„Polak Węgier dwa bratanki…” mówi popularne przysłowie. Ale powiązań między reprezentacją PZPN i Madziarami aktualnie ciężko szukać. Co innego Czesi. Tutaj punktów wspólnych jest bardzo wiele. O reprezentacji naszych południowych sąsiadów też ostatnio częściej mówi się w kontekście skandali obyczajowych niż postawy na boisku. Pamiętacie, jak kadrowicze Smudy w jednym z poznańskich hoteli wynajęli pokój, żeby przymierzać ubrania? – Chłopcy w hotelu rzeczywiście się pojawili, ale nie było tam na pewno żadnych dup – przekonywał wtedy selekcjoner, dementując plotki, jakoby piłkarze spotkali się tam z paniami lekkich obyczajów. – Ł»adnych kobiet nie było, bo ja cały czas byłam z zawodnikami – zapewniała rzecznik PZPN Agnieszka Olejkowska.
Czesi nie mieli takich problemów. Konspiracja nie jest ich mocną stroną. Cztery lata temu po przegranym meczu z Niemcami, Tomas Ujfalusi postanowił urządzić urodziny. Na imprezę w hotelu zaprosił czterech kolegów i sześć prostytutek. Był alkohol i głośna impreza do późnych godzin nocnych. A potem afera w mediach, która jednak zaskakująco szybko przycichła. Okazało się, że tylko na dwa lata. I znów analogia do naszej kadry. Kandydat do gry na lewym skrzydle reprezentacji PZPN – Maciej Rybus – po meczu ze Spartakiem Moskwa dał się sfotografować, kiedy wychodził z innymi legionistami z agencji towarzyskiej. Sześciu czeskich kadrowiczów było jeszcze mniej ostrożnych i po przegranym meczu eliminacji do mistrzostw świata ze Słowacją z panienkami wybrali się na miasto. Tym razem reakcja federacji piłkarskiej była natychmiastowa – trenerowi i niesfornym zawodnikom pokazano drzwi. Ujfalusi, którego na gorącym uczynku przyłapano po raz drugi, postanowił w ogóle dać sobie spokój z reprezentacją.
Afera samolotowa? Proszę bardzo – Czesi też mieli swoją. I to taką ze zdecydowanie większym rozmachem. Artur Boruc i Michał Ł»ewłakow wylecieli z kadry, bo w drodze ze Stanów Zjednoczonych podczas lotu byli na tak zwanym lunchu i wypili parę lampek wina. Czesi po wygranym barażu z Czarnogórą z samolotu wysiedli pijani, w podartych garniturach, a przed terminalem, nie zważając na obecność kibiców i dziennikarzy, odśpiewali piosenkę na temat Radka Drulaka, który ośmielił się ich wcześniej skrytykować. „Radek Drulak nie ma kutasa…” – tak to leciało. Więcej na ten temat możecie przeczytać TUTAJ.
Na boisku też radzą sobie podobnie do nas – od kilku lat ich kadra stacza się po równi pochyłej. Chociaż trzeba przyznać, że zaczęli z dużo wyższego pułapu. W 1996 roku podczas mistrzostw Europy w Anglii przegrali dopiero w finale po dogrywce z Niemcami. W 2004 roku w Portugalii znów zabrakło im szczęścia. Skończyło się na półfinale i porażce z późniejszym triumfatorem – Grecją. Wtedy Czesi w rankingu FIFA znajdowali się gdzieś w okolicach Brazylii i Hiszpanii. Od tamtego czasu więcej przegrywają niż wygrywają, a w rankingu otwierają trzecią dziesiątkę. Zaraz za Algierią. Symbolem upadku – tak, jak w przypadku polskiej kadry – były eliminacje do mistrzostw świata w RPA. Czesi też musieli wtedy oglądać plecy Słowaków i Słoweńców. Oni zakończyli grupę na trzeciej lokacie, my na piątej. Bilans bezpośrednich spotkań wyszedł na zero. W Chorzowie górą był zespół Beenhakkera, w Pradze lepsi okazali się Czesi. – To najsłabsza reprezentacja, jaka kiedykolwiek awansowała na Euro – powiedział niedawno o obecnej kadrze naszych południowych sąsiadów jej kapitan – Tomas Rosicky. No i rzeczywiście trudno się z nim nie zgodzić. Czesi w eliminacjach aż trzy razy schodzili z boiska pokonani i awans zawdzięczają szczęśliwemu losowaniu w barażach. Trafili na Czarnogórę i jakoś to poszło. Gdyby trafili na Bośnię lub Turcję mogłoby być krucho.
Przed losowaniem w Kijowie selekcjoner Czechów Michal Bilek – tak, jak wszyscy inni trenerzy – życzył sobie, żeby w grupie zagrać z Polską i Grecją. Jego marzenia akurat się spełniły. Co więcej – Czesi wszystkie spotkania rozegrają we Wrocławiu. To niecałe 300 kilometrów od Pragi, więc będą mogli liczyć na wsparcie swoich kibiców. Dla porównania – Polacy na ostatni mecz grupowy z Warszawy będą mieli do przejechania prawie 350 kilometrów.
– To fajna grupa, ale nie można stwierdzić, żeby był w niej jakiś faworyt – powiedział nam Tomas Jirsak, do którego zadzwoniliśmy zaraz po losowaniu. – Nie uważam, żeby kalendarz gier miał jakieś wielkie znaczenie, bo tutaj każdy może wygrać z każdym. Nie ma większej różnicy, że akurat najpierw gramy z Rosją, potem z Grecją i na koniec z Polską. Oczywiście życzyłbym sobie, żeby ten ostatni mecz równał się wyjściu z grupy obu zespołów. Nasza kadra ma potencjał i myślę, że zostanie odpowiednio poukładana przed turniejem. Wyjście z grupy będzie możliwe, ale biorąc pod uwagę naszą obecną siłę, sam awans z tego grona byłby na pewno sukcesem – podsumował czeski pomocnik Wisły Kraków.
No właśnie, losowanie wydaje się dla Czechów wymarzone, ale postanowiliśmy się jeszcze upewnić i wykręciliśmy do dziennikarza czeskiego „Sportu” – Michala Petraka.
Widziałem na Pańskim Twitterze, że jest pan zachwycony losowaniem.
Nie tylko ja, bo cieszą się są całe Czechy. Rokowania są obiecujące dla wszystkich zespołów w grupie, bo w stawce nie ma ani prawdziwego faworyta, ani autsajdera. Czesi mają ten atut, że grają trzy spotkania we Wrocławiu, więc nasi kibice będą mieli bardzo blisko na mecze. Jestem jednak przekonany, że każdy może przejść dalej, a wiele będzie zależało od zwykłej dyspozycji dnia i szczęścia.
A kto teoretycznie wygląda najmocniej? Czy należy najbardziej obawiać się Rosjan, którzy byli najwyżej rozstawieni?
Na to wygląda. Styl gry Rosji i ich nazwiska robią wrażenie, bo po swojej stronie mają jeszcze spore doświadczenie. Problem jest jednak taki, że są kompletnie nieprzewidywalni. Pamiętam na przykład, jak przegrali w eliminacjach ze Słowacją. Często zdarzają im się wahania formy pomimo wielkiego potencjału. Wiadomo jednak, że nie możemy stawiać ich w jednym szeregu z Holandią, Niemcami czy Hiszpanią.
Podobnie jak reprezentacji Czech. Czy to najgorszy skład, jaki mieliście do dyspozycji przed udziałem na wielkim turnieju? Tak twierdzi przynajmniej Tomas Rosicky.
Jeśli patrzymy na krótką historię czeskiego zespołu od 1994 – zgoda, to na pewno najgorszy zespół kadrowo, ale tylko na papierze. Mamy jednak wiele wspólnego z drużyną, która wywalczyła srebro na Euro 1996 w Anglii. Wówczas zespół był mieszanką doświadczonych i młodych piłkarzy. Do tej pierwszej grupy zaliczali się Nemecek, Kadlec, Frydek czy Drulak, a młodymi wilkami byli Smicer, Bejbl, Nedved czy Poborsky. Myślę, że podobnie można podzielić obecny zespół. Doświadczenie i rutyna to oczywiście Rosicky, Baros i Cech, a młodzieńcza fantazja to Pilar, Jiracek czy Gebre Selassie. Co ciekawe, to właśnie nowe twarze odgrywały kluczową rolę w naszym awansie na Euro. Dostaliśmy dzięki nim zastrzyk energii, którego reprezentacja bardzo potrzebowała. Nie brakuje zatem przesłanek, żeby doszukiwać się analogii pomiędzy aktualnym zespołem, a tym z 1996 roku. Jeśli będziemy mieć dużo szczęścia, możemy zajść naprawdę daleko.
Co jest w takim razie waszym największym atutem lub formacją, na której możecie najbardziej polegać? Oczywiście nie licząc bramkarza.
Tak, bramkarz to nasza wielka siła, ale atutem jest także energia, którą dostarczają nam młodzi zawodnicy. Mankamentów jednak nie brakuje, szczególnie w ataku. Baros jest w słabej formie, a kłopoty nie omijają też pozostałych napastników: Necid zmaga się z kontuzją, a Pekhart to niestety nie ta półka.
Można jeszcze do tej listy dopisać Fenina, na którego nie możecie liczyć i podstarzałego Stajnera.
Stajner nie jest już typowym napastnikiem, bo w Libercu ustawia się go za wysuniętym atakującym. Fenin musi przejść teraz terapię psychologiczną po próbie samobójczej i przerwał karierę, więc na pewno nie bierzemy go pod uwagę. Damy sobie jednak radę, bo mamy zwarty, zgrany zespół. Stanowimy kolektyw, a to chyba będzie kluczowe do odniesienia sukcesu.
Może się pan już pokusić o jakieś wstępne prognozy występu na Euro czy na to jeszcze za wcześnie? Dacie radę Polsce?
Wolę się jeszcze wstrzymać, bo trudno przewidzieć, jaki będzie ostatni mecz w grupie, bo wtedy dopiero gramy ze sobą. Wiem, że jesteście w podobnej sytuacji do nas. Tak jak Czesi, macie wielu młodych zawodników w zespole i zdaje mi się, że jesteśmy do siebie najbardziej podobni spośród wszystkich uczestników turnieju. Nawet biorąc pod uwagę styl gry i charakter zespołu. Oczywiście, ważny jest też atut w postaci własnych kibiców, którzy potrafią pchnąć zespół do przodu, ale jednocześnie będzie na was ciążyła ogromna presja. Przychodzi mi od razu do głowy przypadek Czarnogóry, z którymi Czesi grali w barażach. Gdyby Czarnogóra strzeliła bramkę w pierwszych minutach meczu przed swoją fanatyczną publicznością, wylądowalibyśmy w piekle. Taki doping uskrzydla i dodaje wiary we własne umiejętności. Jeśli zatem będziecie strzelać jako pierwsi, niezwykle ciężko będzie wam urwać punkty.
FILIP KAPICA i MACIEJ SYPUŁA