Kibol w świecie niewiernych – wpis na blogu

redakcja

Autor:redakcja

05 maja 2011, 12:57 • 5 min czytania

Reklama
Kibol w świecie niewiernych – wpis na blogu

Wracam do pracy prawie prosto z finału PP. „O, już wyszedłeś? Myśleliśmy, że zostaniesz na cztery-osiem” – wita mnie kolega. „Nie, nie złapali mnie. Miałem na sobie cztery kominiarki jednocześnie” – odpowiadam z uśmiechem i wiem, że to nie koniec, ponieważ przez najbliższe kilka dni będę obiektem żartów tym bardziej bezwzględnych, im więcej będzie się mówiło o wydarzeniach pozaboiskowych meczu, na który pojechałem, bo kocham oglądać swój klub na żywo… Wpis z bloga samiec-alfa.pl, który reklamujemy na Weszło, bo jest dobry i ponieważ prowadzi go kumpel.
Część z moich kolegów i koleżanek nie będzie się jednak w te dyskusje włączać. Raczej ograniczą kontakt ze mną i mogą zacząć mnie unikać, ponieważ zakładają, że skoro tam byłem, a telewizja pokazuje 24/7 jakiegoś desperata siłującego się z metalową kratą, to jest szansa, że i ja szturmowałem zamaskowany boisko, by czynić na nim zło i siać terror na włościach. Kto wie, może się nawet trochę… przestraszą? I nie jest istotne to, że znamy się od lat – a oni znają mnie jako w pewien sposób kulturalnego, radosnego człowieka, który nie jest zainteresowany emocjami pozaboiskowymi. Dla nich to przestaje mieć znaczenie: widząc nagłówki zwiastujące kibolski armageddon, po prostu nakładają ten filtr na wszystkich, którzy chodzą i jeżdżą na mecze. Czyli – także na mnie.

Reklama

Zapytam w tym miejscu kibiców piłki nożnej: znacie to, prawda? Znacie. Pewnie, że znacie. Wszyscy to znamy, od lat. A robicie coś z tym?

– Nie poruszam tego tematu ot, tak sobie.
Piszę na podstawie swoich doświadczeń o tym, w jaki sposób – i czy w jakikolwiek szczególny – manifestować w zupełnie „niekumatym” środowisku swoje przywiązanie do dowolnych barw klubowych, kiedy w mediach pisze się o kibicach wyłącznie przy okazji awantur. Bo to nie jest łatwe, ale nasi nie zainteresowani piłką współpracownicy, znajomi i rodzina też nie umieją sobie z tym radzić. Skutek jest taki, że czasem zaczynają mieć nas za troglodytów. A to „czasem” może się okazać, szczególnie w pracy, o jedno „czasem” za dużo. Moje zdanie, w punktach:

– Jestem kibicem i nigdy się tego nie wyprę.
Dla mnie to jest normalne. Jeden jeździ na drugi koniec Europy na koncert Iron Maiden, drugi – na mecz swojej drużyny. Jeden w sobotę idzie rano na grzyby, inny na stadion. Hobby jak każde inne, życie jak każde inne. Specjalne? Dla mnie tak, dla innych nie. Moim zdaniem jeśli ktoś ma potrzebę, powinien mówić o tym otwarcie, ze spokojną dumą. „Gdzie jedziesz”? „Na mecz do miasta X”. „Bierzesz urlop na mecz”? „Tak, jestem fanem meczów”. „Często tak jeździsz”? „Tak”. Proste i zwięzłe, bez lansu. Aby nasze życie stało się czymś oczywistym dla nie rozumiejących go, muszą o tym wiedzieć, ale nie mogą czuć, że jest to coś, co w naszych oczach stawia nas wyżej od nich. Natomiast…

– Nie afiszuję się nigdy z radykalnymi poglądami.
Mam ich masę. MASĘ. I każdy z nas, kibiców, ma ich masę. Nie widzę natomiast przyczyny, dla której człowiek, z którym pracuję lub z którym dzielę kod genetyczny, miałby poznawać mój punkt widzenia na naturalizację Manuela Arboledy, prawdziwą opinię o derbowym rywalu, czy okrutne, wynikające ze wspólnej ze znajomymi historii, dowcipy. Są tacy, którzy to robią, ryzykując negatywną reakcję otoczenia – nie krytykuję ich. Ale sam zostawiam poglądy dla tych, którzy sądzą tak samo.

– Nie próbuję tłumaczyć.
Kibicowanie konkretnemu zespołowi sportowemu to prawdopodobnie jedyna w życiu rzecz, którą wybierasz jako dziecko na podstawie szczątkowych, często irracjonalnych danych i nie możesz jej zmienić nigdy później. Moje doświadczenie jest proste: za każdym razem, kiedy próbowałem kogoś w tym zakresie oświecić, ponosiłem porażkę. Filolog nie zrozumie matematyka, małpa nie zrozumie jelenia, nie-kibic nie zrozumie zaangażowanego kibica. Kropka. Nieistotne, że masz logiczne dla siebie argumenty. Twój rozmówca żyje w innej bajce i te bajki się nie powinny przenikać. Dla przykładu: nie oglądam meczów polskich rywali mojego klubu w europejskich pucharach i nigdy im nie kibicuję. Spróbuj to wytłumaczyć człowiekowi, który we wtorek trzyma kciuki za Lecha i Legię, a we środę Wisłę. Nie da rady. Sensu też nie.
Tak samo nigdy na poważnie nie wyjaśniam na poważnie zarzutów, o których wiem, że są debilne. Pamiętając, że tłumaczy się tylko winny, robię to, co widać w pierwszym akapicie: wyśmiewam. Czy rzucałem krzesełkami w policję? „Wiesz co, nie, wolałem użyć granatów”.

– Nie wchodzę w dyskusje.
Lubię dać się innym wygadać. Jeśli ktoś, kto ogląda piłkę tylko w telewizji, a trybuny zna z gazet uważa, że stadiony należy zamknąć, uśpiwszy najpierw publikę: niech uważa. Ja z tym nie polemizuję, bo to nie sprawi, że ktokolwiek zmieni zdanie. Dla mnie to tak, jakbym miał komentować artykuły na Onecie; nie umiem sobie uzmysłowić, co musiałoby się stać, żebym to zrobił. To nie buta, to pragmatyzm, a przestrzeganie tej zasady jest dla mnie święte tak jak tej, że w sieci nie karmi się trolli.

– Ł»yj i daj żyć innym.
Wszyscy mamy trochę inne mózgi. Jeden zmywa z szafy kurz tak, żeby nie było po nim śladu, gdy przejedzie palcem w białej rękawiczce, innemu nie przeszkadza cienka warstwa, jeszcze inny nie sprząta, póki meble nie wychodzą z pokoju o własnych siłach. Polscy fani Barcelony, którzy nigdy nie byli na meczu, ale uważają, że są Katalończykami, są dla mnie zjawiskiem kuriozalnym i spytany o nich odpowiem, że mnie śmieszą. Natomiast nie mam zamiaru szukać ich stron, przeczesywać fora dyskusyjne i sprawiać, by ich życie zamieniło się w koszmar. Ja wiem, że są komiczni – i to mi wystarczy.

– Jestem dumny z tego, że od kilkudziesięciu lat oglądam tę polską chujnię.
Autentycznie, szczerze dumny. Ta liga, piłkarsko, to rzadko zmielone gówno, które modnie jest wyśmiać, jeśli się go nie zna. I właśnie dlatego, jak każdy z nas, zasilany uczuciem do swojego klubu oraz doświadczeniem oglądania Ruchu Radzionków, Odry Wodzisław, Górnika Polkowice, tych wszystkich grubych Rybusów, leniwych Ćwielongów, zachlanych Sypniewskich, nie daję jej krytykować laikom. A kiedy pytają, czemu wydaję jeszcze na to pieniądze, czuję jak Syzyf, który wie, że ten kamień się na niego spierdoli, ale i tak go wtacza. Zresztą – od kiedy tłumaczy się uczucia?

***

Napisałem to z myślą o kibicach, ale jestem przekonany, że podobne tematy mogą poruszyć i inni: ludzie o wyraźnych, niepopularnych poglądach politycznych, posiadacze nieszablonowych hobby, czy oddani jakiejś niecodziennej kwestii. Dla mnie, jak pisałem jakiś czas temu, taką osobą jest każdy, kto nie kibicuje. Też nie jestem wolny od stereotypów, ale jeśli ktoś stosuje takie zasady, wyzbywam się ich, a nabieram szacunku.

Aha, sorry za tytuł, nie miałem lepszego pomysłu, a brzmiał dobrze.

Reklama

CHCESZ PRZERZYTAĆ WSZYSTKIE WPISY I PODYSKUTOWAĆ Z AUTOREM, KLIKNIJ TUTAJ.

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama