Można mydlić sobie oczy. Można mówić jak Leo Beenhakker – szkoda, że komuś zależało, byśmy nie wyszli z grupy, choć na to zasługiwaliśmy. Można – znów cytując selekcjonera – twierdzić, że pokazaliśmy bardzo wiele. Ale to wszystko stek bzdur. Gdy otrząśniemy się z emocji po meczu z Austrią, musimy na chłodno przyznać sobie jedno – zawiedliśmy kompletnie, na całej linii. Jedynymi piłkarzami, którzy prezentowali poziom godny finałów mistrzostw Europy byli Boruc, Roger oraz momentami Ł»ewłakow i Lewandowski. To za mało. Symptomatyczne, że naszym najlepszym piłkarzem z pola był Roger, który przecież jest w tym zespole zupełnie nowy, jest wręcz ciałem obcym…
Rozpaczanie z powodu decyzji sędziego w ostatnich sekundach meczu z Austrią nie ma sensu z kilku powodów:

Drogi Leo, czas przejrzeć na oczy. Całkowicie spieprzyliśmy to Euro!

1. Nikt nam nie bronił prowadzić 2:0 w ostatniej minucie. No, broniliśmy sobie sami – nie potrafiliśmy stworzyć sobie zbyt wielu sytuacji podbramkowych.
2. Fakt, że w ostatniej minucie było 1:0 dla nas to też zasługa sędziego – przecież gola strzeliliśmy ze spalonego. I o tym zapominać nie powinniśmy.
3. Równie dobrze mogliśmy przegrywać 3:0 lub 4:0 po pierwszych 30 minutach. Oczywiście, dobry bramkarz to część drużyny, ale umiejętności Boruca wykorzystywaliśmy w sposób nieprzyzwoity. Nasza bramka była jedną z najmniej sprawiedliwych w dziejach Euro.
4. Graliśmy z 92. drużyną z rankingu FIFA, która w ataku miała piłkarza z trzeciej ligi niemieckiej i drugiej ligi norweskiej. U nas zawodnicy z Bundesligi nie łapią się do kadry.

Czy z którymś z tych punktów można polemizować? Sami sobie zgotowaliśmy ten los, a umówmy się też, że Mariusz Lewandowski dał sędziemu pretekst, by zagwizdać…

Jednak to Euro to nie mecz z Austrią. To Euro to turniej, w którym jako zespół okazaliśmy się bardzo, bardzo słabi. Zagraliśmy bez polotu, bez fantazji, nudno, drętwo, szablonowo. W dwóch meczach nasi rywale mieli sześć sytuacji sam na sam – to bilans kompromitujący i wstydliwy. Czy można ze stuprocentową pewnością powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko co możliwe, by do mistrzostw przygotować się optymalnie? Czy wszystkie decyzje personalne były trafne?

Jest trochę pytań, które natarczywie powracają…

1. Po co na mistrzostwa pojechał Jakub Wawrzyniak, skoro w ogóle nie był brany pod uwagędo gry? Skoro z założenia jechaliśmy bez lewego obrońcy, to może lepiej było wziąć jeszcze jednego piłkarza ofensywnego?

2. Po co holowano Tomasza Zahorskiego, chociaż gdy przyszło do prawdziwych meczów, okazało się, że już lepiej odkurzyć odstawianego wcześniej Marka Saganowskiego? Czy Zahorski był promowany na siłę?

3. Po co tej drużynie Pazdan? Co musiałoby się stać na Euro, żeby ten zawodnik wszedł na boisko? Ilu piłkarzy musiałoby się równocześnie rozłożyć?

4. Po co zabrano Kokoszkę, a czemu pomijano Arkadiusza Głowackiego? Dlaczego durnia robiono z Macieja Skorży i powoływano zawodników z jego ławki rezerwowych, a nie z podstawowego składu? Efekt był taki, że na mistrzostwach mieliśmy ledwie dwóch środkowych obrońców – Bąka i Ł»ewłakowa. Jop okazał się całkowitą pomyłką.

5. Dlaczego żaden z piłkarzy na tym turnieju nie osiągnął życiowej formy? Czemu słabi byli liderzy – Smolarek, Krzynówek, Ł»urawski, Wasilewski? Czemu też niewielu piłkarzy było chociażby w średniej formie. Skąd tak skandalicznie słabe dyspozycje Jopa, Ł»urawskiego czy Golańskiego. Czy trzeba było wpuszczać ich na boisko by przekonać się, co prezentują.

6. Jak przygotowany był zespół pod względem fizycznym, skoro tak często nękały nas kontuzje, Pawła Golańskiego łapały skurcze w 70 minucie, a Wojciecha Łobodzińskiego „zatykało”.

7. Jaki mieliśmy pomysł na grę ofensywną?

8. Jaka była atmosfera w zespole i skąd dziwne wyjazdy Błaszczykowskiego i Kuszczaka?

9. Czy Zahorski, Pazdan, Kokoszka oraz Piszczek nie zabrali miejsca Brożkowi, Zieńczukowi, Głowackiemu czy Wichniarkowi? Czy naprawdę ta pierwsza czwórka jest lepsza od tej drugiej?

10. Czy beznadziejne mecze sparingowe nie były sygnałem ostrzegawczym? Dlaczego z tych słabych występów nie wyciągnięto choćby najmniejszych wniosków?

11. Co miała oznaczać wypowiedź, że cudem był awans na Euro? Graliśmy w poprzednich dwóch finałach mistrzostw świata, nie byliśmy drużyną z buszu, nie byliśmy Trynidadem i Tobago. Drogi Leo, nie dokonałeś cudu, tylko w ładnym stylu zrealizowałeś zadanie…

12. Co ma znaczyć, że zasłużyliśmy na wyjście z grupy? Czyim kosztem? Niemców czy Chorwatów? Z pierwszego czy drugiego miejsca?

13. Jak długo jeszcze będziemy się odwoływać do meczu z Portuglią, od którego minęło już 20 miesięcy? Ile dobrych spotkań rozegrała od tamtej pory nasza kadra?

Pytania można wymyślać dalej, wszystkie sprowadzają się do krótkiego „Leo, why?”. Nie piszemy tego, by Beenhakkera zwalniać, tylko po to, by go sprawiedliwie ocenić. Każdy ma prawo do błędów, on też. I naszym zdaniem popełnił ich wiele. Oczywiście – można paść przed Holendrem na kolana i prosić o dalsze kazania, kolejne regułki, jak to się wychodzi z drewnianych pudełek. My jednak zamiast tego wolelibyśmy usłyszeć odpowiedzi na niewygodne kwestie. Niech nie powtarza ciągle, że operacja się udała, skoro pacjent zmarł.

I słowo na koniec – tego tekstu nie należy traktować jak wyzłośliwiania się. Gdybyśmy chcieli być naprawdę złośliwi, zapytalibyśmy też – jak to jest, że na dziewięć meczów w wielkich turniejach, nie wygrał pan ani jednego, mając rywali takich jak Egipt, Irlandia (a w składzie Van Bastena i Rijkaarda) czy Austria? Ten akapit napisaliśmy tylko dlatego, że Beenhakker lubi patrzeć na nas z góry, z perspektywy guru. Ale czasami też mógłby spojrzeć krytycznie na siebie.

Przeczytaj tekst o meczu z Austrią – kliknij tutaj

O reprezentacji Polski na Euro czytaj na blogu Wojciecha Kowalczyka – kliknij tutaj

O Ebim Smolarku czytaj na blogu Grzegorza Szamotulskiego – kliknij tutaj

O naszym występie na Euro czytaj na blogu Jana Tomaszewskiego – kliknij tutaj