Trzeba oddać Jarosławowi Kołakowskiemu, że doprowadził w tym okienku transferowym do dwóch transakcji, których nikt się nie spodziewał – Kamil Glik w Palermo i Paweł Kieszek w FC Porto to majstersztyk menedżera. Teraz wszystko w rękach/nogach piłkarzy – albo sobie poradzą i skorzystają z tej podstawionej im trampoliny, albo połamią sobie zęby. Ale nie mogą powiedzieć: „eh, nigdy nie dostaliśmy szansy zaistnieć”.
Tak czy siak – wskoczyli na głęboką wodę i teraz naprawdę muszą zasuwać, żeby utrzymać się na powierzchni. To już nie Gliwice, gdzie można dłubać w nosie. To nie polska ekstraklasa, gdzie wszystko zostanie ci wybaczone, bo jesteś względnie młody i w miarę niezły.
Ciekawi nas kariera Kieszka. Bo Glik – wiadomo, w iluś tam meczach go widzieliśmy, przebił się z młodzieżówki do pierwszej reprezentacji Polski, kilka razy błysnął (a kilka razy, zwłaszcza wiosną, dał się ograć jak junior). Natomiast Kieszek? Ani przez moment nie uchodził za niezłego i w zasadzie nigdy nie traktowano go jako potencjalną gwiazdę. Ale popatrzmy na to inaczej – chłopak ma 26 lat, pomieszkał rok w Grecji, od prawie czterech lat mieszka w Portugalii. Ładnie, ciepło, przyjemnie. Kiedyś wróci do Polski, z jakimiś tam oszczędnościami na koncie, pozwalającymi kupić ze dwa mieszkania i samochód i nikt mu nie odbierze, że fajnie spędził młodość. Czasami też na tym polega wykorzystanie talentu. A kto wie, może rywal do miejsca w bramce ze dwa razy dostanie bólu brzucha i Kieszek zagra w Lidze Mistrzów?