Mecz Ekstraklasy może obejrzeć fanatyk. Niedzielny turysta (prawie) bez szans

redakcja

Autor:redakcja

15 sierpnia 2012, 11:00 • 3 min czytania

Wszędzie na świecie, w zdecydowanej większości poważnych klubów, przypadkowy, niedzielny kibic może kupić sobie bilet i ot tak wejść na stadion. Jednorazowo. W zdecydowanej większości dostanie możliwość rezerwacji internetowej albo przynajmniej telefonicznej, zapłaci kartą kredytową, a po kilku dniach kurier przyniesie mu wejściówki do domu. Na mecze Barcelony przychodzą / przyjeżdżają / przylatują ludzie z całego świata, często nawet zwykli turyści – między zwiedzaniem katedry Sagrada Familia a spacerem po Parku Gaudiego. I nie ma w tym nic złego. Przeciwnie, to oni napychają klubowe kasy, kupując pamiątki i te nieszczęsne bilety. Włączają internet, sprawdzają ceny i po trzech kliknięciach sprawa jest załatwiona.
W Polsce, oczywiście, się nie da.

Mecz Ekstraklasy może obejrzeć fanatyk. Niedzielny turysta (prawie) bez szans
Reklama

Sport.pl informuje dziś, że Wisła Kraków jest JEDYNYM klubem Ekstraklasy, który nie wprowadził jeszcze internetowej sprzedaży biletów. Pisaliśmy o tym w grudniu poprzedniego roku (kliknij TUTAJ). Miała to zrobić jeszcze w rundzie jesiennej sezonu 2011/2012, ale nie zrobiła do teraz. Pomimo frekwencji na poziomie 16 tysięcy kibiców, czyli przy połowie zapełnienia stadionu. Kiedy oficjalna strona Wisły przeprowadziła ankietę, 87% głosujących odpowiedziało, że kupowałoby bilety za pośrednictwem sieci, a 69% osób wybierałoby tę opcję za każdym razem. Niestety, to ciągle niemożliwe.

Jak sprawa wygląda w innych klubach? W Koronie, Jagiellonii, Górniku, Bełchatowie – wszędzie to samo. Wchodzimy na specjalną platformę, najpierw musimy się zarejestrować, później aktywować konto użytkownika, zalogować i wreszcie nabyć wejściówkę. Większość klubów nie wysyła ich do domu kupującego (jednym z wyjątków jest Widzew), tylko prosi o odbiór w kasach stadionu.

Reklama

Można? Można. Choć pominęliśmy jeden bardzo istotny szczegół – kartę kibica.

Człowiek, który przyjeżdża do Krakowa / Warszawy / Wrocławia i chce przy okazji, spontanicznie obejrzeć mecz Ekstraklasy, najczęściej nie może tego zrobić, bo żeby kupić bilet – nieważne w jakiej formie, czy w kasie czy w sieci – musi mieć te plastikową plakietkę, spełniającą ustawowe wymogi. I albo zdąży ją wyrobić, płacąc 15-20 złotych za jedną, albo nie zdąży i na stadion nie wejdzie. Oczywiście, karta nigdy więcej może mu się nie przydać, bo mieszka na drugim końcu Polski i pewnie chciał pójść na ten stadion po raz pierwszy i ostatni w życiu. Ale takie są właśnie przepisy. Można byłoby to jeszcze przeboleć, gdyby nie fakt, że w niektórych klubach, i tu znowu „dobrym” przykładem jest Wisła, karty wyrabia się tylko osobiście. Trzeba udać się do strefy kibica, złożyć uzupełniony wniosek i uiścić opłatę.

Efekt? Niemal w całej Polsce, tłumacząc to sobie względami bezpieczeństwa i koniecznością pełnej identyfikacji kibiców zagwarantowaną w ustawie, nie da się obejrzeć meczu Ekstraklasy jednorazowo, kupując bilet przez internet. Trzeba dołączyć do kolejnego klubu kibica i przejść procedurę prawie jak przy wyrabianiu paszportu. A jeśli ktoś mówi, że to nieważne, bo liczą się fanatycy z karnetami na cały sezon, to niestety bredzi i nie wie, jak funkcjonuje ten biznes.

PAWEف MUZYKA

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama
Reklama