Nie ma żartów, drodzy kibice. Stefan Majewski zdał próbę generalną i jest już gotowy, by przejąć reprezentację Polski. We wtorek prowadzona przez niego kadra do lat 23 wygrała w Walii 2:1.
Z tą posadą selekcjonera to oczywiście przesada – jest to tylko straszak stosowany przez wyznawców Beenhakkera, by pokazać, że zwolnienie dziadka może być takim z cyklu „z deszczu pod rynnę”. Tak naprawdę Majewski żadnej poważnej funkcji nie dostanie. Teraz tylko poprowadzi najmniej potrzebną drużynę świata, bo coś musi robić.
Odnotujmy, że debiut miał udany – jego podopieczni już do przerwy dwa razy pokonali Lee Idziego, zwinnego niczym kot bramkarza Haverfordwest County (jedyne, co łączy ten klub z wielką piłką, to trener o nazwisku Brazil). Potem nasza drużyna była tak fantastycznie zorganizowana, że dopiero pięć minut przed końcem meczu Craig Moses z Newtown zdobył honorową bramkę dla gospodarzy. Brawo, brawo i jeszcze raz brawo! Aż serce się raduje!
A teraz trochę wyliczeń – nasza kadra na ten wyjazd (piłkarze, trenerzy) liczyła jakieś 25 osób. Bilet na samolot musiał kosztować 1500 złotych w obie strony – to daje 37 500 złotych. Do tego jakieś wyżywienie, hotel – minimum 40 tysięcy poszło w błoto.
Pomyślcie – jest milion sposobów, by taką kasę spożytkować. Kupić do kilkudziesięciu szkół piłki, zatrudnić 20 trenerów na miesiąc, żeby prowadzili zajęcia z dzieciakami na orlikach… Można wymieniać i wymieniać. Wszystko, tylko nie wycieczki dla Majewskiego, Wasiluka, Ćwielonga czy Trytki.