Zapewne nikt kto interesuje się angielską piłką, nie będzie zdziwiony słysząc o kolejnym bohaterze procentowej epopei szalejącej na brytyjskich murawach lat 80–tych i 90–tych, walczącym z wyniszczającą go bezlitośnie chorobą alkoholową. Jednak historia Paul’a McGrath’a jest inna. Czarnoskóry Irlandczyk nie jest kolejnym przykładem piłkarza, któremu wraz ze wzrostem sumy na koncie maleje IQ, a w związku z tym postanawia udowodnić światu, że era zawodników pokroju Best’a, łączących genialną grę z pompowaniem w siebie alkoholu na równi z tlenem, bezpowrotnie minęła. Dużo bliżej mu do Zlatana, a jego życie świetnie można scharakteryzować parafrazując powiedzenie „Wyklętego poety” – możesz wyciągnąć człowieka z sierocińca, ale nie wyciągniesz sierocińca z człowieka.
Tym, którzy widzieli McGrath’a na boisku, nie trzeba go przedstawiać. Tym, którzy nie mieli tej przyjemności, na wstępie należy przytoczyć słowa Rona Atkinsona, byłego opiekuna defensora z Manchesteru United i Aston Villi: „Łączył w sobie najlepsze cechy John’a Terry’ego i Tony’ego Adams’a.”. Dokładnie tak było. Był twardym, bezkompromisowym, a przede wszystkim skutecznym obrońcą. W swojej karierze potrafił walczyć jak równy z równym z Diego Maradoną, Roberto Baggio, Michelem Platini czy Ian’em Rush’em. Jednak w jego przypadku powiedzenie: „Zwycięzców się nie sądzi.” miało brzemienne w skutki konsekwencje.
Jego historia przypomina mityczny „american dream” przeniesiony na zachodnie rubieże królestwa Wielkiej Brytanii. Zakompleksiony, wrażliwy, porzucony przez rodziców, czarnoskóry chłopak z Irlandii zostaje wypatrzony przez skautów wielkiego Manchesteru United i trafia na deski „Teatru Marzeń”. Jednak zamiast poczucia spełnienia, przychodzi zwątpienie, permanentna niepewność, nieśmiałość, leczone przez stałe dawki wszelakiej maści alkoholu.
Gwoli prawdy należy dodać, iż McGrath trafił do prawdziwego gniazda żmij. Norman Whiteside, Bryan Robson czy Kevin Moran prawdopodobnie gdyby tylko ich to nie zabiło, nosiliby kroplówki z whisky, żeby poziom etanolu we krwi pozostał na stałym poziomie. W żadnym wypadku nie jest to naciągane tłumaczenie Irlandczyka, który od 10 roku życia zaczynał dzień od zimnego Guinnessa, a teraz próbuje rozcieńczyć swoją winę. Bynajmniej. On sam podkreśla, że alkoholizm to tylko i wyłącznie jego wina, jednak towarzystwo osób tak lubujących się w procentowej szermierce nie mogło nie wywrzeć wpływu na poczynaniach McGrath’a.
Tylko na boisku czuł się pewny siebie. Wszystko co poza nim było mu obce i przerażało go. „Nienawidzę strachu przed życiem i strachu przed śmiercią” powiedział kilka lat temu. Nigdy nie dał rady pozbyć się kompleksu związanego z dorastaniem w sierocińcu. Poczucia własnej wartości nie dodawał mu fakt wrażenia odmienności nawet tam – w owym czasie w Irlandii nie przebywało wielu przedstawicieli czarnej rasy. Dopiero po przeprowadzce do Manchesteru zrozumiał, że nie jest jedyny.
Problemy z alkoholem maskował świetną grą. Nawet wówczas, gdy z powodu napojów wyskokowych Alex Ferguson pogonił go z ManU, to trafił do Aston Villi, w której dalej grał świetnie. Jednak procentowy rollercoaster nabierał tempa. O ile w United pił w tygodniu, o tyle w The Villans bywał pijany podczas meczów. „Wstrzymywałem oddech podczas spotkań, żeby nie wyczuli alkoholu”. Nic dodać, nic ująć. Jego niepospolite umiejętności stały się jego przekleństwem. Graham Taylor, trener McGrath’a w Aston Villi: „Koledzy z zespołu nie zwracali uwagi, że na treningu Paul ledwie się snuł. Wiedzieli, że podczas meczu znów zagra świetnie.”
Na murawie radził sobie kapitalnie – w reprezentacji Irlandii rozegrał 89 spotkań, brał udział w dwóch Mundialach i w Euro 88, w 1985 roku został najlepszym piłkarzem wygranego przez ManU finału Pucharu Ligi przeciwko Evertonowi, w 1993 roku uznano go najlepszym graczem Premiership, doprowadził The Villans do wicemistrzostwa Anglii i Pucharu Ligi ( w którym pokonali United Fergusona). W życiu nie radził sobie wcale – dwa nieudane małżeństwa, cztery próby samobójcze ( raz na oczach kilkuletniego syna ). Coraz bardziej zatapiał się w otchłani alkoholizmu: „W tej chorobie najgorsza jest bezsilność. Czułem jakby kolczasty drut ograniczał mój umysł. Raz, gdy nie miałem pod ręka nawet piwa, wypiłem szklankę domestosu. Cudem przeżyłem.”
Karierę sportową zakończył w 1998 roku w barwach Sheffield United. Co ciekawe, wcale nie chwali dnia w którym angielski łowca talentów odnalazł go na irlandzkiej prowincji: „Byłem szczęśliwy w Irlandii. Pracowałem i grałem w piłkę popołudniami. Szczerze, gdybym nie trafił do Manchesteru United, być może uniknąłbym tych wszystkich problemów.” Bo choć Roy Keane określał go przydomkiem Wielki, a kibice nazywali go Bogiem, to jednak dalej pozostawał człowiekiem. Na szczęście historia Paul’a McGrath’a dalej trwa. Irlandczyk wciąż walczy z nałogiem i miejmy nadzieje, że postąpi z nim tak jak z przeciwnikami na boisku – podpuści i skasuje.
MATEUSZ JANIAK
JEŚLI CHCESZ NAPISAĆ SWÓJ TEKST O LIDZE ZAGRANICZNEJ, WYŚLIJ MAILA. DLA NAJLEPSZYCH NAGRODY PIENIÄ˜Ł»NE!
[email protected]
[email protected]
[email protected]
[email protected]