Trudno oczekiwać, by cokolwiek teraz mogło się zmienić. Łódzki Klub Sportowy nie potrafił dogadać się z wierzycielami przez kilka miesięcy, więc ostateczny, nieprzekraczalny termin 20 kwietnia będzie jednocześnie datą końca przygody ŁKS-u z pierwszą ligą. Jednocześnie zamknięciem etapu ciągnącego się tak naprawdę od momentu pozbawienia licencji w 2009 roku. Szukanie bezpośrednich przyczyn, czy pastwienie się nad aktualnymi włodarzami klubu nie ma raczej sensu, podobnie jak rozdzieranie szat i kolejna spontaniczna zbiórka pieniędzy, by jakoś dograć tę rundę do końca.
Warto jednak poszukać jakichś głębszych nauczek, które ŁKS funduje całej piłkarskiej Polsce. Po pierwsze – spłacanie kredytów kredytami, nawarstwienie zadłużeń, życie ponad stan poprzez ustalanie nierealnych do spłacenia wysokości kontraktów – ile klubów w kraju stosuje tego typu rozwiązania? Ile klubów zmusza piłkarzy do rozwiązywania umów za porozumieniem stron w zamian za zrzeczenie się zaległych wynagrodzeń? Ile spośród nich mogłoby w tym momencie zająć pozycję ŁKS-u, gdyby zawodnicy, zamiast zgadzać się na ten osobliwy układ, zgłaszali kolejne wnioski do PZPN-u?
To chyba znak, że najwyższy czas… zacząć płacić na czas. Piłkarze nie mogą dłużej być traktowani, jako popychadła, które powinny cieszyć się, że dostały jakąkolwiek część wypłaty i premie z poprzednich lat. Ilu z nich wciąż czeka na pieniądze z 2012 roku? Ilu na te jeszcze z sezonu 2011/12? I ilu z nich mogłoby otrzymać należną im kasę, gdyby tylko wiedziało w jaki sposób się o nią upomnieć? W sprawie ŁKS-u PZPN pokazuje jasno – jesteśmy po stronie zawodników. Inna sprawa, że zawieszona licencja łodzian może być skutecznym straszakiem, by kluby znajdowały pieniądze o wiele szybciej, może nawet natychmiast po złożonym przez piłkarza wniosku. A nade wszystko – casus łodzian powinien zostać z tyłu głowy u każdego prezesa podpisującego wysoki kontrakt z zawodnikiem. Czy mnie na to stać? Czy on jest tego warty? Czy naprawdę mój zespół nie obędzie się bez wsparcia zarabiającego x-tysięcy złotych napastnika, który w ostatnich pięciu sezonach zdobył osiem goli? Filip Kenig, Jakub Urbanowicz i reszta osób podpisujących umowy w ŁKS-ie nie miała tego typu przemyśleń i bez zastanowienia ściągnęła sobie Macieja Bykowskiego, gościa, który od 2007 roku miał więcej klubów (cztery), niż goli (trzy).
Druga sprawa: powrót dyskusji o systemie spadochronowego finansowania. Nie będziemy się powtarzać, pisaliśmy o tym obszernie W TYM MIEJSCU.
Nie wspominamy już o takich banałach, jak ślepa wiara w hasło „jakoś to będzie”, tudzież mitycznych inwestorów nadlatujących z Dubaju, Francji, Korei Południowej i Tadżykistanu. Nie, oni tu nie dotrą, a wieczne oczekiwanie na Godota z workiem pełnym pieniędzy kończy się spektakularnym upadkiem.
ŁKS umiera, pewnie zacznie od nowa, od czwartej ligi, ze sternikami, którzy wyciągną wnioski z katastrofy Łodzi właśnie dobijającej do dna. Miejmy nadzieję, że na błędach Keniga, Urbanowicza, a wcześniej Goszczyńskiego czy innych działaczy próbujących postawić ŁKS na nogi, uczyć się będą nie tylko w Łodzi.