Święci wracają do nieba

redakcja

Autor:redakcja

05 maja 2012, 11:45 • 7 min czytania

Reklama
Święci wracają do nieba

Był 25 kwietnia 2009 roku, gdy po remisie z Burnley 2:2, Southampton spadał do League One, a w dodatku kolejny sezon miał zacząć z minus dziesięcioma punktami. Tak nisko „Święci” nie upadli od 50 lat, a tak źle w klubie nie było chyba nigdy w jego historii. Wtedy przyszłość widziano w czarnych barwach i nikt, nawet niepoprawni optymiści po kilku(-nastu) piwach, nie marzył w ogóle o tym, że Premier League znowu zawita na St. Mary’s dokładnie po trzech latach i trzech dniach. A jednak. Los bywa przewrotny, co zostało udowodnione po raz kolejny, bo właśnie to, po zwycięstwie nad Coventry 4:0 w minioną sobotę, stało się faktem – „The Saints” wracają do angielskiej ekstraklasy!
Ł»eby nieco rozjaśnić problemy klubu z południa Anglii, trzeba się cofnąć do sezonu 2004/05. Jak się okazało, ostatniego (do tej pory) Southampton w Premier League. Przed jego startem jednak się na to nie zanosiło. „Święci” nie byli żadną potęgą, ale na pewno mocnym, wydawałoby się solidnym, średniakiem. Zaledwie dwa lata wcześniej zagrali w finale FA Cup, a w lidze zajęli ósme miejsce. Rok później była dwunasta lokata, występy w Pucharze UEFA, nikt raczej przed sezonem do spadku wzmocnionych w lecie „Saints” nie typował. A jednak, stało się. Z klubu, po trzech latach, odszedł Gordon Strachan, który postanowił odpocząć od futbolu i nie udało się go godnie zastąpić. Paul Sturrock wytrzymał pięć miesięcy, Steve Wigley zaledwie cztery. Ku niezadowoleniu fanów, następnie przyszedł Harry Redknapp, który dopiero co opuścił szeregi lokalnego rywala, Portsmouth. 'Arry jednak również nie podołał i ostatecznie zespół, po porażce u siebie z Manchesterem United 1:2 w ostatniej kolejce, z ligi spadł. Po długich 27 latach w niej spędzonych. Na siedem kolejnych, które wydawały się jeszcze dłuższe.

Reklama

Ł»ycie po spadku nigdy nie jest łatwe. Różnica pomiędzy przychodami z Premier League i Championship jest niebagatelna, a Southampton miał jeszcze niespłaconą pożyczkę zaciągnięta na budowę nowego stadionu. St. Mary’s zastąpiło w 2001 roku przestarzałe The Dell, ale nowego obiektu za darmo się przecież nie wybuduje, a piłkarze też zarabiali raczej według standardów ekstraklasy. Kilku, na których dało się zarobić, odeszło, jak Peter Crouch czy, w połowie sezonu, Theo Walcott. Kupowano mniej i taniej. Nastała też swoista „moda” na… Polaków. W Southampton grali m.in. Kosowski, Hajto, Rasiak, Saganowski i Białkowski, który zresztą w zespole jest do teraz. Pierwszy sezon w drugiej lidze „Święci” skończyli w środku stawki, w kolejnym byli blisko szybkiego powrotu do ekstraklasy. Nie udało się, w play-off lepsi okazali się gracze Derby County. To był kolejny cios, w Anglii panuje bowiem zasada tzw. „płatności – spadochronów”. Mówi ona, że spadkowicz otrzymuje część pieniędzy z praw telewizyjnych przez dwa lata po relegacji z Premier League. Okres ten minął, a klubu, choć próbowano, nie udało się też sprzedać. Rozpoczęło się jeszcze większe zaciskanie pasa, pieniędzy nadal szukano sprzedając zawodników, odeszli m.in. Gareth Bale i Kenwyne Jones. Drużyna w coraz większym stopniu opierała się na zdolnej młodzieży, siłą rzeczy grała coraz gorzej.

Kłopoty piętrzyły się, a ich apogeum nastąpiło w kwietniu 2009 roku. Do spółki matki klubu, Southampton Leisure Holdings, wprowadzono zarząd komisaryczny. Dla drużyny oznaczało to karne odjęcie 10 punktów, co równało się z degradacją do League One. Długi wynosiły wtedy około 30 milionów funtów, zarząd bał się najgorszego, czyli upadłości. Ówczesny prezes, Rupert Lowe mówił: – To bardzo poważna sytuacja. Dostanie się pod zarząd komisaryczny to tragedia. Jeśli pieniądze nie nadejdą, to nie chcę nawet myśleć o konsekwencjach. W maju pracownicy klubu nie dostali już wypłat i zostali poproszeni, żeby pracowali za darmo. Zaczęło się poszukiwanie właściciela, który wyciągnąłby klub z tarapatów. Najpierw nie udało się dojść do porozumienia z wspieranym przez Matta Le Tissiera konsorcjum Pinaccle, ale w końcu nadszedł upragniony 8 lipca. Dzień, który w historii klubu zapisał się złotymi zgłoskami. Dzień, w którym Markus Liebherr sfinalizował przejęcie Southampton.

Szwajcarski biznesmen, właściciel firm produkujących maszyny, nie miał jednak zamiaru działać niczym Roman Abramowicz, wydając od razu mnóstwo pieniędzy. Co prawda od razu do zespołu sprowadzono kilku zawodników (m.in. obecnie najlepszego strzelca drużyny, Rickiego Lamberta), ale sam Liebherr mówił, że „potrzebne są zasoby, dobre planowanie, ciężka praca i cierpliwość”. Przyszli również nowy prezes i trener – odnoszący dzisiaj sukcesy w Newcastle Alan Pardew. Liebherr wierzył, że może odbudować ten klub, planował na kilka lat do przodu, miał wizję, chciał zostać w nim na długo. Niestety sam sukcesu nie doczekał, zmarł 10 sierpnia 2010 roku.

W jednym jednak Liebherr się pomylił. Uważał, że na dobre wyniki trzeba będzie poczekać, tymczasem „Święci” od razu wzięli się do wygrywania. Sezon 2009/10 zaczęli z minus dziesięcioma punktami, jako że z Championship spadli bez żadnej „pomocy”, więc kara byłaby tak naprawdę nieefektywna. Gdyby nie ten negatywny handicap, awansowaliby do play-off. Kolejne rozgrywki były już dużo bardziej udane. Po słabym starcie Alana Pardew zastąpił Nigel Adkins i zaczął się marsz w górę tabeli. Coraz lepsza forma sprawiła, że „Święci” stali się poważnym kandydatem do awansu, a dziewięć zwycięstw w ostatnich dziesięciu meczach pozwoliło im zająć upragnione drugie miejsce.

Reklama

Prawdziwy popis „Saints” dali jednak dopiero w obecnym sezonie. Jako beniaminek, osłabieni sprzedażą (choć tym razem już ze względów czysto sportowych) jednego z ważniejszych zawodników, Alexa Oxlade-Chamberlaina, grali po prostu wspaniale. Przez 46 kolejek ani razu (!) nie spadli poniżej drugiego miejsca, przez większą część sezonu byli na czele stawki. Lekki kryzys zdarzył się mniej więcej w okolicach Sylwestra, na finiszu też coś zaczęło się zacinać i o awans trzeba było walczyć do ostatniej kolejki, ale wypracowana wcześniej przewaga pozwoliła zostać wicemistrzem ligi. A także najskuteczniejszą jej drużyną. Co prawda 86 goli w 46 meczach nie powala, ale faktem jest, że nikt nie strzelił więcej. A żeby było jeszcze weselej, to trzech zawodników – Kelvin Davis, Adam Lallana i Rickie Lambert – zostało wybranych do Zespołu Roku PFA. Ten ostatni zdobył też koronę króla strzelców, z 27 bramkami na koncie.

Właśnie, Rickie Lambert, czyli największa gwiazda i chyba największa zagadka. Piłkarz, który w ciągu trzech ostatnich lat zdobył dla „Saints” 88 bramek, a w całej karierze we wszystkich klubach już ponad 200, a w wieku 30 lat w końcu zadebiutuje w Premier League. Podobnie jak cztery lata młodszy Billy Sharp, dla którego obecny sezon to był prawdziwy rollercoaster. 30 października, dwa dni po urodzeniu, zmarł jego syn, a mimo to Sharp 2 listopada zagrał przeciwko Middlesborough. Co więcej, strzelił fantastycznego gola już w 14. minucie. Wtedy był jeszcze piłkarzem Doncaster, ale pod koniec stycznia przeszedł na St. Mary’s i był to świetny ruch. Od tego czasu strzelił dziewięć goli (cały sezon skończył z 19), w tym pierwszego w sobotę z Coventry.

Zresztą, z obecnej kadry Southampton nie dałoby się nawet sklecić jedenastki, która ma jakiekolwiek doświadczenie w Premier League oprócz oglądania meczów w telewizji czy z trybun. Mimo to wydaje się, że Southampton nie ma słabego składu, ale kilka transferów będzie potrzebnych, o czym przekonuje najlepszy menedżer w dziejach klubu, Lawrie McMenemy: – „Saints” będą musieli trochę zainwestować, żeby utrzymać się w Premier League. Na pewno każdy zespół potrzebuje mocnego kręgosłupa i myślę, że oni to mają. Jest bramkarz Kelvin Davis, Jose Fonte czy Jos Hooivled na pewno mogą grać na wyższym poziomie, a Adam Lallana i Rickie Lambert to wspaniali zawodnicy. Myślę jednak, że jeden czy dwóch doświadczonych zawodników przydałoby się „Saints”. Obecny szkoleniowiec, Nigel Adkins, również zapowiada wzmocnienia: – Na następny sezon potrzebujemy piłkarzy danego kalibru. To naturalna ewolucja i w lecie będziemy ciężko pracowali nad ulepszeniem kadry. Raczej nie powinno być z tym problemu. Co jak co, ale świetne zaplecze i pieniądze Southampton akurat ma. No i wielu wspaniałych i oddanych kibiców, którzy w liczbie 32 tysięcy co drugą sobotę wypełniają trybuny St. Mary’s. Teraz znowu będą mogli oglądać w akcji największe angielskie gwiazdy. Kto wie, może nawet przez kolejne 27 lat?

ADRIAN ORLICKI

Reklama

JEŚLI CHCESZ NAPISAĆ SWÓJ TEKST O LIDZE ZAGRANICZNEJ, WYŚLIJ MAILA. DLA NAJLEPSZYCH NAGRODY PIENIÄ˜Ł»NE!

[email protected]
[email protected]
[email protected]
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama