Nalepa skazany na Ukrainie, Wilk o odejściu z Wisły, masa tekstów o pucharach

redakcja

Autor:redakcja

08 sierpnia 2013, 08:33 • 12 min czytania

Reklama
Nalepa skazany na Ukrainie, Wilk o odejściu z Wisły, masa tekstów o pucharach

Zapraszamy na czwartkowy przegląd sześciu tytułów prasowych.

Reklama

FAKT

Andrzej Iwan: Belgowie zaatakują Śląsk jak walec.

Lech od początku sezonu prezentuje się słabo i pora w końcu zagrać dobry mecz. Tak naprawdę jeśli drużyna z Poznania zagra na 50 procent swoich możliwości, to powinna wyeliminować Ł»algiris. Oczywiście nie umniejszam tutaj klasy rywala i doceniam pracę trenera Marka Zuba, który świetnie przygotował tych chłopaków, ale dla nich to szczyt możliwości. Lechici do tej pory grali jakby mieli spętane nogi, więc trzeba je teraz rozpętać. Nie ma innego wyjścia. Jeśli chodzi o oświadczenia zarządu klubu, że trener Rumak może spać spokojnie nawet w przypadku porażki, to powiem tak: papier wszystko przyjmie. Ł»ycie zawsze pisze swój własny scenariusz. Ja chciałbym, aby Mariusz Rumak dalej prowadził tę drużynę. Lech jest poukładany, a trener ma swój pomysł. Poza tym jeśli spojrzymy na pierwszy skład Kolejorza, to jest on na poziomie Legii. Oczywiście kadra nie jest tak szeroka, ale piłkarze mają potencjał. Rumak musi po prostu jak najszybciej poradzić sobie z kryzysem, który zdarza się przecież w każdej drużynie.

Kamil Biliński przed rewanżem z Lechem.

Reklama

– Nie boimy się Lecha, to oni mają strach w oczach, bo jest tam wytwarzane wielkie ciśnienie na europejskie puchary i nikt tam nawet sobie nie wyobraża, żeby mogli z nami odpaść. Ale my sobie wyobrażamy. Rozumiem, że im zależy, ale niepotrzebnie aż tak bardzo spinają, bo to tylko plącze im nogi – mówi Kamil Biliński (25 l.), piłkarz Ł»algirisu Wilno, który dziś zagra w Poznaniu. – Nasze zwycięstwo w pierwszym meczu nie zmieniło sytuacji. Dalej jest tak, że to Lech musi, a my tylko możemy. Dla nich to jest priorytet, a dla nas okienko wystawowe. My możemy sprawić niespodziankę i awansować dalej i to będzie uznane za wielki sukces. A oni muszą spełnić oczekiwania i nie zawieść kibiców, którzy nie zakładają innej opcji niż wygrana z nami – dodaje najlepszy strzelec litewskiej drużyny. – Zdajemy sobie z tego sprawę, że oni się strasznie spinają i wiemy, że to im trochę przeszkadza w kombinacyjnej grze jaką zazwyczaj prezentują w ekstraklasie. Są pod wielką presją i gra im się z tym ciężko. Wszyscy oczekują od nich przejścia do kolejnej rundy, bo inaczej, to będzie dla nich starta pieniędzy, a my jesteśmy młodą drużyną zbudowaną za dużo mniejszą kasę i jak nam się uda, to super, a jak nie, to nie ma żadnej tragedii – stwierdza wychowanek Śląska.

Japończyk podpisał kontrakt z Arką ubrany w… kimono.

Pierwszoligowa Arka Gdynia pozyskała nowego zawodnika. Roczny kontrakt z władzami klubu podpisał Japończyk Tomoki Fujikawa (26 l.). Umowę parafował ubrany w oryginalne kimono. Narodowy ubiór Japończyków, w jaki przyodział się nowy zawodnik, świadczy o tym, jak uroczyście i podniośle potraktował fakt podpisania kontraktu z Arką. To dla niego duży skok jakościowy, bo ostatnio 26-letni pomocnik ostatnio występował w Orvietana Calcio, klubie szóstej ligi włoskiej. Fujikawa był testowany przez żółto-niebieskich od początku letniego okresu przygotowawczego. Trener Paweł Sikora (37 l.) widział go w roli uzupełnienia kadry, jednak pomocnik z Kraju Kwitnącej Wiśni nie miał pozwolenia na pracę w Polsce. Procedura uzyskania zgody znajduje się już w fazie końcowej, stąd złożenie podpisów pod umową. Fujikawa nie będzie zbyt dużo kosztował. Lwią część utrzymania wziął na swoje barki menedżer piłkarza.

RZECZPOSPOLITA

Reklama

Jedyna taka szansa – tekst przed pucharami.

Lech Poznań przeżywa najtrudniejszy moment od kilkunastu miesięcy. Przegrał tylko jeden mecz – z Ł»algirisem w Wilnie 0:1, ale nie potrafił wygrać żadnego z trzech spotkań ligowych. Porażka na Litwie odbiła się na całej drużynie. Sfrustrowani kibice Lecha wezwali pod swoją trybunę wszystkich piłkarzy i trenera, po czym przez kwadrans obrażali ich wulgarnymi przyśpiewkami. Nie poprosili, a kazali, zdjąć koszulki i zapowiedzieli, że jeśli w rewanżu zawodnikom także zabraknie ambicji, mogą za to zapłacić. – To nie był dobry moment do dyskusji. Piłkarze niepotrzebnie poszli do kibiców – mówi Piotr Reiss, doradca zarządu do spraw sportowych i dodaje: – Proszę kibiców, żeby w Poznaniu nie gwizdali na swoją drużynę. Zawodnicy zdają sobie sprawę z powagi sytuacji. Nagle okazało się, że trener Mariusz Rumak, który w Wilnie także nie wytrzymał ciśnienia i wulgarnie odmówił wywiadu reporterowi Polsatu, nie ma wcale pewnej pozycji. Wywalczył w poprzednim sezonie wicemistrzostwo Polski, mimo że skład nie został wzmocniony. Teraz, chociaż przegrał tylko jedno spotkanie, po Poznaniu rozniosły się plotki, że zostanie zastąpiony przez Macieja Skorżę.

GAZETA WYBORCZA

Bosacki nie ukrywa rozczarowania grą byłej drużyny.

Reklama

Zdaniem byłego kapitana poznańskiej jedenastki w poczynaniach piłkarzy nie widać przyjemności z tego, co się robi. – Brakuje mi takiej radości, która też jest potrzebna obok założeń taktycznych i schematów gry. Nie ma również piłkarzy, którzy podejmowaliby odważne, nieszablonowe decyzje na boisku. Na dziś jedynym takim zawodnikiem jest Kasper Hämäläinen, a reszta chłopaków widać, że się stara, angażuje w grę, ale wydaje mi się, że robią to bez przekonania. To może być jeden z wielu powodów, że gra Lecha wygląda, tak jak wygląda – powiedział strzelec dwóch goli dla Polski na mundialu w Niemczech. Jak dodał, dziwią go trochę słowa trenera Mariusza Rumaka o konieczności naprawy gry, skoro ona nie funkcjonuje od samego początku. – Pytanie w takim razie, co naprawiać, skoro to nie zadziałało od samego początku. Szkoleniowiec lechitów słabą postawę drużyny tłumaczy m.in. tym, że wielu jego podopiecznych przed sezonem było kontuzjowanych. Niektórzy dopiero co wrócili do gry po okresie rehabilitacji, inni, jak Rafał Murawski czy Barry Douglas, jeszcze nie pojawili się na boisku. – Po części jest to wytłumaczenie, ale mówiąc o braku kontuzjowanych zawodników, trochę uderza się w tych zdrowych, którzy dziś nie spełniają oczekiwań pod względem wynikowym. Cały czas się powtarza, że Lech ma równorzędny skład, że tworzy go 20 równorzędnych chłopaków. Jeśli jednak ktoś mówi, że były kontuzje i czasami było tylko 12 zawodników na treningach, to trzeba się zastanowić, jak mogą się czuć ci, którzy dziś tworzą ten zespół i trenowali w trakcie okresu przygotowawczego. Myślę, że należy się zastanowić, dlaczego w Lechu jest aż tyle kontuzji – powiedział.

Maxime Lestienne: Straszak na Śląsk, wielka nadzieja Brugge.

Mało jednak brakowało, a Lestienne’a w rozgrywkach pucharowych nie oglądaliby ani kibice Club Brugge, ani Śląska. Latem utalentowanego skrzydłowego Belgów chciało bowiem kupić CSKA Moskwa. Rosjanie złożyli dwie oferty: jedną wynoszącą 8 mln euro, a kolejną już o trzy miliony euro wyższą. Brugge dwukrotnie odmawiało, a do wyjazdu nie palił się też sam piłkarz. – Nigdy nie spodziewałem się, że będę tyle wart. Dla mnie te kwoty są kompletnie abstrakcyjne, ale skoro ludzie chcą tyle wydawać, by mnie mieć, to ich decyzja – mówił Lestienne w rozmowie z gazetą „Het Laatste Nieuws”. O Belga nie po raz pierwszy zabiegał zresztą renomowany europejski klub. Gdy był jeszcze nastolatkiem, walczyły o niego Manchester United, a później także Everton. Przedstawiciele „Czerwonych Diabłów” w 2009 roku przyjechali do domu piłkarza, a Maxime’a i jego ojca Fabiana mieli niemal błagać, by niczego nie podpisywali. – Zaoferujemy wam więcej – krzyczeli działacze United. W styczniu 2010 roku Lestienne wszystkich jednak zaskoczył i zamiast ofert z Anglii wybrał tą z Club Brugge. Zawodnik podpisał z klubem 2,5-letni kontrakt. Co ciekawe, belgijski młokos wybrał więc drużynę, przeciwko której rok wcześniej debiutował w barwach Excelsioru Mouscron w meczu ligowym. Brugge przegrało wówczas aż 1:5.

Maciej Nalepa ukarany za korupcję na Ukrainie.

Reklama

UEFA zdecyduje we wtorek, czy wykluczyć Metalist Charków z Ligi Mistrzów za ustawienie meczu w 2008 roku. Dzięki zwycięstwu 4:0 nad Karpatami Lwów zespół z Charkowa awansował do europejskich pucharów. Półtora roku później piłkarz Karpat Siarhij فaszczenkow ujawnił, że spotkanie było ustawione. W Karpatach grał wówczas polski bramkarz Maciej Nalepa. Ówczesne władze federacji zareagowały błyskawicznie, karząc kluby odebraniem dziewięciu punktów w sezonie 2010/11. Ucierpiała reprezentacja, ponieważ selekcjoner Miron Markiewicz, który równocześnie prowadził Metalista, na znak protestu zrezygnował. Jeszcze dalej poszedł właściciel klubu Ołeksandr Jarosławski. Oligarcha oświadczył, że sankcje to wynik niechęci związanego z Dynamem Kijów prezesa federacji Hryhorija Surkisa (jego młodszy brat Ihor Surkis jest właścicielem Dynama) do silnych klubów ze wschodniej Ukrainy. Efektem był bunt części delegatów na zjeździe związku i wniosek o odwołanie starszego z braci Surkisów. Działo się to na początku 2011 r., czyli na finiszu przygotowań do Euro 2012.

DZIENNIK POLSKI

Cezary Wilk: Rozstaliśmy się w cywilizowany sposób.

Poczuł Pan ulgę, że Izba ds. Rozstrzygania Sporów Sportowych przy PZPN przyznała Panu rację w sporze z Wisłą?
– Tak, składając wniosek, miałem oczywiście taką nadzieję, że sprawa zakończy się po mojej myśli. Jestem więc zadowolony.

Reklama

Nie czuję się Pan rozczarowany, że Pańska przygoda z Wisłą Kraków, po trzech latach gry w tym klubie, kończy się w taki sposób, że weszliście w spór prawny?
– Nie da się oczywiście ukryć, że forma mojego rozstania z Wisłą na pewno nie jest idealna. Natomiast określenie tego sporem prawnym to chyba zbyt mocne słowa. Muszę powiedzieć, że prezes Wisły Jacek Bednarz zachował się w całej sprawie bardzo w porządku. Wszystko odbyło się w cywilizowany sposób. Prezes uszanował moje stanowisko, nie miał do mnie pretensji. Ja również szanuję stanowisko Wisły. Obie strony czekały po prostu na werdykt.

Nie było możliwości rozwiązania tego kontraktu w sposób polubowny bez ingerencji PZPN? Nie mogliście po prostu usiąść, porozmawiać i rozstać się inaczej?
– Próbowaliśmy. Takie rozmowy się odbywały. Skoro jednak nie doszło do skutku takie rozwiązanie sprawy, to znaczy, że różniliśmy się w ocenie sytuacji i potrzebna była komisja, która rozstrzygnie ten nasz spór.

SUPER EXPRESS

Kamil Biliński: Lech już wie, że nie jesteśmy ogórkami.

Reklama

Jak będzie w rewanżu w Poznaniu?
– To będzie bardzo trudny mecz. Lech ma obowiązek, żeby nas wyeliminować. Oni grają jednak pod presją. Daliśmy sygnał: „Nie skreślajcie nas, bo wszystko zweryfikuje boisko”. Jeśli nie zostawisz na nim krwi i potu, nie możesz wygrać meczu. W Wilnie daliśmy z siebie wszystko i udało się dowieźć dobry wynik do końca.

W Poznaniu czeka was nie tylko rewanż, ale i fanatyczni kibice…
– Doskonale zdajemy sobie sprawę, jak będziemy przyjęci. Na nasze mecze chodzi niewielu kibiców, a w Poznaniu może być i 40 tysięcy.

Lech po pierwszym meczu dostał straszną burę od kibiców. To im pomoże?
– Ł»al mi było piłkarzy Lecha. Na pewno nie są w najlepszej formie, a kibice z Polski bardzo liczyli na dobry wynik. My jednak pokazaliśmy, że potrafimy grać w piłkę i chcemy zrobić to jeszcze raz.

Jak smakuje zwycięstwo nad Polakami?
– Dla nas było to wielkie wydarzenie. W Wilnie był pełen stadion, wielkie święto. Wszyscy dookoła rozdmuchali temat starcia mojego i polskiego trenera Marka Zuba z Polakami.

Reklama

Waldemar Sobota przed meczem z Brugge: nie wypada tego zepsuć.

Po pierwszym meczu zebraliście dużo pochwał. W rewanżu Śląsk jest w stanie zagrać tak dobrze, jak u siebie?
– W tym pierwszym spotkaniu był i dobry wynik, i dobra gra. To pozwala nam patrzeć z optymizmem na mecz wyjazdowy. Jeśli w Belgii zagramy z takim samym zębem i zacięciem, to wyjdziemy z tej rywalizacji zwycięsko. Bo ten zespół stać na to. Awans jest jak najbardziej realny.

Dziennikarze z Belgii spośród piłkarzy Śląska najbardziej komplementowali właśnie ciebie. Sebastian Mila stwierdził nawet, że Sobota nie jest gorszym piłkarzem niż gwiazda rywali Islandczyk Eidur Gudjonhsen. Co ty na to?
– To były miłe opinie. Szczerze byłem nimi zaskoczony. OK, to był z mojej strony dobry występ, ale nie jakiś wybitny. Miałem już lepsze spotkania.

Trener Stanislav Levy mówi, że do Belgii Śląsk nie jedzie po to, aby się bronić. Jaki jest zatem plan na Brugge?
– Czeski szkoleniowiec wymaga od nas, abyśmy zawsze grali agresywnie i ofensywnie. To widać po naszych występach. Na pewno w Belgii musimy zagrać na zero z tyłu. Najważniejszy będzie początek. Belgowie będą chcieli szybko odrobić straty, rzucą się nas nas, a my musimy zrobić wszystko, aby skutecznie odpierać ich ataki. A w ofensywie trzeba pokusić się o strzelenie gola.

Reklama

PRZEGLĄD SPORTOWY

Sąd nad Rumakiem: Dać mu jeszcze szansę.

Lech słabo rozpoczął sezon, w lidze nie wygrał żadnego z trzech meczów, skompromitował się też w Wilnie przeciwko Ł»algirisowi w Lidze Europy. Czy trener Mariusz Rumak powinien pozostać na stanowisku?

MOWLIK: My możemy sobie dyskutować, a i tak decyzję podejmują szefowie klubu. Ja skłaniam się jednak ku temu, by jeszcze mu dać szansę.

Reklama

JAKOفCEWICZ: Poczekać jeszcze z tydzień i zobaczyć, jakie będą rozstrzygnięcia dwóch najbliższych meczów – rewanżowego z Ł»algirisem oraz ligowego z Koroną Kielce. Potem jest przerwa na reprezentację i można ewentualnie robić roszady. Trener Rumak musi zacząć wsłuchiwać się w opinie kibiców, dziennikarzy, czy nas – byłych piłkarzy, zwłaszcza dotyczy to spraw dotyczących przygotowania zespołu, bo widać gołym okiem, że tutaj jest największy problem.

ARASZKIEWICZ: No tak, pewnie jeszcze za mały jest sztab szkoleniowy. To tak żartem, ale jasne, że problem fizyczny jest widoczny. To jednak nie oznacza, że automatycznie trzeba pozbywać się trenera.

JAKOفCEWICZ: OK, nasza konkluzja jest taka, że niech dokończy to, co zaczął. Jeszcze można wyjść na prostą.

Wielkie oszczędzanie na trenerach w Ekstraklasie.

Reklama

Zwolniony niedawno Ojrzyński zdołał wyróżnić się w ekstraklasie na tyle, że nie powinien mieć kłopotów ze znalezieniem dobrej pracy. Ale o Arturze Skowronku i Macieju Bartoszku niewielu już pamięta. Otrzymywali pracę w ekstraklasie mając 31-33 lata, z niewielkim doświadczeniem w niższych klasach. Po jednym sezonie w najwyższej lidze, dostawali propozycje tylko z niższych lig, które na razie odrzucili (np. z Okocimskiego Brzesko). Nim się obejrzeli, ich pięć minut minęło. Podobnie było z Rafałem Ulatowskim i Tomaszem Kafarskim, którzy w końcu zdali sobie sprawę z sytuacji, w której się znaleźli i zdecydowali się zejść poziom niżej, aby rozwijać warsztat. W ostatnich miesiącach jeździli na rozmowy do tych samych klubów pierwszoligowych, ostatecznie Kafarski trafił do Olimpii Grudziądz, a Ulatowski do Miedzi Legnica. Po epizodzie w ekstraklasie z trudem próbują do niej wrócić Tomasz Fornalik (dziś GKS Tychy) i Kazimierz Moskal (niedawno Nieciecza). Trenerów, którzy w niższych ligach czekają na powrót do ekstraklasy, powinien pocieszyć fakt, że część sezonowych wynalazków działaczy zwyczajnie nie nadaje się na pierwszych trenerów i szybko zwalnia miejsce.

Mila: Koncentracja to klucz do awansu.

Skąd bierze się dwubiegunowość Śląska. Z jednej strony dobre mecze w europejskich pucharach, z drugiej bardzo przeciętna postawa w ekstraklasie?
– To jest jeden z elementów, jakie chcemy zlikwidować. Te dwie twarze. Jesteśmy drużyną, która zmieniła się na boisku. Stawiamy na ofensywę i siłą rzeczy wystawiamy się na kontry. Właśnie w taki sposób tracimy bramki i potem mecz nam się nie układa. Staramy się jednak swoje oblicze pokazywać, nasza postawa na boisku coraz częściej udowadnia, że podążamy w dobrym kierunku. W kierunku, w którym podążać chcemy. Mam nadzieję, że wpadek będzie coraz mniej.

Spodziewał się pan, że po odejściu Marcina Kowalczyka czy Piotra Ćwielonga gra zespołu się nie pogorszy? Do tego na razie prezentujecie się najlepiej spośród wszystkich polskich drużyn grających w europejskich pucharach.
– Nikt nie mógł się chyba spodziewać, że Śląsk dostarczy kibicom w Polsce tylu emocji. I to jest zjawisko pozytywne. Cieszymy się z tego. To motywuje przed rewanżem w Belgii. Chcielibyśmy tę radość dawać jak najdłużej. Jeśli natomiast chodzi o zmiany personalne, osłabienia rzeczywiście były ogromne. Tylko akurat w naszym przypadku to nic nowego. Odkąd jestem we Wrocławiu co sezon odchodzą czołowi piłkarze i jakoś sobie z tym radzimy.

Reklama

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama