Tym razem zadaliście Zbigniewowi Bońkowi kilka bardzo aktualnych pytań. Możecie więc przeczytać, co „Zibi” sądzi na temat powołań Smudy, Macieja Skorży, piłkarzy, którym w grze przeszkadzało słońce i… na temat muskulatury obrońcy Cracovii. Zapraszamy do lektury!
Łukasz Sopek: Panie Zbigniewie, co Pan sądzi o Ludovicu Obraniaku? Osobiście uważam, że to najsłabszy punkt naszego wyjściowego składu na EURO. Co prawda dobrze wykonuje stałe fragmenty gry, potrafi nieźle uderzyć z dystansu i czasem ładnie podać, ale jego notoryczne straty, brak zaangażowania i waleczności oraz niechęć do biegania za piłką bardzo mocno mnie irytują.
– Obraniak pod względem technicznym jest na pewno piłkarzem, który w tej kadrze może istnieć. Jednak moje zdanie znacie – chciałbym w reprezentacji Polaków z krwi i kości, a jeśli już mają grać w niej zawodnicy z zewnątrz to wolałbym, aby byli to tacy, którzy stanowią wartość dodatkową. Ł»aden z zawodników naturalizowanych czy „odzyskanych” nie nadaje naszej kadrze tonu. Aktualnie siła tej drużyny tkwi w zawodnikach, którzy urodzili się i wychowali w Polsce… Obraniak skupia się na tym, co podoba się dziennikarzom i kibicom, umie wykonać stały fragment gry, jednak nie jest to tytan pracy. Poza tym bezwzględnie jest to piłkarz, który musi regularnie grać, aby być w formie. Kiedy miał problemy w klubie był cieniem samego siebie.
Majinus: Myśli Pan, że Prandelli na Euro powinien wykorzystać wracające ostatnio w wielkim stylu ustawienie 3-5-2? Juventus ma teraz mocną trójkę stoperów, która świetnie się uzupełnia, jest bogactwo dobrych pomocników w lidze jak Nocerino, De Rossi, Marchisio, Montolivo, Pirlo… Jak Pan w ogóle widzi ustawienie i skład Italii na turniej w Polsce i na Ukrainie?
– Szczerze powiem, że tematem Euro we Włoszech nikt tak bardzo nie żyje. Na razie pozostało kilka dni do zakończenia ligi włoskiej, a sytuacja w niej jest tak zagmatwana, że o niczym innym się nie dyskutuje. Co do Prandellego to znam go dobrze i wiem, że preferuje ustawienie 4-2-3-1 albo 4-4-2 i wątpię, by nagle chciał jakoś szczególnie majstrować przy drużynie, która przecież całkiem dobrze funkcjonuje.
Felipe: Zastanawia mnie jak to jest, że w latach 70. czy 80. piłkarze pili na umór, kopcili jak lokomotywy, połowa ligi to byli hazardziści (pomijam handel meczami, który był na porządku dziennym), a jednak mieliśmy takich graczy pełną gębą, znaczyliśmy coś na arenie międzynarodowej, mieliśmy gwiazdy pierwszego sortu. A teraz piłkarze, którzy są profesjonalistami, nie palą, nie chleją (bo że piją to każdy wie), jak ktoś jest hazardzistą to od razu jest napiętnowany, są tak żenujący. Może Pan ma jakąś koncepcję?
– Rzeczywiście, trzeba byłoby napisać na ten temat jakąś pracę naukową. Wydaje mi się, że podstawowa różnica polegała na tym, że my byliśmy naturalnie wychowani na boiskach. Na graniu w piłkę spędzaliśmy po osiem czy dziewięć godzin dziennie i dopiero po wszystkich meczach dom na dom, ulica na ulicę, dzielnica na dzielnicę – dopiero wtedy szliśmy na trening do klubu. Teraz dzieci są dowożone przez rodziców samochodami, a mamy mówią do synów: – Wracajmy do domu, bo jesteś spocony… Od takich podstawowych spraw wszystko się zaczyna. Pokolenie sprzed kilkudziesięciu lat było po prostu bardziej zahartowane. Znałem kilku takich zawodników, o których można byłoby opowiadać legendy, ale nikt się nie martwił, że nie będą w stanie wyjść na boisko i że będzie im przeszkadzało… słońce.
Mateusz Najbor: Pierwsze pytanie, Andrzej Iwan w swojej autobiografii „Spalony” opisuje bujne życie poza boiskowe zawodników Wisły Kraków, atmosferę panującą w szatni. Jak Pan jako piłkarz grający w podobnym okresie opisał by atmosferę szatni w Widzewie, czy było podobnie jak u „krakusów”, czy zdarzały się różnego rodzaju wybryki alkoholowe jak to opisał Andrzej Iwan, czy też było zdecydowanie spokojniej. Drugie pytanie, gdyby trafił Pan do Białej Gwiazdy, czy odnalazł by się Pan w towarzystwie wiślaków w ówczesnych czasach, i jak Pan myśli jaki wpływ mogli by mieć wiślacy na Pana karierę, czy potoczyła by się ona podobnie, czy też wpadł by Pan w tzw. złe towarzystwo i „popłynął” ?
– O Widzewie mówiło się wtedy, że ma swój charakter. Widzewski charakter. Za tym hasłem kryło się wiele, ale między innymi to, że zawsze byliśmy zmotywowani, zmobilizowani do gry i nawet jak mieliśmy swoje wewnętrzne problemy to nie rzutowały one na dyspozycję. Jeżeli natomiast mówimy o Wiśle to po przeczytaniu książki sam zapytałem Andrzeja: – Jak to było, że wy ciągle byliście pijani, a tak trudno było z wami wygrać? Bo Wisła była wtedy nie mocna, tylko przemocna i jak się jechało do Krakowa to było wiadomo, że będą problemy. A gdybym ja trafił do tego zespołu? Prędzej ja bym namówił innych, żeby prowadzili się lepiej niż oni namówiliby mnie, żebym zmienił swoje obyczaje – bo mnie w ogóle ciężko było zmienić.
Maciej wasyl: Grał Pan we Włoszech, gdzie panuje cieplejszy klimat niż w Polsce. Czy tam piłkarze też narzekają na warunki atmosferyczne?
– Nie, bo we Włoszech są piłkarze. A jak ktoś narzeka na to, że jest ciepło, to jest kopaczem, a nie piłkarzem. W Polsce drużyny przygotowują się przez 2-3 miesiące do rozegrania wiosną trzynastu meczów, a przecież trzeba jeszcze odliczyć każdemu piłkarzowi te spotkania, w których pauzuje – pewnie średnio ze dwa. To jest tak mała dawka, że jakiekolwiek gadanie o trudnych warunkach jest po prostu śmieszne. We Włoszech przez sześć lat rozgrywałem wszystkie mecze o 15.00. I gwarantuję, że bywało gorąco. Ale co z tego? Jak ktoś jest sportowcem to gra, sport zawodowy polega na tym, że gra się nie wtedy, kiedy jest najprzyjemniej, tylko wtedy, kiedy trzeba. Nie widzę nic nadzwyczajnego w graniu w upale. Ci zawodnicy, którzy ostatnio się skarżyli na wysokie temperatury w Polsce, prawdopodobnie we Włoszech mieliby problem z zaliczeniem rozgrzewki.
Ronnie84: Panie Zbigniewie. Dużo się teraz mówi o Robercie Lewandowskim. Jest to zawodnik dobry, ale jak Pan myśli czy miałby jakiekolwiek szanse na zakontraktowanie przez Real Madryt? W końcu Mourinho często korzysta z usług graczy z Bundesligi (Ozil, Khedira, Sahin).
– Ł»yczę Robertowi z całego serca, żeby mógł spróbować się w drużynie z Top10. Borussia jest mocna, ale to jednak europejska niższa półka. Kiedy mówimy o Top10 to mamy na myśli Barcelonę, Real, Manchester United, Milan, Chelsea, Juventus, Bayern, Inter czy Arsenal, bo te drużyny pracowały długo na swoją pozycję. Wydaje mi się jednak, że Lewandowski nie musi wykonywać pochopnych ruchów, nie musi się spieszyć, rozwija się znakomicie, nie ma sensu, by zmieniał klub na siłę. Mnie udało się zrobić karierę, mimo że wyjechałem z Polski w wieku 26 lat. Robert ma czas.
Kwizdyk: Panie Zbigniewie, jak pan ocenia powołania Franciszka Smudy na Euro 2012, a zwłaszcza powołanie Michała Kucharczyka?
– Na pewno nie jest to najsilniejsza reprezentacja Polski, ale jest to reprezentacja, która pasuje trenerowi – i z tego go rozliczymy po turnieju. Wiadomo, że gdyby miała być to najsilniejsza kadra to musiałby w niej być Boruc, ale on nie pasuje Frankowi. Musiałby być Ł»ewłakow, ale Franek go nie wziąłâ€¦ Wziął grupę, z którą się dobrze czuje – i w porządku. Oczywiście rozumiem potrzebę dyskutowania na temat powołań, ale nie zapominajmy, że na razie Smuda wytypował 26 zawodników, spośród których jeszcze trzech odpadnie – i w tym gronie może znaleźć się między innymi Kucharczyk. Kilku kolejnych w ogóle nie powącha murawy, trener pewnie skorzysta z 14-15 zawodników… Czy jest więc sens dyskutować na temat piłkarzy, których obecność niczego nie zmienia? Inna sprawa, że zastanawiam się, czy powoływanie aż 26 piłkarzy ma sens, czy akurat naszej drużynie nie przydałby się wewnętrzny spokój zamiast sztucznej rywalizacji.
Maxi-Kaz: W kadrze na Euro 2012 znalazł się Sebastian Boenisch, który przez półtora roku grał w piłkę przez godzinę. Czy to możliwe, by taki zawodnik mógł sprostać trudom turnieju?
– Wiadomo, że najsłabsi jesteśmy na lewej obronie. Mamy tam Wawrzyniaka, który gra zawsze, ale dobre mecze przeplata cienkimi i mamy Boenischa, który nie gra nigdy. Smuda zapewne uznał, że Boenisch zagwarantuje mu rywalizację. Jednak nie ma co się oszukiwać – zawodnik, który nie grał tyle czasu nie ma żadnych szans, by pod względem motorycznym dawać chociaż 60 procent tego, co z drugiej strony boiska będzie dawał Łukasz Piszczek.
Carlos Bocanegra: Podobno pan i Stefan Majewski to przyjaciele i co pan, panie Zbyszku, o nim sądzi jako trenerze. Zwłaszcza, że Stefan chciał po panu przejąć reprezentację, co mu się nie udało.
– O Stefanie jako o człowieku mogę mówić tylko i wyłącznie dobrze, to fantastyczny, wspaniały człowiek, pomógłby każdemu. Jako trener przyjął taką metodę, jaką przyjął, coś w stylu niemieckiej kindersztuby, co przy – za przeproszeniem – pizdowatych charakterach polskich piłkarzy nie zawsze się sprawdza. Wydaje mi się, że w drużynach Stefana czasami jest za mało uśmiechu, za mało przyjaźni. Ale Stefan… Stefan jest fantastyczny.
Bez piątej klepki: Kiedy grał pan w lidze włoskiej, podobno dziennikarze z Polski dzwonili do pana po wyniki właśnie zakończonej kolejki. Zrobił pan kogoś kiedyś w balona?
– I to wiele razy! Faktycznie, dzwoniono do mnie często. Grałem finał czy półfinał europejskiego pucharu, wygrywamy, a dziennikarz dzwoni do mnie i pyta, jaki był wynik. Był taki jeden z Warszawy, cichy, przyczajony. Dzwonił o mnie o północy i mówił: – Dzień dobry panie Zbyszku, czy mecz już się skończył? Ja mówiłem: – Oczywiście, że się skończył, skoro się zaczął dziewięć godzin temu. Teraz to ja już śpię… I podawałem mu wynik, czasami nie do końca prawdziwy:) Ale to było sympatyczne.
Wojciech Ćwiklik: Co pan powie o pojedynku Widzewa Łódz z Lechią Gdańsk jest pan dumny jako człowiek działający w piłce, będący blisko niej, że zamiast tego meczu nie poleciał w telewizji mecz np. 4 ligi małopolskiej?
– Mecz Widzewa z Lechią wyłączyłem po pięciu minutach, rzuciłem okiem na murawę i na to, jak grają drużyny i uznałem, że są ciekawsze sposoby na spędzenie weekendu. Jednak spokojnie, ta liga jest jaka jest. Widzew przegrywa z Lechią, Lechia wygrywa potem z Legią, a Widzew wygrywa w Kielcach. To jeden wielki przypadek. Piłkarze mogą grać i grać, ale na sam koniec wygra ten, który miał szczęście, a przegra ten, który miał pecha. W Polsce hazardziści nie muszą chodzić do kasyn, bo największą ruletką to jest polska liga. Trzy czy cztery odcinki temu powiedziałem, że mistrz Polski w tym sezonie zdobędzie tak mało punktów, że jest to po prostu żenujące. I niestety – ten scenariusz się potwierdza. Jest bardzo możliwe, że mistrzem zostanie Śląsk Wrocław, o którym ja od ekspertów przez całą wiosnę nie usłyszałem ani jednego pozytywnego zdania. Ani jednego!
Legionista: Czy mógłby pan podsumować pracę Macieja Skorży w Legii?
– Uważam, że Legia ma wielki potencjał organizacyjno-menedżerski, ale sportowo to powinna być ze trzy razy lepsza. Oczywiście, końcówki tego sezonu – jak i całego poprzedniego – nie można oceniać pozytywnie, na dziś dorobek Skorży nie jest dobry, natomiast ja mam o nim jak najlepsze zdanie. Musimy skończyć z myśleniem, że siłą lub słabością drużyn są trenerzy. Jeśli trener nie przyjdzie na stadion to mecz i tak się odbędzie, ale jak nie przyjdą piłkarze – to już nie. Trener jest potrzebny w tygodniu, ale w dniu meczu większy wpływ na wynik mają piłkarze i kibice. U nas trwa ocenianie trenerów na podstawie tego, czy bramkarz puścił babola, czy napastnik trafił w bramkę… To bardzo płytkie. Co do Skorży to jestem ciekaw, co wydarzy się teraz. Jakiś czas temu czytałem, że Legia przedłużyła z nim kontrakt i że zniknęła klauzula mówiąca o konieczności zdobycia mistrzostwa Polski. Jeśli na fali entuzjazmu, myśląc, że tytuł już jest przyklepany, działacze rzeczywiście popełnili taki błąd – to było to z ich strony bardzo nierozważne. Gdyby powiedzieli „Maciek, musimy wpisać punkt mówiący, że jeśli jakimś cudem nie zdobędziemy mistrzostwa to mamy prawo rozwiązać umowę” – wtedy Skorża na pewno by się zgodził.
Tomasz Kafarski: Czy Cracovia spadnie z ligi w tym sezonie?
– Haha! Cracovia już kilka razy spadała, ale jakoś nigdy do końca. Mnie jest generalnie szkoda tego klubu, z kilku powodów. Po pierwsze – ma właściciela, który wydaje pieniądze. Po drugie – ma piękny stadion. Po trzecie – ma jeden z najpiękniejszych hymnów. Po czwarte – ma kibiców, ma ten cały swój klimat, ma swoją historię, swój świat. Natomiast nad Cracovią wisi jakieś fatum, które sprawia, że nawet Messi mógłby zapomnieć, jak się gra.
Bartek: Kiedy ostatnio przeglądałem portal weszlo.com, moją uwagę zwróciło zdjęcie jednego z zawodników ekstraklasy. Dokładniej obrońcy Cracovii Bojana Puzigaca. Co myśli pan o siłowym przygotowaniu zawodników polskiej ligi? Zawsze uważałem ,że co jak co ale obrońca powinien się tu troszkę lepiej prezentować.
– Widziałem to zdjęcie i pomyślałem, że gdyby zasłonić temu człowiekowi twarz i w teleturnieju „Milionerzy” zadać pytanie za milion, jaki zawód wykonuje osoba przedstawiona na zdjęciu, to nikt by nie powiedział, że to sportowiec. Nawet nie listonosz, bo listonosz musi trochę mięśni mieć, żeby te listy dźwigać. Nie wiem – kierowca autobusu, kontroler biletów, sprzedawca gofrów?
Przemo: Bardzo często, przy okazji przewidywania ostatecznych wyników w sezonie ligowym, mówi się o „korzystnym” lub „niekorzystnym” terminarzu. Czy uważa Pan, że ma jakiekolwiek znaczenie fakt, czy np. ze słabym (lub dobrym) przeciwnikiem zagra się pod koniec sezonu, czy środku lub na początku? Przecież jeśli drużyna jest dobra, to będzie wygrywać bez względu na mityczny terminarz.
– Jak napisałoby Weszło – pic na wodę i fotomontaż. Trzeba grać ze wszystkimi i na dobrą sprawę nigdy nie wiadomo, kto kiedy będzie niebezpieczny. Spójrzmy na Niemcy. Bayern gra z Mainz i ludzie w Mainz mogliby się martwić, że w samej końcówce czeka ich podróż do Monachium. Tymczasem kilka dni wcześniej Bawarczycy przegrali z Borussią i odpuścili ligę, a skupili się na półfinale Ligi Mistrzów… Najpierw pisało się o Śląsku, że ma dobry terminarz. I jak miał dobry to przegrał wszystkie mecze. Potem dobry terminarz miała Legia – i nie mogła wygrać. Tam gdzie nie ma sportu, tam się mówi o jakichś pobocznych sprawach…