Liverpool musiałby sprzedać 7 razy więcej koszulek, by zwrócił się transfer Mane
Weszło Extra

Liverpool musiałby sprzedać 7 razy więcej koszulek, by zwrócił się transfer Mane

Dlaczego w mediach nieustannie lądują poufne ustalenia dotyczące transferów i kontraktów? Czy zawodnicy przejmują część władzy od klubów? Jak najnowsze zmiany reguł we Włoszech i Anglii wpłyną na te rynki transferowe? Jakie skutki może mieć Brexit – z umową lub bez umowy – dla swobody zatrudniania nowych zawodników przez kluby Premier League? Czy Finansowe Fair Play się sprawdza? Jakie są największe błędy w pojmowaniu rynku transferowego i czy da się spłacić transfer ze sprzedaży koszulek? Wszystkie te pytania zadaliśmy Danielowi Geey’owi, autorowi książki „Umowa stoi” i prawnikowi, który uczestniczył między innymi w procesie przejęcia Arsenalu, Swansea, Portsmouth czy Glasgow Rangers.

Jak zostaje się prawnikiem, który obsługuje jedne z największych transakcji w świecie piłki nożnej?

– Ile mamy czasu? (śmiech) Dorastałem jako kibic Liverpoolu, każdego wieczora, w każdy weekend spędzaliśmy długie godziny z moją rodziną, ojcem, kuzynostwem, rozmawiając wyłącznie o piłce. Bardzo wiele osób w mojej rodzinie jest prawnikami – ojciec, wujek. Pomyślałem, że dobrym pomysłem będzie ukończenie studiów prawniczych – nawet jeśli nie pracowałbym później w zawodzie, zawsze mógłbym się zająć czymś innym. Po studiach dostałem pracę. Podczas studiów pisałem pracę o decyzji w sprawie Paula Bosmana, a następnie – na przełomie wieków – na temat reformy systemu transferowego FIFA. Nagle zrozumiałem, że mogę łączyć prawo z elementami piłki nożnej. Że to byłoby coś wspaniałego. Przekonałem więc mojego ojca, by zapłacił mi za dodatkowy rok studiów. Pracę magisterską napisałem na temat praw do transmisji w Europie. Od tamtej pory nieustannie starałem się każdą wolną chwilę poświęcać poszerzaniu wiedzy w dziedzinie prawa sportowego. Transfery, Third Party Ownership, spory, Finansowe Fair Play. Śledziłem wszystkie sprawy z tym związane, starałem się zrozumieć mechanizmy, przepisy obowiązujące agentów… Powoli budowałem swoją wiedzę. Pracowałem z wieloma dużo bardziej doświadczonymi prawnikami ode mnie nad przejęciami klubów – Arsenalu, Portsmouth, Glasgow Rangers, ostatnio Swansea. Zbudowałem też bardzo dobre z wieloma agentami, więc gdy dziś kluby robią transfery, chcą podpisać nowy kontrakt, nową umowę sponsoringową, mają problem z gazetami, wiele z nich wybiera mój numer. Krok po kroku zbudowałem swoją pozycję w tym świecie.

A jak zacząłeś? Jaka była twoja pierwsza sprawa jako piłkarski prawnik?

– Zabawne, że nazywasz mnie „piłkarskim prawnikiem”. To bardziej seksowna opcja nazwania tego, czym się zajmuję. Tak naprawdę jestem prawnikiem od kontraktów komercyjnych, prawnikiem rozwiązującym spory, prawnikiem od własności intelektualnej, prawnikiem od zarządzania reputacją. Te wszystkie nie brzmiące najciekawiej dziedziny, zebrane do kupy, można uogólnić nazywając mnie „piłkarskim prawnikiem”.

Odpowiadając na twoje pytanie – moją pierwszą sprawę dostałem jakieś dwa miesiące po tym, jak zatrudniłem się w pierwszej kancelarii, amerykańskiej. Zdążyłem już wtedy dać znać absolutnie każdemu prawnikowi w firmie, że jestem prawdziwym pasjonatem piłki nożnej i zastosowania prawa w tejże. Jeden z partnerów zadzwonił do mnie pewnego piątkowego popołudnia mówiąc, że naszym klientem został bank mający zamiar wykupić część zadłużenia pewnego klubu. Miałem wyjaśnić, jak dystrybuowane są pieniądze z praw telewizyjnych, ile ich jest. Dla mnie to była fantastyczna robota. Musiałem przeczytać zasady, przygotować prezentację dla dziesięciu prawnikom Citibanku. To był początek mojej przygody.

A która ze spraw, w jakich uczestniczyłeś, była najtrudniejsza?

– Zwykle najtrudniejsze są te sprawy, których się nie spodziewasz. Czasami kompletnie rujnują one życie codzienne. Muszę tłumaczyć mojej żonie, że oto trzeba przygotować kolejną transakcję, że dzieje się ona właśnie w tej chwili. Nie raz rozpisywałem szczegóły transakcji jakimś ledwo piszącym długopisem na kilku serwetkach w restauracji. W jednym ręku jeden telefon, w drugim drugi, na oba przychodzą wiadomości WhatsApp, maile.

Najtrudniejszą sytuację miałem, gdy akurat dochodziło do przejęcia klubu. Wyleciałem na dwutygodniowe wakacje w piątek, a w sobotę zadzwonił klient, by powiedzieć, że w tym tygodniu będą podpisywane wszystkie papiery i umowa zostanie sfinalizowana, więc muszę wracać do domu. Moje wakacje trwały jeden dzień, w niedzielę siedziałem już w samolocie powrotnym. Żeby było jeszcze śmieszniej, dniem, kiedy wszystko zostało dopięte, były moje urodziny. Miałem zjeść kolację z żoną, ale wszystko skończyło się tak późno, że nie miałem już na to ochoty, marzyłem tylko o tym, żeby znaleźć się w łóżku.

Krótko mówiąc – najtrudniejsze są te sprawy, którymi nie możesz zająć się w biurze, których się nie spodziewasz, tymczasem nagle wiele rzeczy zaczyna się dziać w bardzo krótkim czasie. Musisz równocześnie pamiętać, żeby chronić interes swojego klienta. Bardzo łatwo mówi się „tak”, dużo trudniej jest powiedzieć „nie”.

View this post on Instagram

Done Deal Polish style! #DoneDeal ⚽️📖🇵🇱

A post shared by Daniel Geey (@footballlaw) on

We Włoszech właśnie zmieniają się przepisy dotyczące opodatkowania wynagrodzeń między innymi piłkarzy. Jaki może to mieć wpływ na rynek transferowy?

– Wysokość podatku dla piłkarzy i ludzi z branży rozrywkowej, została znacząco obniżona. W efekcie włoskie kluby będą w stanie zatrudniać zawodników ponosząc mniejsze koszta, bowiem by uzyskać oczekiwane przez zawodnika wynagrodzenie netto, klub będzie zmuszony zapłacić niższą kwotę brutto niż dotąd. Pojawiają się jednak dwie wątpliwości. Po pierwsze – chcąc kupić piłkarza z elity, nadal trzeba będzie zapłacić ogromną sumę transferową. Po drugie – zawodnicy oczekują zwykle więcej, aniżeli tylko pieniędzy. Chcą wygrywać trofea, awansować daleko w Lidze Mistrzów, żyć w fajnym mieście. No i o ile w latach 80. włoskie kluby mogły ściągać najlepszych zawodników na świecie, tak dziś LaLiga i Premier League wydają się być atrakcyjniejsze. Nowe prawo podatkowe nie sprawia, że Serie A nagle stanie się najpotężniejsza, jest po prostu pewną nową przewagą, jakiej włoskie kluby wcześniej nie miały. Przynajmniej w jakimś stopniu równoważącą na przykład przewagę posiadaną przez kluby angielskie z racji ogromnych kwot otrzymywanych z tytułu praw do transmisji.

Zmieniają się też pewne zasady w Premier League, odnośnie limitu płacowego, czy raczej limitu podwyżki płac w sezonie.

– Główną zasadą pozostaje wciąż ta, że kluby nie mogą w trzyletnim okresie wydać ponad 105 milionów funtów więcej niż zarobiły, a więc mieścić się w zasadach Financial Fair Play Premier League – te narzucone przez UEFA są bardziej restrykcyjne. Nie został jeszcze wydany nowy podręcznik z zasadami obowiązującymi w Premier League, ale z raportów, jakie pojawiły się w The Times wynika, że z przepisów znikają krótkoterminowe zasady kontroli kosztów. Co to znaczy? W zeszłym roku nie mogłeś wydawać na płace sumy większej o 7 milionów funtów niż w roku poprzednim, o ile nadwyżka nie została pokryta przez nowe przychody komercyjne. Wyjątkiem byli beniaminkowie, którzy – przy utrzymaniu innych zasad – mogli znacząco zwiększyć swój budżet płacowy.

Od nowego sezonu ta zasada przestaje obowiązywać, pytanie brzmi: czy kluby, które głosowały za jej zniesieniem relatywnie niedawno, zdążą w związku z tym zmienić swoją strategię i zaimplementować ją już w trwającym oknie transferowym? Na pewno dzięki temu klubom będzie łatwiej inwestować w płace swoich zawodników niż w ostatnich sześciu latach, kiedy ta zasada obowiązywała.

Kto twoim zdaniem skorzysta na tym najbardziej?

– Weźmy za przykład Arsenal. Zeszłego lata ten klub przedłużył kilka dużych kontraktów. Bardzo możliwe, że z tego powodu – zbliżenia się do granicy siedmiu milionów – mogli nie być w stanie kupić nowych zawodników. Bo wiedzieli, że przyjście kolejnych zawodników sprawi, że klub złamie obowiązujące zasady.

Mogło to też sprawić, że nie zdecydowano się Aaronowi Ramseyowi zaoferować takiej umowy, by ten pozostał w klubie.

– Dokładnie. Nowe zasady mogą oczywiście być pomocne dla zespołów spoza wielkiej szóstki. Ale i najwięksi do tej pory, gdy decydowali się w ciągu jednego roku przedłużyć kilka wysokich kontraktów i dać tym samym kilka podwyżek, miewali związane ręce jeśli chodzi o sprowadzanie zawodników o wysokim profilu, którym trzeba by było zaoferować równie wysokie uposażenie. Liverpool w ostatnich trzech-czterech okienkach ściągnął wielu zawodników na wysokie kontrakty, przedłużył w ostatnim czasie kilka dużych umów – Mane, Firmino, Salaha. Słyszałem, że Virgil van Dijk renegocjuje obecnie swoją umowę. Dla nich to także duża korzyść.

Jak Brexit może wpłynąć na piłkę nożną, na cały rynek transferowy?

– Możemy tylko zgadywać, jak to będzie. Mój pogląd na Brexit jest taki, że to potworna strata czasu. Sami siebie krzywdzimy pod względem ekonomicznym, ograniczamy napływ talentów do Wielkiej Brytanii, nie tylko piłkarskich, ale w bardzo wielu sektorach. Premier League jest ekosystemem, który symbolizuje wiele pozytywnych aspektów handlu międzynarodowego. Jest miejscem pracy wielu indywidualności z całej Europy, całego świata. Moim zdaniem są trzy realne perspektywy, zależne od tego, czy do Brexitu dojdzie, czy będzie to wyjście z Unii Europejskiej w porozumieniu z UE, czy też twardy Brexit, bez umowy.

Opcja pierwsza – do Brexitu nie dochodzi, wszystko pozostaje takim, jakim jest. Ale nie wydaje mi się, by ten scenariusz miał się spełnić.

Opcja druga – Brexit bez umowy. W takim wypadku spodziewałbym się, że każdy, kto nie jest pracownikiem z Wielkiej Brytanii, musi spełnić wszystkie kryteria obowiązujące dziś dla obywateli krajów spoza Unii Europejskiej. Nie byłoby to może tak problematyczne dla kontraktów już zawartych, ale dla wszystkich nowych umów.

Opcja ostatnia – Brexit z umową. Trudno jednak stwierdzić już dziś, jak będzie wyglądało porozumienie ministerstwa spraw wewnętrznych z The FA, Premier League, Football League. Czy będą przyznawane punkty za spełnienie kryteriów i po osiągnięciu pewnej ich liczby będzie przyznawane pozwolenie na pracę, czy może w momencie zaoferowania przez klub kontaktu, wiza byłaby przyznawana automatycznie? Czy różnić będzie się traktowanie w tym względzie zawodnika z Polski i na przykład z Francji? Bo przecież umowy handlowe pomiędzy Wielką Brytanią a Polską i Wielką Brytanią a Francją mogą się po Brexicie różnić. A może uprzywilejowani staną się w ciągu kilku najbliższych lat na przykład Argentyńczycy, bo Wielka Brytania podpisała bardzo korzystną umowę handlową z tym krajem?

W mojej opinii sytuacji, w jakiej znalazła się obecnie Wielka Brytania, daleko do optymalnej. Tak, dzięki temu prawnicy jak ja będą mieć więcej pracy, ale koniec końców minusy zdecydowanie przeważają nad plusami.

Czy twoim zdaniem Finansowe Fair Play dobrze spełnia swoją rolę?

– Zawsze mocno broniłem FFP. Na początku jego wprowadzenie miało kilka głównych celi: zrównoważony rozwój europejskich klubów, zysk i zwiększanie przychodów, a w efekcie – sprawienie, by kluby wychodziły na czysto. W wielu branżach zysk jest celem nadrzędnym, w sporcie zawsze chodziło o coś innego. Kluby piłkarskie są dziwnymi firmami, ponieważ nie chcą maksymalizować zysku, tylko maksymalizować chwałę, liczbę zdobytych trofeów.

W przeszłości właściciele nie byli w żaden sposób zachęcani, by ich klub przynosił zysk, w efekcie czego wydawali bez umiaru na transfery, płace. Kiedy wprowadzono zasady FFP, roczna strata europejskich klubów wyniosły łącznie 1,7 miliarda euro. Z kolei w ostatnim sezonie, według raportu UEFA, kluby przyniosły zysk w wysokości około 300-400 milionów euro. Choćby z tego powodu Finansowe Fair Play po prostu trzeba potraktować jako dobrą zmianę w europejskiej piłce. Kluby skupiają się mocniej na zrównoważeniu zarobków i wydatków. W samej Anglii widzieliśmy bardzo wiele przypadków, gdy kluby ogłaszały upadłość, miały ogromne problemy finansowe. Koniec końców najbardziej cierpią fani. Gdy patrzą, jak ich ukochany zespół spada z ligi, czasami wręcz zostaje rozwiązany.

Krytycy Financial Fair Play wskazują, że ta zasada uniemożliwia klubom z drugiego szeregu przebicie szklanego sufitu i dołączenie do najbardziej uznanych marek. Krótko mówiąc – kibice żadnego średniaka nie mają szans doświadczyć tego, czego doświadczyli w ostatniej dekadzie fani Manchesteru City.

– To prawda. Ale moim zdaniem idea racjonalnego wydawania pieniędzy musi być czymś dobrym. Poza tym UEFA nieco rozluźniła zasady FFP względem tych wprowadzonych na starcie. Kluby mogą obecnie porozumieć się z UEFA. Jeśli przedstawisz europejskiej federacji maksymalnie czteroletni plan wydatków uwzględniający wydanie większej ilości pieniędzy niż jest to dozwolone według przepisów FFP, a więc klub przyniesie stratę przekraczającą 30 milionów euro w trzyletnim okresie, ale jednocześnie udowodnisz, że po tym krótkim czasie wyrównasz bilans finansowy, UEFA może pójść na takie ustępstwo. Są więc sposoby, wyjątki, które pozwalają klubom wydawać nieco więcej, jeśli tylko w dłuższym okienku czasowym będą w stanie te wydatki zrównoważyć.

Czy z FFP były pewne problemy? Tak. Wątpliwości odnośnie konkretnych sankcji dla konkretnych klubów? Pewnie tak. Takie decyzje zawsze będą budzić kontrowersje, jak choćby ta ostatnia, o wykluczeniu AC Milan z rozgrywek Ligi Europy. Ale nie tylko oni byli karani, wykluczani z różnych rozgrywek.

Raz jeszcze: czy FFP jest idealne? Nie, nie jest. Ale sytuacja finansowa w piłce jest lepsza dziś niż wcześniej, przed jego wprowadzeniem.

Zrzut ekranu 2019-07-2 o 16.23.19

Największym problemem zdaje się być fakt, że najwięksi nie dostają najsurowszych kar i nie zanosi się chyba, by wykluczone z rozgrywek Ligi Mistrzów miały być PSG, Manchester City. Jeśli ktoś jest w ten sposób karany, to kluby pokroju Dynama Moskwa, Galatasaray. Znane, ale nienależące do najściślejszej czołówki.

– Każdą sytuację trzeba oceniać indywidualnie. Weźmy Manchester City, PSG. Oba te kluby złamały zasady Financial Fair Play, ale dobrowolnie poddały się karze, jaka zostanie im wymierzona, byle tylko zostały dopuszczone do Ligi Mistrzów. UEFA zgodziła się na to, jednocześnie stawiając naprawdę wiele warunków. Wyznaczyła obu klubom limit wydatków transferowych, płacowych, zmniejszyła liczbę zawodników, jakie obie te drużyny mogły zgłosić do rozgrywek, ich nagroda pieniężna za udział w Champions League została zmniejszona.

Mówisz o Dynamie Moskwa. Ich sprawa została opublikowana. Rosjanie wydali 230 milionów euro więcej niż było im wolno, zawyżyli swoje umowy sponsorskie. Jeśli dobrze pamiętam, w przypadku Galatasaray chodziło o naruszenie warunków ugody, jaką klub już wcześniej zawarł z UEFA.

Jeśli chodzi o obecną sytuację odnośnie Manchesteru City, to nie dotyczy ona naruszenia przepisów, a tego, że klub nie był transparentny, gdy miał trzymać się wytycznych UEFA. Stąd ciekawa jest dla mnie ostateczna decyzja.

Przewijającym się już od dłuższego czasu tematem jest sprzedaż Newcastle United. Mike Ashley – jeśli wierzyć jego oświadczeniom – próbuje to zrobić od prawie jedenastu lat. Co w procesie sprzedaży klubu jest najbardziej skomplikowane?

– Sprzedaż klubu odbywa się w następujący sposób: najpierw musisz uzgodnić cenę. Brzmi to bardzo prosto, ale zupełnie takie nie jest. Kupując, na początku musisz ją oszacować niejako w ciemno, bez znajomości aktywów i pasywów klubu. Załóżmy, że ustalicie cenę na sto milionów funtów. Podpisujesz wtedy umowę wstępną, w której deklarujesz zapłatę ustalonej kwoty po przeprowadzeniu audytu. Jeśli sprawdzając dokumenty klubu nie znajdziemy niczego, co jest dla nas problemem, to celem jest podpisanie umowy w ciągu sześciu miesięcy. Zwykle jednak są rzeczy, które kupujący prawnicy i księgowi znajdą, a o których sprzedająca strona niekoniecznie chciała informować. To bywają problemy z podatkami, nieposiadanie praw do stadionu. Kupujący może na przykład myśleć, że w ciągu trzech najbliższych lat spłyną do klubu płatności za transfery kilku sprzedanych w ostatnim okresie zawodników, tymczasem sprzedający mógł na poczet kolejnych rat transferu sprzedać raty transferu bankowi, by otrzymać swoje pieniądze szybciej. Ważne są też okoliczności – jeśli klub walczy o utrzymanie, o awans, o wejście do Ligi Mistrzów, zwykle obie strony chcą zaczekać, co z tego wyniknie. Dlatego wiele sprzedaży klubu tak bardzo rozciąga się w czasie.

Ile faktycznej historii transferu dostajemy w transferowych newsach i dlaczego media wiedzą tak wiele o umowach, które w gruncie rzeczy powinny być tajne? Śmiało możemy powiedzieć, że na przykład jeszcze przed ogłoszeniem transferu Aarona Wan-Bissaki do Manchesteru United, wiedzieliśmy wszystko o kwocie, zarobkach, długości umowy, o tym, że Palace chciało wymazania klauzuli 25% od kolejnego transferu Wilfrieda Zahy jako części umowy…

– Każdy przeciek ma swój cel. Inteligentny czytelnik zrozumie, jaki jest cel wypuszczenia w świat konkretnej historii. Nie zada pytania: „co jest napisane?”, tylko: „dlaczego jest napisane”. Czy historia jest przedstawiona z punktu widzenia klubu, agenta czy może z punktu widzenia zawodnika. Odbiorcy potrafiący wyłapywać niuanse będą w stanie umieścić tekst na skali, wskazać, kto na takim czy innym postawieniu sprawy zyska najwięcej. Zwykle, gdy ku podpisaniu umowy zbliża się jakiś wielki transfer, sprawa jest przedstawiana na dwa sposoby. Jedna redakcja napisze „klub X wykonał kawał dobrej roboty sprzedając zawodnika Y za 50 milionów euro”. Druga z kolei: „klub Z wynegocjował fantastyczne wzmocnienie za 50 milionów euro, ale tylko 10 milionów gwarantowanych i 40 w bonusach”. Prawda jest taka, że w dzisiejszych czasach, kluby i agenci wtajemniczają wybrane redakcje z konkretnych powodów. Czasami doniesienie o zainteresowaniu zawodnikiem jednego klubu ma tak naprawdę ściągnąć na niego uwagę innego klubu. Często zawodnik lub ktoś z jego otoczenia daje znać, że jego obecny klub niekoniecznie spełnia jego ambicje. Czy to naruszenie zasady poufności? Całkiem możliwe. Koniec końców kontrakt jest umową, która z natury jest poufna.

Co twoim zdaniem jest największym błędem w pojmowaniu przez „zwykłych” kibiców rynku transferowego?

– Myślę, że jest kilka takich rzeczy. Po pierwsze – ludzie zwykle myślą, że agenci mają bardzo łatwą robotę, że przy doprowadzaniu transferu do końca szczególnie się nie przepracowują. Odbierają telefon, dzwonią do dyrektora wykonawczego i pięć minut później transfer jest przyklepany, następnego dnia jest umawiana sesja fotograficzna, koniec. Z mojego doświadczenia wynika, że większość transferów – nawet jeśli same negocjacje między klubami są krótkie, trwają jeden, dwa dni – są przygotowywane od dwunastu do osiemnastu miesięcy wcześniej. Agent musi bowiem zorientować się w sytuacji, w popycie na swojego zawodnika w trzydziestu, może czterdziestu klubach w tym samym czasie. Musi zbudować relację z dyrektorami wykonawczymi, skautami, dyrektorami technicznymi. By wiedzieć, którzy zawodnicy w najbliższej przyszłości odejdą z klubu, jacy piłkarze są już szykowani do przenosin do tego klubu. Poznać budżet, filozofię klubu, jego obecne potrzeby. Krótko mówiąc – dowiedzieć się, jak należy najlepiej rozegrać cały transfer. A potem oczekujesz na perfekcyjny moment – wiesz, że jeden klub potrzebuje prawego obrońcy, że obecny klub prawego obrońcy, którego interesy prowadzisz, jest skłonny go sprzedać. Jeśli wykonałeś swoją pracę przez tych kilkanaście miesięcy należycie, znasz budżet klubu kupującego, wiesz, ile może zaoferować, wtedy dopiero chwytasz za telefon i wykonujesz tę „jedną rozmowę”, dopinasz transfer na ostatni guzik. A i w takim momencie może się okazać, że twój zawodnik nie jest pierwszym, tylko na przykład trzecim wyborem na swojej pozycji.

David Moyes w Evertonie miał rozpisanych aż po dziesięć celów transferowych na każdą pozycję.

– Dokładnie. Klub, który szuka prawego obrońcy, może negocjować nie tylko z tobą, ale też z dwoma agentami zawodników będących jeszcze wyżej na liście celów. Rynek agentów jest niezwykle skomplikowany. Opracowanie strategii, która zadziała, jest piekielnie trudne. Dlatego postrzeganie agentów jako tych, którzy zarabiają wielkie pieniądze, jednocześnie nie robiąc za wiele, to potężne przekłamanie. Jak dla mnie to jedna z najbardziej niepewnych profesji na świecie – możesz przecież stracić zawodnika na rzecz innego agenta w przededniu wielkiego transferu, który oznacza też sowitą prowizję.

Innym błędem w pojmowaniu rynku jest twierdzenie, że transfer za 35 milionów funtów oznacza, że w dniu przeprowadzenia transferu klub kupujący wykonuje przelew na 35 milionów funtów na konto klubu sprzedającego. W przypadku zdecydowanej większości transferów, przy których pracowałem, płatność była rozłożona na raty. Zdarzały się też zapisy, które sprawiały, że większa część pieniędzy nigdy nie musiała zostać zapłacona. Ludzie często nie rozróżniają różnicy pomiędzy kwotą gwarantowaną, a bonusami, które są zależne od wygrania krajowego tytułu, pucharu, zwycięstwa w Lidze Mistrzów.

Ja dorzuciłbym do tych błędnych koncepcji transfery, które spłacają się ze sprzedaży koszulek. Co jakiś czas przy transferze gwiazdy z najwyższej półki powtarza się tezę, że w kilka dni uda się odzyskać kwotę transferu, bo cały świat rzuci się do sklepów.

– Umowy „koszulkowe”, zwykle opierają się na gwarantowanej zapłacie z góry. Takie kontrakty zwykle opierają się na tym, że producent wyznacza pewną granicę. Powiedzmy że mówimy o Liverpoolu, który chciałby, by ze sprzedaży strojów spłacił mu się transfer Sadio Mane. Producent – tutaj New Balance – płaci Liverpoolowi z góry w ramach umowy sponsorskiej kilkadziesiąt milionów funtów. W zamian gwarantuje sobie stuprocentowy udział w zyskach ze sprzedaży dwóch milionów koszulek. Dopiero od strojów sprzedanych powyżej tej granicy, klub może dostać jakiś procent. Powiedzmy że przy koszulce wartej 50 funtów, za każdą sztukę sprzedaną po sprzedaży tych dwóch milionów z umowy, klub dostaje 10 funtów. Jeśli Mane kosztował Liverpool 34 miliony funtów, musiałby sprzedać dwa miliony koszulek, by dobić do wyznaczonej przez producenta granicy, a później prawie trzy i pół miliona, by zwrócił mu się transfer Senegalczyka. Trzeba też postawić pytanie: na ile sam transfer wpłynął na sprzedaż koszulek? Czy faktycznie sam Mane „sprzedał” te ekstra trzy i pół miliona? To jednak tylko dywagacje, bowiem dane mówią o około 800-900 tysiącach koszulek sprzedanych przez Liverpool w skali sezonu, a więc daleko od wyznaczonej przez producenta granicy.

Patrzę na przykłady takie jak Aaron Ramsey, który dzięki temu, że doprowadził swój kontrakt z Arsenalem do końca, w Juventusie otrzymał drugi najwyższy kontrakt po Cristiano Ronaldo. Trzeci, gdy do klubu dołączy Matthijs de Ligt. Czy twoim zdaniem zawodnicy w pewnym sensie przejmują władzę? Myślisz, że wiedząc, jak wiele mogą tym samym ugrać – bo nie trzeba za nich płacić żadnemu klubowi – zawodnicy będą nalegać na krótsze umowy? By – jak w NBA – po ich zakończeniu móc przebierać w ofertach i wybrać tę najlepiej spełniającą ich wymagania?

– Ponieważ zawodnicy mogą zmieniać barwy na zasadzie wolnego transferu, na pewno mogą wynegocjować sobie dużo lepsze kontrakty, klubowi odpada bowiem zmartwienie pod tytułem: kwota odstępnego. Z drugiej strony, jeśli zbliżasz się do końca kontraktu i doznajesz poważnej kontuzji, twoja kariera może być w tym momencie skończona. Żaden klub nie zatrudni cię wiedząc, że właśnie zerwałeś więzadła krzyżowe i nie będziesz mógł grać przez około rok. Zauważ, że takich wolnych transferów zawodników z wysokiej półki każdego roku jest zaledwie kilka. Mówię o elicie, o piłkarzach, którzy mogą dzięki temu ugrać bardzo wysoki, lukratywny kontrakt. Pięć? Może sześć? Wciąż nie zdarza się to szczególnie często, Juventus jest ewenementem, mistrzem w załatwianiu takich rzeczy. Będąc u szczytu kariery, doprowadzenie kontraktu do końca jest brawurowym posunięciem. O ile oczywiście agent wcześniej nie ustalił bardzo dobrych warunków umowy w nowym klubie.

Zdecydowana większość piłkarzy z mniejszych klubów, z niższych dywizji, zwykle i tak podpisuje roczne, dwuletnie kontrakty, bo klubów nie stać na dłuższe umowy. Ci gracze muszą się przejmować tym, że mają bardzo krótkie kontrakty i nie wiedzą, czy za rok, dwa znajdą klub, który zapłaci im na podobnym poziomie.

Jakiś czas temu FIFA zabroniła Third Party Ownership, a więc własności osób trzecich – możliwości wykupu części udziałów w zawodniku przez firmę niebędącą klubem piłkarskim. A więc kontrowersyjną praktykę, ale i coś, co pozwoliło Atletico czy FC Porto zatrudniać piłkarzy, na których normalnie te kluby nie byłoby stać. Twoim zdaniem to dobrze, że TPO zostało zabronione?

– Uregulowanie zasad własności osób trzecich byłoby moim zdaniem znacznie lepsze niż rozwiązanie najprostsze – zabronienie tego w jakiejkolwiek formie. Poszliśmy niestety drogą na skróty, powiedzieliśmy „nie”. Faktycznie, były kluby, którym TPO pomogło wejść na wyższy poziom, mówisz o Porto czy Atletico. Kilka dni temu pojawiły się jednak nowe zasady FIFA, według których zawodnik może posiadać część praw ekonomicznych do samego siebie, więc w przyszłości Third Party Ownership może wrócić. Furtka została otwarta.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA