Jak z podciętymi skrzydłami. Polacy słabo wypadli w Ruce
Inne sporty

Jak z podciętymi skrzydłami. Polacy słabo wypadli w Ruce

Jeśli Michal Dolezal miał wnieść nową jakość do formy prezentowanej przez naszych zawodników, to na razie zupełnie tego nie widać. Na początku nowego sezonu zamiast skoku na wyższy poziom, zanotowaliśmy bowiem skok w przeciętność. Nasi zawodnicy zgodnie postanowili dziś nie wchodzić do najlepszej dziesiątki konkursu w Ruce. 

W Wiśle było jeszcze całkiem nieźle. Na podium stanął Kamil Stoch, a w dziesiątce znalazł się też Dawid Kubacki. Jak na start sezonu w loteryjnych warunkach – wynik do zaakceptowania. W Ruce, wiadomo, też powiać potrafi. Choć dziś było całkiem sprawiedliwie, pecha miało jedynie kilku skoczków. Wśród nich, niestety, Stoch. W drugiej serii skaczący przed nim Philipp Aschenwald miał odjętych dziewięć punktów za korzystny wiatr. Kamil? Dodane 1,7. Wiadomo, Polakowi zawsze wiatr w plecy. Tak to już jest.

Wspomniany Aschenwald skoczył przy dobrym wietrze grubo ponad 140 metrów, Stoch nie mógł odlecieć i pacnął na 118,5. Przez to nie został dziś nawet najlepszym z Polaków, choć po pierwszej serii można było oczekiwać, że właśnie tak się stanie. To zresztą był dziwny konkurs – aż sześciu naszych zawodników awansowało do najlepszej „30” (przepadł tylko Klemens Murańka), ale powodów do optymizmu zanadto nie mieliśmy. Żadnego nie było bowiem w czołowej dziesiątce, a o podium nie dało się nawet marzyć.

Warto wspomnieć, że mało brakowało, by był to najgorszy konkurs w wykonaniu naszych skoczków od czterech lat. O tym, że tak się nie stało, zadecydował… Sepp Gratzer. To ten gość, którego widzicie czasem na ekranie, gdy sprawdza zawodnikom buty, kombinezony i całą resztę ich osprzętu. Dziś zdyskwalifikował aż pięciu skoczków. I to wcale nie jakichś Kazachów czy innych Ukraińców, którzy plątali się w jej ogonach. Wręcz przeciwnie.

Już w pierwszej serii z rywalizacji wypadli Johann Andre Forfang i Robert Johansson. Obaj Norwegowie po swoich skokach siedzieli sobie wygodnie w czołówce i spokojnie mogliby walczyć o podium, a nawet i zwycięstwo w konkursie. Tyle że nie pozwolił im na to materiał, z którego wykonano ich kombinezony. Bo, jak przyznał Johansson, to właśnie on jest tu największym problemem. Dobrze, że nie wprowadzono jeszcze dyskwalifikacji za wąsy (hej, to przecież dodatkowa powierzchnia nośna!), bo Robert zaliczałby DQ co konkurs. Dla Norwegów nie był to jednak koniec przygód z Gratzerem. W drugiej serii wyleciał do tego Marius Lindvik, a do tego dwaj Słoweńcy – Peter Prevc i Anze Semenić, którzy już witali się z miejscami na podium, a tu przyszedł pan Austriak z miarką i okazało się, że mogą im tylko powiedzieć „do następnego”.

No i właśnie przez to Dawid Kubacki podskoczył na 12., a Piotr Żyła na 13. miejsce, co oznaczało, że miewaliśmy w ostatnich sezonach gorsze konkursy. Nie wiemy, czy można to uznać za powód do jakiegokolwiek optymizmu, ale przynajmniej oznacza to, że za Horngachera też nie zawsze było idealnie, a ogólny obraz raczej nas cieszył. Reszta naszych skoczków? Stoch był 16., Maciej Kot 18., Hula 22., a Kuba Wolny – po bardzo słabym skoku w drugiej serii – zajął 27. miejsce, najgorsze wśród skoczków bez DQ przy nazwisku. Przyznacie sami – nie są to wyniki, które mogłyby nas zachwycić. Choć na przykład Stefan Hula był całkiem zadowolony.

– Skoki oceniam na plus. Próbny mi nie wyszedł, ale konkursowe były już dobre, nawet ten drugi, choć metry mówią co innego. Po pierwszej serii się ucieszyłem, bo dawno nie było już tak w zawodach. To dodaje wiary w siebie. Procentuje praca latem. W Wiśle było, jak było, ale to historia, teraz zrobiłem krok do przodu – mówił „Przeglądowi Sportowemu”.  Kamil Stoch i Dawid Kubacki zgodnie za to przyznawali, że rezerwy w swoich próbach mają jeszcze ogromne. I dobrze, fajnie coś takiego słyszeć. Ale jeszcze fajniej byłoby zobaczyć. Mamy nadzieję, że doczekamy się tego już jutro.

Bo po dzisiejszym konkursie więcej powodów do radości mieli nawet Norwegowie, którym przeszkadzał Sepp Gratzer. Drugi raz w tym sezonie najlepszy okazał się bowiem Daniel Andre Tande, a to przecież gość, który wraca po kontuzji i miał sobie spokojnie skakać. Tymczasem Daniel potrafi odpalić prawdziwe torpedy z progu, a potem odlecieć fenomenalnie daleko. No i zakłada inny kombinezon niż koledzy, co pozwoliło mu to miejsce zachować nawet po wizycie u Gratzera.

Mówi się, że jego bardzo dobra forma, to zasługa wprowadzenia do swojego skakania techniki skopiowanej od… Ryoyu Kobayashiego. Jeśli faktycznie tak jest – rywale mają się czego obawiać. Bo pamiętamy, co robił zeszłej zimy Japończyk. Ten zresztą, swoją drogą, wygląda trochę tak, jakby Tande  wyssał z niego część tej formy. Bo skacze nieźle, ale bez błysku. Jakby ktoś podciął mu skrzydła.

Czyli zupełnie jak Polacy.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (1)