Gorąca dyskusja wywiązała się pod tekstem, w którym zasugerowaliśmy (a raczej – napisaliśmy wprost), że to Orest Lenczyk, a nie Maciej Skorża powinien zostać trenerem roku i że to Śląsk, a nie Legia powinien być drużyną roku. Argumenty obu stron są z cyklu: wyższość Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkanocy. Czyli – fani Legii uważają, że ważniejsze są puchary, a fani Śląska – że wcale nie, bo kluczem jest ekstraklasa. Naszym zdaniem najważniejsze jest zupełnie co innego – realizacja powierzanych celów i ewentualnie notowanie wyników ponad stan.
Nieco ponad rok temu, w połowie rundy jesiennej poprzedniego sezonu, Orest Lenczyk przejął Śląsk i momentalnie zaczął piąć się w górę tabeli. Oczywiście, wtedy do końca roku wrocławianie nie rozegrali wystarczającej liczby spotkań, by brać pod uwagę kandydaturę Lenczyka jako najlepszego trenera 2010. O dziwo, w roku 2011 Śląsk wcale nie wyhamował, wręcz przeciwnie – dodał gazu i odjeżdża kolejnym rywalom. Piętnaście miesięcy po przejęciu zespołu przez Lenczyka, wywindował się on z przedostatniej pozycji w tabeli na pierwsze miejsce, a w roku 2011 zdobył zdecydowanie najwięcej punktów spośród wszystkich drużyn ekstraklasy, zanotował najwięcej zwycięstw i zdobył najwięcej goli. Ucieczkę ze strefy spadkowej zakończył na fotelu wicemistrza kraju, a w nowych rozgrywkach – kiedy już nie ma balastu w postaci porażek notowanych przez poprzedniego szkoleniowca – jest już pierwszy. Krótkotrwała – jak się zdawało – passa przerodziła się w zabójczą regularność. Tę regularność najlepiej przedstawia ta tabela…
A żeby dodać smaczku, rzućmy okiem na rok 2010. Otóż w 2010 roku Legia punktowała na poziomie 1,57 punktu na mecz, a w 2011 1,71 punktu na mecz. Czyli jest progres, ale nieznaczny. Z kolei Śląsk w 2010 roku miał średnią 1,17, a w 2011 – 2,06. Imponujące? Cholernie.
Niektórzy jednak mówią: – Ale Śląsk brzydko gra!
Być może tak ma właśnie grać, by zdobywać punkty – na tym właśnie polega rola trenera, by zespół ustawić w sposób, który pozwoli na maksymalne wykorzystanie potencjału. Śląsk nie wygrywa spotkań dzięki indywidualnościom, lecz dzięki zgranemu, dobrze ustawionemu, w każdej formacji do bólu solidnemu zespołowi. Czy to zła wizytówka trenera? Nie, jak najlepsza. Nie mówimy przecież o ekipie, do której dołączył Michał Ł»ewłakow, by poustawiał tyły, ale o drużynie, do której dołączył Marek Wasiluk. Tu nie Ljuboja – najlepiej opłacany piłkarz w historii polskiej ekstraklasy – ma strzelać gole, a napastnik kupiony za 150 tysięcy euro z drugiej ligi holenderskiej. Lenczyk nie ma we Wrocławiu warunków złych, ale nie ma też takich, jakie mógłby mieć w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu. A jednak radzi sobie nadzwyczajnie.
Po chwili słychać jednak wrzaski: – Śląsk przegrał z Rapidem!
Trzeba jednak zapytać: gdzie był Śląsk, gdy Orest Lenczyk go przejmował i jak to się stało, że w ogóle z tym Rapidem grał? Jakim cudem przedostatni zespół ligi doszedł do momentu, w którym mógł pokazać się w Europie? Albo inaczej – o czym marzyli działacze, gdy zatrudniali Lenczyka? O wydostaniu się ze strefy spadkowej i uratowaniu ligi bez liczenia na cud w ostatniej kolejce. Co natomiast otrzymali – tytuł wicemistrza i pozycję lidera na koniec roku. Progres zanotowany przez wrocławian nie mieści się w głowie, a rok 2011 był rzadkim – bardzo rzadkim – popisem jednego szkoleniowca.
Dlatego Lenczyk po prostu musiał zdobyć tę nagrodę. Na następne dwanaście miesięcy, które będą w równym stopniu zdominowane przez jednego szkoleniowca czekać możemy latami.
Z drugiej strony jest Legia, która wyszła z grupy w Lidze Europejskiej. To oczywiście niekwestionowany sukces – sportowy i finansowy. W tym momencie, brawa, fanfary, pokłony – i tak dalej. Trudno jednak zapomnieć o tym, że z LE czy bez niej celem nadrzędnym warszawskiego klubu jest zdobycie mistrzostwa Polski. Jeśli nie zdobędzie go w tym sezonie – będzie to klęska. Sezon 2010/2011 był dla warszawskiego klubu fatalny (jedenaście porażek), ten może być bardzo dobry, ale wcale być taki nie musi – wciąż możliwe, że też będzie fatalny. Na dziś bliżej tytułu jest Śląsk. Wyobraźmy sobie następującą sytuację – Legia za czasów Macieja Skorży ani razu nie zdobywa mistrzostwa kraju, czyli trener nie realizuje powierzonego mu zadania mimo dwóch prób, za to po drodze zostaje trenerem roku, a jego zespół – drużyną roku. Nie brzmi to poważnie, a jednak nie można takiej ewentualności całkiem wykluczyć.
Jasna sprawa – Legia jeszcze mistrzem być może, jak najbardziej, ma na to spore szanse. Jednak nie za szanse, jak nam się zdaje, przyznawane są nagrody.
Zawsze należy brać pod uwagę narzędzia, jakie dostaje do ręki szkoleniowiec oraz warunki, w jakich pracuje drużyna (czyli nakłady finansowe, z jakimi wiąże się jej utrzymanie). Narzędzia Skorży są innej jakości – ma on lepiej opłacanych piłkarzy i ma ich więcej (w pierwszym składzie zazwyczaj nie mieści się czterech obrońców – Rzeźniczak, Choto, Astiz, Kiełbowicz – o kupionym za 500 tysięcy euro Kneżeviciu nie wspominamy, bo słuch po nim zaginął). W związku z tym – są wobec niego wyższe wymagania. To co, Lenczyk może, to samo Skorża musi. Gdyby na koniec roku okazało się, że zdobyli tę samą liczbę punktów, i tak bardziej należałoby cenić rezultat Lenczyka, osiągnięty w innych realiach, innym kosztem. Tutaj jednak sytuacja jest bardziej klarowna – bo Śląsk zdobył tych punktów o jedenaście więcej. Nawet nie o dwa, nie o cztery. O jedenaście. I nie zdobywał ich tylko w starciach ze słabeuszami, bo w 2011 roku zdążył się przejechać po wszystkich tzw. wielkich tej ligi. Po Legii nawet dwa razy.
Co chwilę pojawiają się też zwolennicy argumentów dziwnych. Na przykład ci, którzy krzyczą – Śląsk punktuje dzięki błędom sędziów! Jeśli ktoś na pracę trenera patrzy przez pryzmat tego, w którą stronę gwizdnie arbiter to faktycznie ma problem – sam ze sobą. To równie mądre jak ocenianie szkoleniowca na podstawie tego, czy piłka po uderzeniu w słupek wyjdzie w pole (i będzie remis), czy też wpadnie do bramki (i uda się wygrać). Kiedy jednak podobnych – sędziowskich – argumentów używają fani Legii, aż trzeba się zapytać: – Ejże, czyżbyście nie pamiętali, że w LE wcale mogłoby Legii nie być, gdyby nie błąd arbitra w Moskwie? I w 1/16 też by was mogło nie być, gdyby nie błąd arbitra w Bukareszcie… Bądźcie sprawiedliwi.
Niektórzy odbiorą ten tekst jako atak na Legię – nie, nie jest to atak na Legię, w innych okolicznościach bardziej zasługiwałaby na docenienie (tak jak Real bardziej zasługiwałby na uznanie, gdyby nie istniała Barcelona). W innych, czyli gdyby nie pojawił się Śląsk, notujący wyniki, których nikt nie zakładał. To tylko polska liga? Polska liga jest łatwiejsza niż puchary? Może i tak, ale dlaczego w takim razie Legia nie może w tej łatwiutkiej polskiej lidze grać chociażby na tym samym poziomie, co wrocławianie? Skoro taki niski poziom, to mogłaby chyba na chwilę zejść z chmur i po prostu wygrać jeden, drugi, trzeci, ósmy, czternasty mecz w rundzie. Ale nie – ona w ekstraklasie punktuje dokładnie tak samo jak Polonia Warszawa, której przecież nikt tak do końca poważnie nie bierze.
Lenczyk przemienił Śląsk na tyle, że dziś od mistrzostwa Polski dzieli go dwanaście meczów – do końca ligi zostało trzynaście, ale wrocławianie mają ten komfort, że jedno spotkanie mogą przegrać bez konsekwencji. Rzecz jasna, nie wiadomo jak się te rozgrywki zakończą, ale kiedy analizujemy rok 2011 – nie ma to najmniejszego znaczenia. W tym właśnie roku Śląsk Lenczyka zgarnął wszystko, co tylko mógł, a nawet dużo, dużo (warto powtórzyć to słowo jeszcze pięćdziesiąt razy) więcej. Ci piłkarze i ten trener już się wdrapali na Mount Everest, chociaż wędrówkę zaczynali z Raciborza, mając tylko suchy prowiant w plecakach. Punkt wyjścia jest w tym momencie czynnikiem kluczowym, by dokonać rzetelnej oceny.
PS Nagrodę dla drużyny roku już przyznano. A wypada zapytać – co się stanie, jeśli Wisła wyjdzie z grupy w LE? Jest to mało prawdopodobne, ale teoretycznie możliwe. Czy wówczas nastąpi jakaś weryfikacja? Przecież będziemy mieli wyjście z grupy plus mistrzostwo kraju kontra wyjście z grupy plus puchar… Oczywiście na moment zakładamy, że Śląsk nie dystansuje wszystkich możliwych konkurentów.
