Pieniądze nie są najważniejsze, ale po prostu chcę być doceniony

redakcja

Autor:redakcja

13 kwietnia 2013, 02:15 • 26 min czytania

Pieniądze nie są najważniejsze, ale po prostu chcę być doceniony

O aferze nagraniowej, obraźliwych wyzwiskach pod adresem Legii, podszywkach pod Stanislava Levego, ofertach z Azerbejdżanu i Chicago, a także pojedynkach z Gerrardem i Lampardem. O tym i o wielu, wielu innych tematach przeczytacie w obszernym wywiadzie z kapitanem Śląska, Sebastianem Milą…

Reklama

Przez kilka ostatnich lat sprawiałeś wrażenie ideału kapitana. Mogło się wydawać, że trzymasz wszystko w ryzach i potrafisz kontrolować szatnię, ale ostatnio fakty nieco temu przeczą. Atmosfera zaczęła się rozłazić i natężenie złych emocji wokół Śląska jest aż nienaturalne. Też tak to odbierasz? Ł»e siekiera wisi w powietrzu?
Nigdy nie należałem do najłatwiejszych kapitanów i gdy miałem swoje zdanie na jakiś kontrowersyjny temat, to nie bałem się go wygłaszać. Traktowałem to jako atut, choć przez to odczucia wobec mojej osoby mogą być takie, jak powiedzieliście. Ale dziś staram się być taki sam – nie mam problemów z drużyną, a w Śląsku to ona bardziej trzyma szatnię niż jednostka. Reguły powinna narzucać grupa.

Przez kilka ostatnich sezonów w Śląsku była sielanka. Wydawaliście się grupą zgranych kumpli, którzy wskoczyliby za sobą w ogień, ale teraz, gdyby zrobić klasyfikację drużyn pod względem atmosfery, to pewnie znaleźlibyście się gdzieś na szarym końcu.
Na pewno nie jest tak jak w sezonie mistrzowskim, ale pamiętajmy, że po zdobyciu tytułu – nie wiem, czy dobrze liczę – opuściło nas z siedmiu-ośmiu zawodników. Celeban, Fojut, Pietrasiak, Madej, Dudek, Sztylka, Wołczek… Odeszli ludzie, którzy budowali tę grupę, identyfikowali się z klubem. Nie jest łatwo zbudować coś, co zafunkcjonuje od razu. Na to potrzeba czasu.

Reklama

Ale patrząc na ostatnie trzy sezony – afer i nieprzyjemnych sytuacji w Śląsku, nawet wewnątrz szatni, było nienaturalnie dużo w stosunku do sukcesów.
Rzeczywiście, to prawda. Staliśmy się drużyną bardziej medialną, która odnosi sukces, znajduje się na topie i budzi zainteresowanie mediów. To, że media się nami zainteresowały, dobrze o nas świadczyło, a afery po części nie były prowokowane przez nas samych. Rodziły się po prostu przy sukcesie…

… na który nie każdy był gotowy?
Na pewno… Sukces przyszedł, jak dla mnie, strasznie szybko, jak na pstryknięcie palca.

Ostatnie dwa i pół roku to wicemistrzostwo, mistrzostwo i teraz jak na razie trzecie miejsce. Wyniki, jak na sytuację Śląska, genialne. Pytanie tylko, dlaczego wszyscy wyczuwają w powietrzu koniec tego wszystkiego.
Problem polega między innymi na tym, że każdy indywidualnie chciałby odgrywać poważną rolę w drużynie. To cecha zrozumiała i pozytywna, ale nie powinno się tak podchodzić za wszelką cenę, bo wtedy łatwo o przekroczenie pewnych granic. Trzeba się podporządkować nie tylko właścicielowi, prezesowi i trenerowi, ale przede wszystkim grupie.

Gdyby zaproponowano ci teraz nowy kontrakt, to chciałbyś zostać w Śląsku czy jednak odczuwasz pewne wypalenie?
Hmm… (dłuższe milczenie) Wiele rzeczy można mi zarzucić, ale na pewno nie to, że nie byłem zaangażowany i nie identyfikowałem się z klubem. Starałem się być dla tego klubu kimś więcej niż piłkarzem i może późniejsza sytuacja odrobinę mną zachwiała, uraziła moją dumę. Chciałem jak najszybciej rozwiązać tę sprawę, by zapewnić stabilizację rodzinie, ale z biegiem czasu wszystko gdzieś odpływało. Teraz… Teraz nad nowym kontraktem musiałbym się poważnie zastanowić, ale uważam, że nie do końca zostałem potraktowany fair.

150 tysięcy euro za kartę zawodniczą Sebastiana Mili to dużo czy mało? Zapłaciłbyś tyle, będąc dyrektorem sportowym np. Korony Kielce?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Czy bym zapłacił? Gdybym miał, to tak.

Taki warunek, co nie jest tajemnicą, postawiłeś klubowi. Musiałeś tę sumę jakoś oszacować.
Ł»adnej propozycji ani nie dawałem, ani nie otrzymałem zwrotnej. Nie doszliśmy do etapu negocjacji.

Ta suma wypłynęła z klubu.
To zrozumiałe, bo na pewno nie ode mnie. Trudno… Tak wyszło, że jakieś kwoty zostały rzucone, choć nie są one do końca prawdziwe…

Pisaliśmy już na stronie, że nie jest to wygórowana kwota, bo takie pieniądze płaci się piłkarzom za podpis.
Każdy wolny piłkarz, przychodząc do klubu, dostaje pieniądze za podpis, a mnie naprawdę zależało, żeby ta sytuacja została rozwiązana we właściwym stylu. Nie mówiłem, że muszę tę kwotę otrzymać od razu. Mogła być rozbita na cały czas trwania kontraktu. Dostosowałbym się do sytuacji finansowej klubu. Nie jestem zachłanny. Poza tym to nie jest – jak niektórzy mówią – mój życiowy kontrakt.

Taki już miałeś.
To, co miałem do zarobienia – zarobiłem, a to, co do zainwestowania – zainwestowałem. To jest moje i nigdy tego nie stracę. Wszyscy się śmiali, że rodzice prowadzili moje finanse, a dzięki temu mam dziś taki komfort, że mogę o tym spokojnie mówić. I właśnie dlatego nie muszę nikogo wykorzystywać, robić nerwowych ruchów czy iść do klubu, który da mi największe zarobki. Chcę grać tam, gdzie będą mnie chcieli i moja rodzina będzie się dobrze czuła. Ten komfort to chyba moje największe zwycięstwo.

A nie jest tak, że ty, jako piłkarz Śląska, nie do końca skonsumowałeś finansowo wicemistrzostwo i mistrzostwo, i teraz, przy nowej umowie, chciałeś to zdyskontować w formie nagrody?
Nie, bo pieniądz nie jest moim priorytetem! Ale znam realia i wiem, ile piłkarz jest w stanie dostać za podpis. Nigdy nie interesowało mnie, czy w klubie zarabiam najwięcej, czy jestem piąty w hierarchii. Chciałbym, jako piłkarz, uzyskać tyle, ile sam daję zespołowi. Po prostu chciałbym być wyceniony tak, jak rynek wycenia zawodników na moim poziomie.

Skoro pieniądze nie są dla ciebie najważniejsze, to propozycję z Azerbejdżanu musiałeś od początku traktować z przymrużeniem oka.
To była jedna z opcji. Mówiło się o niej najwięcej, bo przyszła jako pierwsza. Ł»eby było jasne – istnieje taka możliwość, że pójdę tam, gdzie mi najwięcej zapłacą. Ale…

Jak pójdziesz do Azerbejdżanu, to po tym, co mówisz, zapachnie lekką hipokryzją. Zależy ci na stabilizacji, szkole dla dzieci, żeby rodzina dobrze się czuła, a potem wyjedziesz do Baku? To się będzie gryzło.
Macie rację… No, tak to powinno zostać odczytane. Ale z drugiej strony jeśli nie będę miał innych propozycji, tylko tę z Baku?

Trudno sobie to wyobrazić.
I tak samo ciężko byłoby uwierzyć, że pojadę tam nie dla pieniędzy! Poczekajmy, bo naprawdę to może być moja jedyna oferta. Ale fakt, może to zostać odebrane tak, jak powiedzieliście. Nie będę miał wtedy argumentów.

Jak rozumiemy, oferta z Baku musiałaby być nie odrzucenia i od razu zwalić cię z nóg. „Trudno, przemęczę się”.
Rodzina nie za bardzo chce tam jechać i dlatego nie biorę tej opcji do końca na poważnie. Zobaczymy.

Od stycznia możesz negocjować z nowym klubem. Nie jest to dziwne, że do tej pory nic nie podpisałeś?
To po prostu jeszcze nie jest ten moment. Może jeszcze przyjdzie coś na tyle fajnego, z czego będę najbardziej zadowolony? Nie chcę podejmować decyzji zbyt szybko.

Chicago Fire?
Było coś na rzeczy. Mogłem podpisać kontrakt z lutym, ale teraz nie wiem, czy oferta jest nadal aktualna. Trudno powiedzieć, czy dalej będą mną zainteresowani. Moi bliscy bardzo chcieli tam jechać… Ja zresztą też byłem po części zdecydowany na tę przeprowadzkę, choć z racji limitów płacowych nie zarabia się tam nie wiadomo jakich pieniędzy. Ale może dostałbym nową adrenalinę i motywację, co w moim wieku jest szalenie ważne. Zwiedziłbym też trochę świata.

Jak dziś wyglądają twoje relacje z prezesem Śląska?
Są na przyzwoitym poziomie, ze względu na to, że jestem kapitanem, choć prezes nie wypowiadał się na mój temat zbyt fajnie. Szkoda, bo chyba nie zasłużyłem na te słowa. Ale prezes jest dorosły i mam nadzieję, że ma czyste sumienie.

Przechodziłeś do Śląska, gdy ten – mówiąc delikatnie – nie był potęgą. Potem ogłoszono decyzję o budowie stadionu, wszedł Solorz, zaczęło to wszystko obiecująco wyglądać i pewnie wydawało ci się, że wygrałeś los na loterii. W którym momencie został popełniony błąd? Jak to wszystko mogło się tak nagle spieprzyć?
Gdy Śląsk wchodził do Ekstraklasy, a trener Tarasiewicz mówił, że za trzy lata będzie mistrzem Polski, ciężko mi było w to uwierzyć, choć trener miał dar przekonywania i trochę tej jego fantazji mi się udzieliło. Po pierwszych treningach zobaczyłem, że drużyna jest bardziej niż przyzwoita i ma naprawdę ogromny potencjał. Zaczęliśmy robić coś wielkiego z czegoś małego i osiągnęliśmy coś, na co wiele polskich klubów pracuje latami, inwestując przy tym spore pieniądze. Dlaczego się posypało? Nie wiem… Na pewnym etapie wszystko pewnie rozchodzi się o finanse. Kiedyś na pensje wydawano w miesiąc sto tysięcy, później pięćset, milion, dwa, aż przychodzi moment, gdy trzeba wydać pięć milionów. A gdy masz taki przeskok z dwóch do pięciu, pojawiają się znaki zapytania, czy to wszystko ma sens.

Macie zapłacone premie za mistrzostwo?
Nie.

Nawet częściowo?
Ani za mistrzostwo, ani nie dostaliśmy premii za zwycięstwa w lidze…

… z tamtego sezonu?
Tak jest.

A kontrakty?
Mamy zapłaconą pensję za styczeń. I to jest nasz atut, jako drużyny – nie chodzimy co chwilę do prezesa, by płakać o zaległe pieniądze. Oczywiście, pytania się pojawiają, bo mamy też jakieś granice… To trudna sytuacja. Widzicie, rozmawiamy o finansach… Drużyny, które dbają o najwięcej detali, odnoszą największe sukcesy. Z nami było tak samo. Odnieśliśmy sukces, m.in. dlatego, że na mecze do Warszawy i Gdańska lataliśmy samolotami. Nie mówię, że to miało bezpośredni wpływ i że to był czynnik decydujący, bo to tylko przykład, ale podróż została skrócona, a to wszystko przekłada się na nasze występy. To dbałość o szczegóły. W sezonie mistrzowskim wszystko było zapięte na ostatni guzik… Cała sztuka tak zorganizować klub, by piłkarz koncentrował się tylko na grze i treningach.

Wtedy wydawało się, że profesjonalizacja się zbliża, ale minęło trochę czasu, a kapitalny, wydawało się, stadion zaczął przynosić straty, a sponsor domaga się zwrotu pieniędzy za dziurę w ziemi.
Powiem wam szczerze, że mnie, jako zawodnika, w ogóle nie interesowało, jaki będzie sponsor…

… ale nazwisko Solorz to jakaś gwarancja, która robi wrażenie.
Ogromne, oczywiście! Ale jak już się koncentrujesz na osiągnięciu sukcesu, to masz tak wiele na głowie… Myślałem po prostu, że będzie dobrze. Ł»e marka Śląska Wrocław zostanie rozbudowana na tak długo, że będziemy mogli siłować się na rękę choćby z Legią. W długim dystansie.

Atmosfera wokół was – niezależnie od miejsca w tabeli – jest taka sobie, ale z drugiej strony trzeba przyznać, że wyrośliście na żywe legendy klubu, który ma tyle mistrzostw, co kot napłakał. Nie macie przekonania, że za dwadzieścia lat ktoś powinien was witać kwiatami, a nie – jak dzisiaj – krzywymi spojrzeniami?
Jak patrzę na Darka Sztylkę, to nie wiem czy będą nas witać kwiatami… Kupę lat w klubie spędził, był z tą drużyną w trzeciej lidze, a dziś nie wykorzystuje się go w Śląsku w żadnej postaci.

A chciałby?
Oczywiście! To pewnie było jego marzenie. Tyle zdrowia oddał dla klubu, tyle sukcesów odniósłâ€¦ Na pewno chciał, to byłoby zrozumiałe. Tak postępują największe kluby na świecie, a w Polsce Legia. Otaczają się ludźmi identyfikującymi się z klubem. A u nas, jak jesteś w klubie przez cztery-pięć lat, to zaczynasz wysłuchiwać, że coś za długo tu siedzisz, pojawiają się pytania, czy „nie za dobrze ci jest?”. I to jest smutne, bo zaczynasz być wrogiem, a nie sprzymierzeńcem.

Powiedziałeś o Legii… Gdy grałeś w Płocku, powiedziałeś, że pod koszulkę meczową zakładałeś trykot Legii, twoja siostra mieszka w Warszawie, sam tu bywasz i… strasznie zepsułeś swoje relacje z tym miastem.
Na temat tej koszulki nie będę się wypowiadałâ€¦

… ale była.
(śmiech) Siostra mieszka całe życie w Warszawie, zawsze tu przyjeżdżałem do cioci na wakacje, chrześniak uwielbia Legię, stąd jest, ma cały zeszyt w barwach klubu z Łazienkowskiej. I trudno mu się dziwić. Moja narzeczona też jest z Warszawy i wszystko wskazuje, że są dwa miejsca, w których mógłbym mieszkać – Gdańsk albo Warszawa – i cokolwiek by się działo, to miasto zawsze będzie mi towarzyszyło.

Sam się śmiejesz ze swojego zachowania, bo było idiotyczne.
Idiotyczne to mało powiedziane! Najzwyczajniej się tego wstydzę i nigdy tego nie ukrywałem.

Na początku, w oświadczeniach trochę jednak ukrywałeś. Powiedzmy, że nie były one najszczęśliwsze. Można było lepiej wybrnąć z tej sytuacji.
Słuchajcie, mam trzydzieści lat i wiecie, ile jeszcze głupot w życiu narobię?! Każdy narobi! Człowiek nie jest nieomylny… Zrobiliśmy, jak zrobiliśmy, sam wziąłem w tym udział i strasznie tego żałuję. Jest mi głupio i wielokrotnie przepraszałem kibiców i piłkarzy. Zapłaciłem za to karę czterech meczów i dwudziestu tysięcy. Najwięcej z całej drużyny – nie wiem dlaczego i jak to było proporcjonowane. Może dlatego, że mam ładny głos? Naprawdę poniosłem ogromną karę i tyle. Błędów popełnię jeszcze mnóstwo, ale takiego na pewno nie. Ten temat jest dla mnie zamknięty.

OK, wróćmy do Śląska Wrocław. W pewnym momencie do waszego zespołu wrzucono kilka kwaśnych jabłek, i nie mówimy tu o dwóch jabłkach podobnych do siebie…
(śmiech).

… tylko o większej liczbie. Też tak to odbierałeś, że do drużyny trafiają hamulcowi, z którym nie będzie ci po drodze?
Obserwuję tę drużynę od wewnątrz i czasem muszę poszukać mniejszego zła. Niełatwo jest podjąć decyzję, gdy masz dwudziestu kilku facetów i prawdopodobnie każdy uważa, że jest najlepszy. Każdy też ma inny charakter, inne przyzwyczajenia, inne upodobania. Jeden pije piwo, drugi jest abstynentem, jeden ma postawić dla całej drużyny, ale nie wszyscy piją, następny chce iść na sushi, ale nie wszyscy je lubią, jedni chcą kupić z pieniędzy uzbieranych z kar ekspres do kawy, ale nie każdy ją lubi… To są niby drobnostki, ale wpływają na codziennie życie drużyny.

* * *

Do stolika podchodzi Marcin Ł»ewłakow, wita się z nami, a po chwili zagaduje go przypadkowo napotkana kobieta. – Przepraszam, mogę prosić o zdjęcie?
– Zdjęcie czego? Spodni?

* * *

O czym mówiliśmy? Aha, na tym to właśnie polega, że z jednym dogadujesz się łatwiej, z drugim trudniej, ale to nie znaczy, że nie można dojść do kompromisu.

U was o te kompromisy było ciężko.
Ciężko. Nie mówię, że było łatwo. Ale jechaliśmy na tym samym wózku.

A nie było tak, że twoja pozycja słabła i nie byłeś w stanie…
Nie, moja pozycja nigdy nie była słaba.

Nie mówimy, że była słaba, tylko że słabła.
Nie, nie, nie. Nigdy nie słabła. Albo jestem kapitanem, albo nie. Nie będę się z nikim ścigał – zupełnie mnie to nie interesuje. Dobro drużyny jest dla mnie najważniejsze. A jeżeli ona nie będzie tego akceptować, to najzwyczajniej bym się na kapitana nie nadawał.

Z czego to wynika, że jedynym obcokrajowcem, który się u was sprawdził, nie licząc bramkarza Kelemena, był Elsner? Oni są po prostu tak słabi czy to kwestia natury mentalnej i porozumienia się z wami? Tworzycie tak zbitą paczkę, że komukolwiek z zewnątrz trudno się do niej dostać?
Ci obcokrajowcy mają naprawdę spory potencjał, ale ciężko im po prostu go sprzedać. I tyle… Taki jest futbol. Każdy gra na swój rachunek, ale na koniec najważniejsze, żeby drużyna odniosła maksymalną korzyść. Z tym różnie bywa. Gdy przychodziłem do Śląska, to było chyba z dwóch zagranicznych piłkarzy. Potem zaczęło się to zmieniać i było ich trzech-czterech, czyli wciąż bardzo mało jak na nasze realia. Teraz też dominują Polacy.

Jest w tym jednak jakaś prawidłowość. Stevanović gra fatalnie, Diaz przepadł, Voskamp nie istnieje, Mraza odpalono, nawet Elsner wylądował na ławce.
I jeszcze Spahić… Trudno mi się wypowiadać, jakie są bezpośrednie przyczyny. Nie mogę mówić za nich, bo wiem, że trenują bardzo ciężko i żaden z nich nie ma swoich obowiązków serdecznie w dupie, ale… nie twierdzę, że nie macie racji. Czytam waszą stronę bardzo często, bo nieraz poprawiacie mi humor, ale weźmy tego Stevanovicia. Uwierzcie – to bardzo dobry piłkarz. Wiem, że trudno…

No, trudno w to uwierzyć.
… trudno mi kogoś przekonać, na pewno. Ale to mega profesjonalista, który ciężko pracuje, bardzo poważnie traktuje swój zawód i ma niesamowite umiejętności.

Na czym one polegają? Bo nas by szlag trafił, gdybyśmy mieli grać obok niego.
Grał w niezłych klubach…

Ile lat temu?
No tak (śmiech). Hmm… Ma dobrego passa, umie utrzymać się przy piłce i potrafi dobrze uderzyć.

Sebastian, facet gra półtora roku bez gola i asysty!
Zdaję sobie z tego sprawę…

Ile miałeś w tym czasie asyst?
Trudno mi z wami polemizować, bo nie mam argumentów na jego obronę, jeśli chodzi o statystyki. Mogę tylko wam powiedzieć o tym, co widzę na treningach.

To może to treningowy piłkarz?
Istnieje taka możliwość.

A w meczu gra ci się z nim dobrze?
Graliśmy parę sparingów na Cyprze i wtedy…

Mówimy o poważnych meczach.
A wy swoje! (śmiech) Ostatnio nam się dobrze grało. W Świnoujściu.

(śmiech)
(śmiech)

No jak w Świnoujściu wam się dobrze grało, to super. Chyba się do gościa przekonamy.
Może nie grałem z nim w podstawowym składzie dość często? Przez półtora roku graliśmy ze sobą z dziesięć razy od pierwszej minuty.

Stevanović wydaje się leniwy, ale wszelkie rekordy pod tym względem bije Diaz. Dla ciebie też to musi być frustrujące, kiedy zawodnik nie wychodzi do twoich podań ani nawet nie szuka gry.
To prawda. Ale potencjał ma niesamowity i niewielu spotkalibyście piłkarzy z takim wykończeniem. Pod tym względem jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym, z piłkarzy naszej drużyny. Każde jego uderzenie jest przemyślane. To inteligentny piłkarz, wie jak chce strzelić, nie wali „z partyzanta”. Nie wiem, czy to, że nie zdobywa bramek, wynika z naszego stylu czy jego podejścia. Teraz Eric, jako jedyny napastnik, chyba rozumie nas lepiej, wyciąga obrońców, rozszerza pole manewru, daje więcej możliwości zagrania, ustawia się bokiem, szuka sobie miejsca. Zobacz, jak on gra (Sebastian wstaje i demonstuje). Podchodzi do ciebie, nie dostaje piłki, ale nie zatrzymuje się! Idzie dalej, nie dostaje piłki, wychodzi, nie dostaje, idzie na długą piłkę… Ciągły ruch, ale nie bezmyślny, tylko wytrenowany. To nie bierze się z niczego! Facet rozegrał dwieście meczów w lidze francuskiej! Lubię tego typu napastników, a wbrew pozorom, nie jest tak łatwo wyjść na pozycję do podania. Przez to wielu traci swoje atuty i zamiast stać się gwiazdami, są przeciętnymi piłkarzami. Może to banalne, ale chodzi o nawyki. Ktoś powie: „dobry piłkarz, ale nie potrafi wychodzić na pozycję”. „Jak to nie potrafi? Przecież to takie proste”.

A Diaz nie potrafi, to fakt. I nawet nie próbuje. Gdybyśmy byli obrońcami, chcielibyśmy na niego grać. Człowiek się nie nabiega.
Eric za to szuka możliwości otrzymania piłki. To jego niewątpliwy atut.

Gdy oglądasz powtórki meczów Śląska lub słynne wideo ze spacerującym Stevanoviciem, to nie czujesz się tak po ludzku podirytowany, że twoi koledzy pozorują pracę?
Nie, bo w tym, co mówię na ich temat, nie jestem do końca obiektywny. Nie znajduję się po tej stronie co wy i nigdy nie będę ich postawy odbierał w ten sposób.

Słowa słowami, ale widzimy jak się wijesz. Wyczuwamy po rozmowie z tobą, że pod wieloma względami się zgadzasz, tylko nie chcesz tego głośno przyznać. Chcemy porozmawiać o cechach Diaza, a od razu schodzisz na Mouloungiego. To nie jest przypadek. Chyba bliżej jest naszym stanowiskom, niż byś tego chciał.
Powiem tak… Pamiętam doskonale siebie z Austrii Wiedeń. Wszyscy powtarzali, że w wieku 22 lat mam niesamowity potencjał, mogę zrobić świetną karierę, tylko czegoś tam jednak brakuje. Kiedy dostawałem szanse, nie wykorzystywałem ich. Austriaków przestawał ten mój potencjał interesować, bo po prostu się nie nadawałem w trakcie tych konkretnych minut, które dawał mi trener. Dziś widzę, że bardziej tam mentalnie przegrałem, jako człowiek. Wydawało mi się, że coś mi się należy za darmo, a życie bardzo szybko zweryfikowało, że jednak nie dam rady. Czy to podobne przypadki? Nie wiem. Głośno myślę.

A może poziom ekstraklasy jest tak niski, że tym piłkarzom wydaje się, iż nie muszą się starać na boisku? A w trakcie meczów okazuje się co innego…
Nie wiem, czy tak podchodzą. Gra w Ekstraklasie to wbrew pozorom trudne zadanie. Tutaj wcale nie jest tak łatwo się wypromować. Jak weźmiecie ostatnich dziesięć lat, to – może się mylę – ale ilu obcokrajowców się wybiło? Z pięciu?

Trudno, żeby się wybili, skoro tu głównie przyjeżdżały pierdoły.
To już nie nasza wina. W każdym razie wszyscy powtarzają, że nasza liga jest słaba, a ja nie twierdzę, że jest super, ale też nie powiem, że jest aż tak beznadziejnie!

Naszym zdaniem grasz w gorszym zespole niż Groclin sprzed lat.
Tam mieliśmy wybitną drużynę.

A nie zdobyliście mistrzostwa, co pokazuje, że poziom ligi jest coraz niższy.
Kurde, ale wtedy ta Wisła… Nie mogliśmy się do niej zbliżyć! „Franek”, „Ł»uraw”, „Szymek”, „Kosa”, Uche, Głowacki…

Też mieliście kim straszyć.
Faktycznie, bo grać z takimi napastnikami jak Niedzielan czy Rasiak, to daj Boże zdrowie. Na bokach „Zajączek”, Piotrek Piechniak, w środku „Wieszczu” i „Sobol”, z tyłu Kriżanac, w ataku Niedzielan i Rasiak.

Spodziewałeś się, że Kriżanac zrobi z was największą karierę?
Były takie przesłanki.

Nie prowadził się najlepiej z waszej ekipy.
Futbol nie polega tylko na tym (śmiech). Ale może z tego powodu nie przeskoczył pewnego pułapu, a w rzeczywistości było go stać na grę w Manchesterze United, jak Vidić?

Tak go oceniałeś?
Naprawdę, był niesamowicie dobry. Ale wtedy też nie miałem takiej wizji, skali porównawczej, w zasadzie Manchester to była dla mnie drużyna z telewizji lub plakatu. Dopiero później, w reprezentacji i Austrii, złapałem styczność z tak poważnym futbolem. Pamiętam, że najtrudniej mi się grało przeciwko Lampardowi i Gerrardowi. Mieli tak mocne passy i – co najfajniejsze – każdym przyjęciem nastawiali się w kierunku akcji. Piłka nie skakała im pod nogą i od początku, jeszcze przed przyjęciem, wiedzieli, co zrobią. I przy tym byli bardzo silni fizycznie… Terry! Ten to był mocny! Jak przypadkiem mnie trafił kolanem, to myślałem, że mam wstrząs mózgu!

Wróćmy do rozmowy o Śląsku… Dlaczego twoim zdaniem Diaz i Voskamp przepadli?
Bo – wydaje mi się – że ta drużyna potrzebuje zawodników, którzy są cierpliwi i na boisku mogą poczekać na swoją szansę. Trzeba dostosować się do taktyki – to „clue” całego przekleństwa naszych napastników. Potrzebujemy zawodników, którzy realizują założenia, czekają na piłkę, kiedy trzeba na nią czekać, w odpowiednim miejscu. Wtedy łatwiej będzie nie tylko pomocnikom, ale też obrońcom, bo oni, wiedząc, że mogą wybić do przodu, będą zdawać sobie sprawę, że napastnik nie odpuści walki o piłkę ani na chwilę.

Pytaliśmy o Diaza i Voskampa. O Gikiewicza nie pytamy, bo nie potrafi grać w piłkę.
(śmiech)

Ale możesz go obronić, jeżeli masz ochotę.
Utrzymać się przy piłce umie i w ostatnim czasie zrobił postęp.

Wasze sprawy są wyjaśnione?
Od razu je wyjaśniłem. Przedstawiłem sprawę jasno.

W sensie negatywnym dla Gikiewicza. Powiedziałeś, że popełnił niewybaczalny grzech.
Ale to było moje zdanie.

I nie ulega ono zmianie.
Absolutnie nie. I przez to pewnie jakiś topór nade mną wisi.

W jednym pokoju nie śpicie.
Nie zanosi się na to. Ale relacje są poprawne.

„Poprawne” to nie brzmi dobrze, gdy mówimy o relacjach między kapitanem a zawodnikiem.
Ale nawet nie muszą być inne!

Ale czujesz dyskomfort w towarzystwie Gikiewiczów?
Nie. Ale jak jesteś lubiany przez wszystkich, to nie jesteś lubiany przez nikogo. Chcę, żeby drużyna wiedziała o jednym – niezależnie od tego, czy kogoś lubię, wszyscy mają wiedzieć, że stoję za drużyną i mogą na mnie liczyć. Może was to nudzi, ale po to chcę być kapitanem. Każdemu mogę doradzić, jeśli się do mnie zgłosi z problemem. Gikiewiczowi też.

To trochę banały. Jeżeli kogoś nie lubisz, to nie będziesz w stanie tego do końca ukryć. Wtedy ta osoba nie przyjdzie do ciebie z żadną sprawą.
To już jej problem. Ja stwarzam taką możliwość.

Czyli pewne błędy są nie do naprawienia?
Oczywiście, że tak! Ja popełniłem błąd ze śpiewaniem, a ktośâ€¦ Każdy może się w życiu zagalopować.

Nikt nigdy do końca o tym nie powiedział… Jak ty odebrałeś zachowanie Gikiewicza kablującego na Mraza – jako perfidię czy głupotę?
Bardziej głupotę.

A nie czułeś się głupio, że musiałeś bronić – jak rozumiemy – nietrzeźwego piłkarza?
To było trudne, ale mnie się też za to oberwało. Ale powiem wam jedną rzecz… Nie żałuję ani jednego słowa, które wypowiedziałem w tym temacie. Ł»adnego. Tak byłem wychowany.

Pewne zasady w szatni obowiązująâ€¦
… bez względu na wszystko. I nie tylko w szatni, ale ogólnie w życiu! Dla mnie nawet na podwórku były one normalne.

Mraz miał problem z alkoholem czy to był pojedynczy wyskok?
Jeżeli ktoś uważa, że Mraz miał problem z alkoholem, to dotyczy on dziewięćdziesięciu procent piłkarzy na świecie. Oczywiście, doszło do pewnego ekscesu, Patrik mógł być bardziej powściągliwy, ale na pewno nie był pijany.

Mówiąc krótko – był wczorajszy.
Mnie akurat wtedy nie było.

No dobra, ale znasz sprawę doskonale.
Znam, ale nawet gdybym wiedziałâ€¦

Umówmy się – nie jest niczym niecodziennym w piłce spotkać zawodnika po imprezie.
W życiu, nie tylko w piłce! Nie zawsze ktoś na drugi dzień jest wyspany. Nie popieram oczywiście picia alkoholu przez moich kolegów, bo chcę kolekcjonować kolejne medale i być kojarzonym z sukcesami, ale w tej sprawie nie broniłem żadnego alkoholika ani pijaka!

Obrona zasad?
Dokładnie. I tyle.

Kolejna sprawa, która nie została przez nas dobrze przyjęta – choć może wy macie inne zdanie – to współpraca z trenerem Lenczykiem, który – jak wiadomo – jest specyficzną osobą, ale w pewnym momencie zaczęto go przedstawiać w takim świetle jakby był największym złem Śląska ostatnich dziesięciu lat. Mamy wrażenie, że za jakiś czas będzie wam bardzo głupio z tego powodu.
Mnie nie, bo ja go nie krytykowałem. Niech każdy indywidualnie do tego podejdzie.

Czytałeś wypowiedzi kolegów, wpisy na Facebooku Ćwielonga, że Lenczyk to pan od WF-u i tak dalej.
Nie odpowiadam za nich, to ich prywatna sprawa.

Ale czułeś, że to nie w porządku.
To ogólnie nie był łatwy okres dla nas. Sam od trenera oberwałem parę razy, co zresztą było nagrane na Weszło. Mam na myśli te taśmy z urzędu miasta…

Nie uważasz, że trener ma prawo do krytykowania piłkarzy?
Oczywiście, że ma, ale my też powinniśmy to usłyszeć z jego ust.

Moglibyście, ale nie musieliście.
Ale czy miał aż takie prawo?

Każdy szef w rozmowie z drugim szefem rzuci ostre zdanie na temat któregoś z pracowników, tak jak wy – dyskutując we własnym gronie – skrytykujecie kolegę jeszcze ostrzej niż Lenczyk wtedy was. Dlatego, naszym zdaniem, zareagowaliście jak małe obrażone dzieci.
Wiecie co… (kilkanaście sekund ciszy) Między trenerem a drużyną buduje się jakaś relacja. Jeżeli wasz przełożony powie o was, że jesteście nieudacznikami i nadajecie się do tygodnika z małej miejscowości, a nie do pisania w Weszło, to w jakiejś konkretnej sytuacji będziecie o tym pamiętali. Z szefem to jest tak: ty jesteś uzależniony od niego, ale często też on od ciebie. Nie ma tak, że ktoś cię obrazi i potem wymazujesz to z głowy, wszystko jest w porządku.

A nie sądzisz, że w szatni Manchesteru, przy Fergusonie, takie rzeczy są na porządku dziennym?
Ferguson nie mówi chyba takich rzeczy…

Nawet podczas „suszarki”?
Ale mówi to do nich, w twarz! A nie, że idzie na górę, by opowiedzieć komuś innemu.

Lenczyk nie budował jednak z wami relacji kolega-kolega. Wtedy moglibyście się poczuć bardziej dotknięci. I szczerze mówiąc nie spodziewaliśmy się po nim innego postrzegania was – to taki człowiek. Po każdym jego zachowaniu widać, że piłkarzy ma za durniów.
Tak. Nie wiem… Trudne to do oceny… Po prostu coś pękło i udzieliło się to całej drużynie. To był trudny moment, wtedy przyszli też do nas kibice… Ale ja złego słowa na trenera Lenczyka nie powiem. Miałem z nim trudne relacje i jako kapitan, i jako człowiek, ale dzięki niemu osiągnąłem swój życiowy sukces w Polsce. Mistrzostwo było moim marzeniem i wielokrotnie dziękowałem trenerowi, gdy odbierałem nagrodę „Piłki Nożnej” lub nominowano mnie do jedenastki Ekstraklasy. Często nie zgadzałem się z jego opiniami, ale je akceptowałem, bo jeżeli trenerowi nie zaufasz, to nie będzie ci się dobrze grało.

Na czym to polega, że na bazie – waszym zdaniem – jego głupawych treningów zdobyliście mistrzostwo?
Nie umiem tego wytłumaczyć. Może trener potrafił pobudzić elementy, nad którymi nigdy wcześniej nie pracowaliśmy? Nigdy wcześniej takich treningów nie miałem, ale potem się z nimi pogodziłem i nie sprawiały mi większego problemu, a momentami bywało nawet śmiesznie. Często wracamy do tego myślami…

Wspominacie Lenczyka z coraz większą sympatią?
Myślę, że tak będzie. To inteligentny człowiek, a tacy mają dużo do powiedzenia.

Tobie też dogryzał?
Jasne. „Wrócisz do Koszalina”. Miał takie swoje powiedzenia, ale chyba z racji wieku podchodziłem do tego z humorem. Wiele rzeczy bardziej mnie śmieszyło niż denerwowało.

Po tych podsłuchanych rozmowach Lenczyka, założenia taktyczne ustalał trener czy zdarzało wam się robić to w swoim gronie?
Tego nie mogę powiedzieć.

To już jest odpowiedź.
To nasze wewnętrzne sprawy, o których nie mogę mówić.

Porozmawiajmy o trenerze Levym. Sam powiedziałeś, że czytasz Weszło…
(wybuch śmiechu)

To chyba niełatwa sytuacja dla trenera – stanąć przed ludźmi, którzy naczytali się wiadomo jakich komentarzy i mają ich pewnie w swoich głowach z pięćdziesiąt. A jak dołożymy do tego język czeski…
Wiecie co? Z drugiej strony, każdy z nas czyta różne rzeczy na swój temat. Ja na Prima Aprilis byłem Waldkiem Kiepskim. Ale naprawdę – to dla mnie tylko dodatek do piękna futbolu.

A potrafisz oddzielić internetowego Stanislava Levego od tego, który wchodzi do szatni?
Ja akurat potrafię. Radzę sobie z tym. Poza tym trener ma do siebie duży dystans.

Czyta te komentarze?
Nie sądzę. Ale jest bardzo życiowy, grał w piłkę i kiedy z nami rozmawia, opowiada bardzo fajne historie, jak to było w jego czasach. To facet o twardej ręce! Jest szefem i musisz przy nim wiedzieć, że nawet gdy relacja jest bardzo fajna…

… Cały czas się śmiejesz.
Bo ja go bardzo lubię, wam powiem (śmiech). Dlatego bardzo mnie zabolało, gdy ktoś powiedział, że mam konflikt z trenerem Levym. To mój typ trenera – wymagający, ale z poczuciem humoru. Bo jak będzie za luźno, to ani on nie będzie od ciebie wymagał, ani ty nie zrobisz postępu i będzie stagnacja, dupa. A na to nie ma czasu.

Ale znasz te wszystkie hasła w stylu „szamotanina”, „lokal socjalny”, „ekskrementy”, „fioletowa ambrozja”.
Tak, tak. Poza tym odprawy taktyczne mamy w języku czeskim i zdarza nam się podśmiechiwać.

Ale to nie ty piszesz te komentarze?
Nie! (śmiech) Ale to chyba dobre, bo możesz się rozluźnić. Wiecie, jakie prowadzimy życie… Piłka, mecze, treningi, wywiady, żona, dzieci – wszystko OK, ale czasem szukasz odskoczni, czegoś na miejscu, natychmiast. Nawet czegoś prostego.

Powiedziałeś „akurat ja umiem się od tego odciąć”, co zabrzmiało tak, jakbyś znał przynajmniej jednego, który nie umie. Bez nazwisk – znasz takich?
Oczywiście, że znam! Wielu chłopaków cytuje różne rzeczy (śmiech). Ale nikt nie przekracza granicy, a to najważniejsze.

Ostatni punkt sporny związany z twoją osobą to twoje relacje z Franciszkiem Smudą. Trochę byliśmy zniesmaczeni tym, jak bardzo chciałeś być dla niego miły, mimo że ten bardzo długo kompletnie cię nie poważał. Nie masz wrażenia, że trochę przesadzałeś?
Nie, a wiecie dlaczego? Bo mógł mnie nie powołać ani razu! Nie musiał się uginać, bo nie jestem ani Błaszczykowskim, ani Lewandowskim, ani Piszczkiem, żeby ktoś płakał, gdyby nie było mnie w kadrze. Nie było głosów, że Mila zbawi reprezentację. Gdyby mnie nie powołał, nic by się nie stało. Daję sobie łeb uciąć, że nikt by się na temat nie zająknął.

Często mówiło się o twoim braku.
Często, ale…

… ale nie było tak, że nie wszedłeś do kadry na swoich zasadach, tylko na kolanach?
Powiedziałem, że Smuda ma jaja, bo mógł mnie nie powołać, a powołał. Najzwyczajniej w świecie mnie nie lubił, opowiadał, że jako piłkarz mu nie pasuję, a powołując mnie na mecz, zyskał w moich oczach bardzo wiele. Dlatego powiedziałem, że ma mój szacunek, ale nigdy nie stwierdziłem, że to mój ulubiony trener.

To było cukierkowe z twojej strony.
Może tak to zostało odebrane, ale ja to traktowałem bardziej emocjonalnie. Na zasadzie: „nie mógł, a zrobił”. Nie wiem, czy Smuda czytał gazety – nie mówiłem tego wszystkiego licząc, że Smuda natrafi na wywiady ze mną. Generalnie nie przywiązywałem się do tej kadry za bardzo, wiedziałem, że to tylko epizod, epizodzik i że zaraz mnie nie będzie… Jak pojechałem na Portugalię i mieliśmy mierzenie garniturów, to nawet tam nie poszedłem!

Ale takie mierzenie jak w hotelu w Poznaniu?
Nie! (śmiech)

A już myśleliśmy, że to stały element kadry.
Nie, nie, mieliśmy normalne mierzenie garniturów, które miało trwać do 17.00. Oczywiście odpuściłem, bo na co mi garnitur kadry, skoro ja tam byłem tylko przelotem? Poszedłem spać. O 16.55 dostałem telefon, że zostałem tylko ja. Mówię Tomkowi Rząsie: „Dajcie spokój”. Ale poszedłem, zmierzyłem garnitur i tyle, choć zdawałem sobie sprawę – bo głupcem nie jestem – ze skali trudności w reprezentacji. Co oczywiście nie oznacza, że nie sprawdzałem powołań, bo zawsze tliła się nadzieja, że może komuś wymsknie się moje nazwisko. W przeciwnym razie oznaczałoby to, że minęła mi adrenalina i zacięcie.

Dziś chyba można stwierdzić, że to było twoje ostatnie powołanie.
Istnieje taka możliwość. Jak są lepsi – niech grają.

Miałeś jakikolwiek kontakt z Fornalikiem?
Tylko na gali „Piłki Nożnej”, minęliśmy się.

No to nie za duży ten wasz kontakt.
No tak. Ale wiecie dlaczego chcę wciąż marzyć o reprezentacji? Bo to największy zaszczyt dla piłkarza! Znacie większy?

Daj spokój, aktualnie grasz gorzej niż za kadencji Smudy.
OK, zgadza się, ale tak w ogóle to komu byście wysyłali powołania: najstarszym czy najmłodszym?

Najlepszym.
Czyli mam szanse.

Aktualnie nie za duże.
Aktualnie to akurat spore.

Spore?!
W tym tygodniu tak, ale dwa tygodnie temu nie załapałbym się pewnie nawet do setki.

Teraz nagle poczułeś taki przyrost formy?
Uspokójcie się w końcu! (śmiech) To prawda, że mi forma skoczyła. Gra mi się zdecydowanie lepiej. Mecz z Zabrzem trochę mnie rozruszał.

To co… Po sezonie Lechia?
Tego nie wiem.

Wiele czynników na to się składa. Jest trener, który cię prowadził, klub, którego opaskę wciąż nosisz na ręce…
Tam zaczynałem i fajnie byłoby tam skończyć, a czy się uda – trudno powiedzieć. Tak wiele czynników na to wpływa, że nie jestem w stanie określić, jak potoczy się moja przyszłość.

Rozmawiali KRZYSZTOF STANOWSKI i TOMASZ ĆWIÄ„KAفA

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama
Reklama