu lat pracy? Warto też podkreślić, że co jakiś czas z tracił kluczowych zawodników (którzy później wracali całą ławą), a mimo to jego zespół cały czas grał solidną i mądrą piłkę. Białorusin potrafił umiejętnie wprowadzić następców, a BATE niezależnie od ponoszonych strat, wyróżniało się solidnością i stabilnością. Rękę Gonczarenki było widać cały czas, a to chyba najlepsza odpowiedź na wszystkie słowa krytyki.

Szał dyscypliny

Reklama

Doszukując się największej trenerskiej zalety białoruskiego specjalisty, na dalszy plan należy odsunąć wszystkie kwestie taktyczne, otwartość na nowe zagadnienia czy nieustanną chęć do nauki. Przed szereg ewidentnie wybija się jego charyzma, która mimo młodego wieku, pozwoliła mu zdobyć posłuch i uznanie szatni. Generalskie zapędy Gonczarenki początkowo wydawały się zawodnikom dziwne, ale większość szybko złapała przekaz płynący z jego filozofii. A ten w samym założeniu był zaskakująco prostu i opierał się na zasadzie „ja rządzę, wy realizujecie”.

Twarde zasady i żelazna dyscyplina to kolejne cechy wyróżniającego jego warsztat. Nigdy nie postawił żadnego zawodnika ponad klub, co także doprowadziło do paru konfliktów. Ale skoro nawet Aleksandr Hleb rozegrał parę meczów w rezerwach, by następnie wrócić do pierwszej drużyny, to w tym szaleństwie najwyraźniej jest metoda.

Spójny kolektyw to dla Gonczarenki fundament pod dobrą drużynę, a dyscyplina jest w tym wypadku kluczowym elementem. Na jej wypracowanie ma różne sposoby, momentami ocierające się o fortel. – Spóźnień na treningi u nas nie ma, w autobusie wszyscy siadają w tym samym czasie. Jeśli już ktoś się spóźni, może wciąć taksówkę i dogonić drużynę. Słowo „kara” brzmi tylko wtedy, gdy sam wypowiem je w czyjąś stronę. Mój zegarek jest zawsze nastawiony na 5-10 minut do przodu. Jednego razu Witalij Rodionow wyszedł na trening o dwie minuty za wcześnie, a zegarek pokazywał 12.08. Powiedziałem mu, że zgodnie z moim zegarkiem, spóźnił się. Potem zapytałem, czego brakuje nam w bazie treningowej, i tak Rodionowowi przyszło kupić pralkę – mówił w wywiadzie dla portalu sports.ru

Dyscyplina w wydaniu Gonczarenki działa jednak w dwie strony, czego najlepszym dowodem jest dalszy ciąg historii z pralką. – Na obozie w Turcji przygotowywaliśmy konspekty i spóźniłem się na autobus o dwie minuty. Wchodzę, a zawodnicy witają mnie gromkimi brawami. Byli po prostu rozentuzjazmowani. „No to co, jak go ukarzemy” – pytali się wzajemnie. Na to wstaje Rodionow i mówi: „Trenerze, nie mamy ekspresu do kawy, proszę kupić”. – opowiadał w tej samej rozmowie.

Reklama

Podobnego bzika ma na punkcie koncentracji w czasie meczów i treningów. Jak sam mówi doba ma 24 godziny, trening dwie, więc w tym czasie oczekuje od swoich zawodników maksymalnego skupienia. Wpaja im też, by nie symulowali fauli i nawet po ostrzejszych atakach rywali jak najszybciej wstawali z murawy. W innym wypadku, jak wiadomo, na boisku musi pojawić się lekarz, a opatrywany piłkarz zobowiązany jest opuścić plac gry. Zdaniem Gonczarenki to niepotrzebne osłabianie drużyny. W pamięci wciąż nosi… sparingowy mecz z Wisłą Kraków, w którym jego drużyna straciła dwie bramki w ciągu dwóch minut, gdy jeden z zawodników przebywał akurat za linią boczną.

Jako całość szatnia Gonczarenki tworzy więc coś na wzór systemu naczyń połączonych. Koncentracja pomaga w zdyscyplinowaniu graczy, dyscyplina na swój sposób buduje atmosferę, a ta z kolei ma w mniejszym bądź większym stopniu wpływ na wyniki. W połączeniu ze zmysłem taktycznym Białorusina i jego zamiłowaniem do kombinacji przynosi to efekt, co widać na przykładzie BATE. I to bez żadnych magicznych sztuczek. Gonczarenko to po prostu rzemieślnik, a nie iluzjonista. Człowiek stawiający na rezultat. Jego metody, owszem, można podważać, ale cała reszta mówi sama za siebie.

Wiecznie głodny

Od nieprzychylnych głosów uciec się jednak nie da. Za Gonczarenką łatka szczęściarza, robiącego karierę na plecach prezesa-milionera będzie ciągnęła się tak długo, aż swój kunszt udowodni w innym klubie. Inaczej na zawsze pozostanie – jak mówią ci, którzy niekoniecznie go lubią – Guardiolą dla ubogich, a z hiszpańskim geniuszem łączyć będzie go wyłącznie zakładany na mecz włoski garnitur.

Reklama

Statystyka nie jest jednak dla niego zbyt łaskawa. Ł»aden z wcześniejszych trenerów BATE (inna sprawa, że było ich tylko dwóch), nie zaprezentował niczego szczególnego poza Borysowem. Ale mimo wszystko ciężko oprzeć się wrażeniu, że Gonczarenko to kompletnie inna historia. Na dobrą sprawę przed czterdziestką zebrał tyle doświadczenia, co inni trenerzy przez całą karierę. Stawał oko w oko z największymi futbolowymi firmami tego świata, jak Juventus, Real Madryt czy Bayern. Z tym ostatnim zespołem potrafił nawet wygrać. Jego drużyna, w zależności od rozgrywek, grała na przeróżne sposoby. Uzależniał to albo poziom przeciwnika, albo kaprys Gonczarenki.

Białorusin to typ trenera–perfekcjonisty, który musi wszystko umieć i wszystko znać. Przywołany wcześniej Aleksandr Hleb porównuje go do Matthiasa Sammera, – To ta sama niepowstrzymana energia, ciągłe dążenie do poprawy. Nie bez powodu ciągle jeździ na staże, jego treningi są świetne. Młodzi zawodnicy się przy nim rozwijają, a starsi stają się jeszcze lepsi – mówił na łamach Sowieckiego Sportu. W podobnym tonie wypowiadał się Witalij Rodionow. – Główną zaletą Gonczarenki jest to, że nie żyje wczorajszym dniem. Nawet po wysoko wygranych meczach nie spoczywa na laurach, a stara się wyciągnąć z nich naukę, dowiedzieć się czegoś nowego. W moim otoczeniu takich ludzi, którzy nigdy nie zaspokoją swojego głodu w pełni, jest niewielu.

Właśnie ten niezaspokojony głód wypchnął go z Borysowa i pomógł obrać kurs na Kubań Krasnodar. W silnej Premier Lidze będzie chciał udowodnić ze wcześniejsze peany kierowane pod jego adresem, nie były przesadzone. Poza tym, z BATE wygrał wszystko, co mógł. O kolejne sukcesy byłoby ciężko, bo gawiedź czuje się nasycona i potrzebuje czegoś bardziej spektakularnego. Kubań to z kolei klub z dużymi aspiracjami i możliwościami. I swoisty papierek lakmusowy dla trenerów i ich umiejętności.

Od czasu, gdy z klubem pożegnał się Dan Petrescu, Kubań zmienia trenerów mniej więcej co pół roku. Ostatni szkoleniowiec, Dorinel Munteanu, wybił zęby już po trzech miesiącach. Rumun co prawda awansował do fazy grupowej Ligii Europejskiej, ale postawa drużyny w lidze była co najmniej niezadowalająca. Pewnie nawet nie zdążył dobrze rozpakować bagażu, a w klubie już czekał na niego bilet powrotny. Nikt nie patrzył na to, że przed sezonem z klubu odeszło trzech kluczowych zawodników, których w żaden sposób nie zastąpiono. Gonczarenko, choć podpisał kontrakt na cztery i pół roku, musi mieć się na baczności. W Krasnodarze panuje nastawienie na sukces błyskawiczny, a z góry płynie zabójczo prosty przekaz. Albo będą wyniki, albo nie będzie ciebie.

Reklama

Jak na razie w lidze idzie mu tak sobie, wygrał tyle samo meczów, co przegrał, a jego zespół otwiera drugą połowę tabeli. Z dobrej strony pokazał się za to w lidze Europejskiej, gdzie nie przegrał żadnego z czterech spotkań, remisując z Valencią czy dwukrotnie ze Swansea. Prawdziwy test czeka go jednak w rundzie rewanżowej. Każde potknięcie będzie kolejnym argumentem w ręku krytyków białoruskiego szkoleniowca. Sam Gonczarenko zdaje się mieć to jednak w głębokim poważaniu. Jeśli ktoś zarzuca mu, że jest „miejscowym trenerem tylko jednego zespołu”, to nawet nie strzępi języka. Najwyraźniej ma świadomość, że jest wybitnym artystą ławki trenerskiej. A przecież, jak powiedział kiedyś Georges Braque, hołdem dla artysty jest, gdy go okradną.

KAROL BOCHENEK

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama