Będziemy do upadłego bronić tezy, że na pewnym etapie w piłce nożnej – jak może i w ogóle w życiu – decydującą rolę odgrywa przypadek. Oczywiście, nie ma przypadku w tym, czy walczysz o mistrzostwo, czy też bronisz się przed spadkiem. Ale czy na końcu sezonu masz 71 punktów, czy 67 (a ta różnica może kosztować cię tytuł) – tu już fart zaczyna odgrywać decydującą rolę. Tak nas naszło znowu na to ględzenie o roli przypadku, po obejrzeniu półfinału MŚ, pomiędzy Holandią i Urugwajem. Nie twierdzmy, że Holandia nie zasłużyła na finał. Broń Boże. Twierdzimy, że mogła się do niego nie dostać.
No bo popatrzcie na ten strzał van Bronckhorsta. Jasne, że facet ma młotek w nodze. Ale mógłby oddać jeszcze tysiąc strzałów z tej pozycji i pewnie nigdy nie udałoby mu się uderzyć tak, żeby piłka o centymetr minęła palce bramkarza i wpadła centymetr od spojenia słupka z poprzeczką. On przecież nawet w to miejsce nie celował – po prostu chciał sieknąć jak najmocniej, gdzieś w prawą stronę bramki. Zgodnie z zasadą – człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Gdyby Holender trafiał z takiego miejsce raz na dwa razy, dobra – raz na dziesięć, wtedy nie mówilibyśmy o przypadku. Ale nie ma na świecie piłkarza, który mógłby się w czymś takim pochwalić powtarzalnością na poziomie chociażby 5 procent.
Van Bronckhorstowi (przed tym spotkaniem miał w kadrze 103 mecze i 5 goli) strzał życia wyszedł nie w meczu z Kamerunem o pietruszkę, tylko właśnie w spotkaniu o finał MŚ. Piłka mogła odbić się od słupka, mógł trącić ją bramkarz, mogła pójść pół metra obok. Zdecydował przypadek. Szczęśliwy zbieg okoliczości. Prawdopodobieństwo, że on z tej odległości skieruje piłkę do bramki było mniejsze, niż trafienie swojej liczby na ruletce.
A potem mamy gola na 2:1. Piłka odbija się od nogi Urugwajczyka – mogła się odbić minimalnie inaczej, strzelec już jej nie kontrolował. Potem trącić mógł ją (próbował) van Persie. Gdyby mu się udało, gola by nie było – spalony. Zresztą, i tak sędzia mógł podnieść chorągiewkę i nie zaliczyć trafienia Sneijdera. Nie podniósł. Przypadek potrójny.
Ale zaraz, zaraz… Jak Holandia awansowała do półfinału? W meczu z Brazylią samobója wbija Melo, a z piłką haniebnie mija się Julio Cesar, który generalnie jest bramkarzem genialnym. Czy to była wytrenowana akcja, czy też akcja, w której decydującą rolę odegrał przypadek? Jak zakończyłby się ten mecz, gdyby w 53 minucie Holendrzy nie wyrównali? Ktoś da sobie palec uciąć, że wyeliminowaliby Brazylię?
Na pewnym etapie decydują więc szczegóły. Grają ze sobą bardzo silne drużyny, czasami tak wyrównane, że wszystko wymyka się spod kontroli. Albo pech śmieje ci się prosto w twarz, albo szczęście ciągnie cię za uszy. Warto czasami spojrzeć na to chłodnym okiem – dostrzec, że wielki wygrany był w pewnym momencie też wielkim szczęściarzem, a wielki przegrany – maksymalnym pechowcem. I że gdyby zagrali ze sobą drugi raz, sytuacja mogłaby się zupełnie odwrócić. Ł»e ten, który dziś jest najlepszy, tak naprawdę wcale najlepszy być nie musi.
Mówi się, że szczęście sprzyja lepszym. Gówno prawda. Szczęście sprzyja, komu chce i wcale bilans szczęścia i pecha w życiu nie wychodzi na zero. W tym turnieju, nie ma się co czarować, Holendrom szczęście sprzyja bardzo (pamiętacie sytuację Słowaka Roberta Vittka, który mógł i powinien doprowadzić do remisu w 1/8 finału albo pierwszy mecz i swojaka Duńczyków?). To nic złego oczywiście, to żaden zarzut. Szczęście jest częścią futbolu. Jednakże częścią, o której często zapominamy. Na nic świetny trener, na nic najlepszy piłkarz, jeśli po prostu to nie jest twój dzień.