Gdyby Józef Wojciechowski przypadkiem zjawił się we wtorek na stadionie Cracovii, musiałby stwierdzić, że po raz ostatni widział na nim tylu kibiców w 1979. Pisząc całkiem serio – trening Włochów zapełnił obiekt „Pasów” w takim stopniu, jakby co najmniej otwierano go na nowo albo jakby zaraz miał rozpocząć się nieplanowany w terminarzu mecz derbowy z Wisłą. Czy było warto? Kwestia gustu. Najlepiej odpowiedzą sobie ci, którzy odstali parę godzin w niekończących się kolejkach po bilety. Jeśli chcieli, tak zwyczajnie, zobaczyć największe gwiazdy włoskiej piłki i poczuć choć namiastkę atmosfery Euro, dostali to, czego oczekiwali. Jeśli liczyli na jakiekolwiek „fajerwerki”, to od początku byli w błędzie, bo nie przewidziały ich żadne scenariusze.
Zespół Cesare Prandellego wyszedł na boisko niemal prosto z samolotu. Niecałe dwie godziny po tym, jak wylądował na podkrakowskich Balicach. Tym bardziej można było się spodziewać, że zajęcia nie potrwają długo. I faktycznie – kilka przebieżek, mini-gierka na dwie bramki, a potem prosto do hotelu. Finito. I zero emocji.
Mógł podobać się moment, kiedy selekcjoner zarządził grę na jeden kontakt. Nie na dwa, jak to zwykle na treningach: przyjęcie-podanie, przyjęcie-podanie i tak do skutku. Pomimo tego, że każdy z zawodników mógł tylko raz jedyny dotknąć piłkę, gra toczyła się w tempie i z dokładnością nieosiągalną dla wielu zawodników w żadnych okolicznościach. Choćby mieli sobie pomagać rękami.
Włosi mogą być zadowoleni. Wprawdzie nie omijają ich problemy. Obrona się sypie, kolejne urazy stawiają trenerowi znaki zapytania, jednak organizacyjnie mają przygotowany grunt na piątkę. Zastali w Krakowie (a właściwie w Wieliczce) luksusowy hotel, na stadionie murawę, do której nikt nie miał prawa się przyczepić, a kibice zgotowali im gorące przywitanie. Paradoksalnie, największe brawa zebrał ten, wokół którego było ostatnio tak wiele negatywnego szumu i obaw włoskich mediów. Może wyróżniał się fryzurą. Może – co tu dużo mówić – dzięki kolorowi skóry był z dużej odległości najłatwiejszy do zidentyfikowania. A może jak to zwykle w jego przypadku bywa – budził emocje, najwyraźniej odstając od tej 23-osobowej masy uganiających się za piłką. Fakt faktem, właśnie nazwisko Balotellego, jako jedynego z włoskiej ekipy, było na początku – i bez żadnych złośliwości – skandowane z trybun.
Generalnie, trening jakich tysiące, ale skoro się już na niego fatygowaliśmy, powyżej kilkuminutowy filmik. Kto nie mógł się pojawić, dostanie przynajmniej niedoskonałą namiastkę tego, co się działo.
Paweł Muzyka