Oto nastąpił koniec reprezentacyjnej kariery Janka od truskawek, jak nazywano menedżera Jana de Zeeuwa. Nie będzie mógł już pracować z drużyną Leo Beenhakkera, a że odszedł też Bogusław Kaczmarek, to rozbity – przynajmniej oficjalnie – został układ mający na celu udzielanie piłkarzom pierwszej pomocy przy zmianie klubów. My się cieszymy, ale też pytamy – czy trzeba było skompromitować się na Euro, by dostrzec, iż menedżer na ławce kadry to sprawa śmierdząca na kilometr? Ale palących pytań jest więcej…
Jan de Zeeuw menedżerem był od bardzo, bardzo dawna. Sprzedawał piłkarzy do Holandii, do spółki z Kaczmarkiem – wytransferowali tam Dudka i Małkowskiego. Później, gdy „Strawberry Monster” (de Zeeuw zajmuje się uprawą truskawek na Kaszubach) był już oficjalnie prawą ręką Leo, to niby miał zaprzestać menedżerskiej działalności, ale szybko o tych zobowiązaniach zapomniał i po ledwie kilku tygodniach udzielał się w prasie jako agent Jerzego Dudka.

Chyba się rozpłaczemy ze smutku – Janek wraca na plantację truskawek

Zastrzeżeń do jego pracy było sporo, choć wszystkie wypowiadane raczej szeptem. A to Franciszek Smuda stwierdził, że Wasilewskiego do Anderlechtu sprzedał właśnie de Zeeuw, a to słychać było, że na kadrze proponowano zmianę klubów Robertowi Kolendowiczowi czy Wojciechowi Łobodzińskiemu… I tak w kółko, tydzień w tydzień, gdzieś pojawiał się jakiś swąd. Potem znikąd pojawił się wiedeński menedżer, który – jak sądziło i sądzi wielu – był holenderską podstawką.

Nas dziwi, że trzeba było się skompromitować na Euro, żeby de Zeeuwa zawrócić na plantację truskawek do Sitna koło Kartuz. Bo brak tu logiki jest kompletny – to on odpowiada za nasze niepowodzenia na boisku? Jeśli tak, to za co pieniądze bierze Beenhakker? A jeśli nie, to dlaczego go zwolniono? Wiadomo – z przyczyn, które opisaliśmy powyżej, ale w takim razie czemu czekano aż tak długo?

Poza tym znaleźliśmy notkę PAP z 12 lipca 2006 roku. „Jan de Zeeuw nie będzie menedżerem reprezentacji Polski. PZPN poinformował, że Holender nie może być zatrudniony w związku ani pełnić jakiejkolwiek funkcji w reprezentacji, bowiem jest agentem kilku polskich piłkarzy”. I co się potem zmieniło, Leo tupnął nogą? A teraz jego tupot już nie robi wrażenia?

Tak naprawdę nawet ta – zasadna – decyzja PZPN ze względu na swój termin i okoliczności pachnie kompromitacją…

Ale jest jeszcze kilka decyzji, których nie rozumiemy. Nie przedłużono umów polskim asystentom Beenhakkera. Czy to oznacza, że ich praca została źle oceniona? A jeśli tak, to czy to równocześnie oznacza, że tak samo źle oceniono pracę samego Leo, a został na stanowisku tylko dlatego, by nie wypłacać mu odszkodowania? To są pytania, na które nikt nie odpowiedział, a szkoda. Bo trochę to wygląda tak, jakby budowniczy zbudował dom, dom by się zawalił, a całą winę by zrzucono na tych, co mieszali cement w betoniarce…

FOT. W.Sierakowski FOTO SPORT