Wychodziłem na boisko z przeczuciem, że coś odpierdolę
Weszło Extra

Wychodziłem na boisko z przeczuciem, że coś odpierdolę

Przez trzynaście burzliwych lat Jakub Rzeźniczak bronił barw Legii. Jak sam mówi – dorastał razem z klubem, który na początku jego przygody grał na starym stadionie, a w ostatnim sezonie przed transferem do Karabachu wszedł do upragnionej Ligi Mistrzów i potrafił remisować z Realem Madryt, ogrywać Sporting i stworzyć niezapomniane show w Dortmundzie. Przeżył w nim sporo pięknych chwil, ale i niejednokrotnie zalewał się łzami, gdy nic nie szło po jego myśli. Dostał po twarzy od kibica, trenerzy łamali dane mu obietnice, niejednokrotnie robiono z niego kozła ofiarnego. Luz złapał dopiero w dalekim Azerbejdżanie, gdzie praktycznie nic nie było takie, jak w jego ukochanej Legii.

To właśnie tam, w niezwykłym mieście kontrastów, Baku, ugościł Weszło po królewsku. W dużym wywiadzie powspominał legijne czasy i opowiedział, jak żyje się i gra w piłkę w mieście zwanym Bramą Orientu. A potem…

– Słuchaj, nie chcę ci wywalać pół wywiadu w autoryzacji, a gdybyś go puścił w takim kształcie, w klubie mógłbym mieć poważne problemy. Jak w „Przeglądzie” powiedziałem coś o prezydencie, żadna kontrowersja, to kibice już zrobili wokół tego zadymę.

To dzięki Kubie Rzeźniczakowi przeczytaliście na Weszło w zeszłym roku reportaż z Baku, wywiady z Hannesem Halldorssonem, Wilde Donaldem Guerrierem czy Simeonem Sławczewem. Uznałem więc, że jestem mu to winien. Zaczekać, aż odejdzie z Karabachu, by opublikować naszą rozmowę w całości, bez żadnych wycinanek. Dogadaliśmy się, że gdziekolwiek rzuci go los, tam spotkamy się, by jeszcze co nieco dograć, dopowiedzieć. Po cichu liczyłem na jego wymarzone Miami, ale Płock też może być.

Wyszła z tego prawdopodobnie największa rozmowa z „Rzeźnikiem” w jego kilkunastoletniej karierze, nagrywana na raty, przez kilka dni w Baku, a rok później w piękne czerwcowe popołudnie nad Wisłą.

Czujesz się piłkarskim celebrytą?

Nie, w ogóle. Taka łatka przylgnęła do mnie, bo byłem pewnego rodzaju pionierem wśród piłkarzy w social mediach. Wiele osób mi zarzucało, że nie powinienem, a ja robiłem to trochę na przekór. Cały czas się uczyłem, zaliczyłem parę wpadek, jak to walenie głową w tort Sagana czy słynne „zdjęcie z kibla”, które wcale nie było z kibla, z podpisem „słabo”. Wiem też doskonale, że piłkarz i dziewczyna-modelka to jest tak smaczny kąsek dla plotkarskich portali, że trudno się oprzeć. Ale nie interesują mnie żadne ustawki czy coś w tym stylu. Niech sobie piszą, co chcą. Czasami są w tym wręcz śmieszni. Kiedyś poszliśmy z psem na spacer, wiało jak cholera, więc pozakładaliśmy kaptury, generalnie chcieliśmy jak najszybciej wracać do domu. Patrzę do Internetu: „smutna randka Rzeźniczaków”. Nie wiem, jak to skomentować (śmiech). Ale chociaż psiak dobrze wyszedł na zdjęciach.

W Baku miałeś spokój?

O tak. Tam takie portale plotkarskie praktycznie nie istnieją. Jasne, ze względu na to, że mam jasne włosy i raczej nieazerską urodę, ludzie prosili o zdjęcie, po meczu podchodzili do auta, prosili o koszulkę. Zresztą sam widziałeś jak to było po spotkaniu z Kukesi w eliminacjach Ligi Mistrzów. Byli natarczywi, ale wszystko w granicach jakiejś tam przyzwoitości. Nie jest tak, że jakiś paparazzi chodzi za tobą z aparatem, robi ci zdjęcie w sklepie, na basenie. Celebryci powinni tam przyjeżdżać na wakacje, bo mieliby kompletny spokój, nikt by ich nie niepokoił. Inna sprawa, że bodaj w tym samym roku, kiedy ja przyszedłem do Karabachu, prezydent zamknął ostatnią niezależną gazetę, więc wszystkie media są państwowe.

Pilka nozna. Liga Mistrzow. Qarabag Agdam - Chelsea FC. 22.11.2017Liga Mistrzów 2017/18, Karabach – Chelsea. Od lewej: Antonio Ruediger, Jakub Rzeźniczak, Maksim Medwiediew

Czyli można spokojnie wyjść na miasto bez ryzyka, że trener przeglądając rano wiadomości trafi na zdjęcie swoich piłkarzy?

Trener Gurbanow miał swoje wtyki wszędzie, więc lepiej nie (śmiech). Był taki chłopak w Karabachu, bardzo utalentowany, Mahir Madatow. Śmialiśmy się, że to synek trenera, bo Gurbanow poświęcał mu bardzo dużo uwagi, ale i najsurowiej go karał, gdy coś nawywijał. Jest taki klub tutaj, Pacifico. Jak tylko Mahir przekraczał próg, Gurbanow już o tym wiedział. Często potem Mahir za karę musiał spać kilka nocy w naszej bazie treningowej.

Trener lubił mieć wszystko pod kontrolą?

Raz wiosną zeszłego roku byliśmy na balecie i od razu wiedział. Pamiętam jaki przeżyłem szok, gdy po jednym z meczów powiedział nam: „o północy macie być w domach”. To znaczy – samo to, że tak powiedział, to nic. Ale punkt północ trener od przygotowania napisał do nas na rozmowie grupowej na WhatsApp, żeby każdy pokazał, gdzie jest. Chłopaki zaczęli trochę się nabijać, wysyłali jakieś zdjęcia z wakacji, Donald wysłał chyba fotkę z Haiti, ja z Warszawy, jak pozuję ze świętym Mikołajem. Dopiero potem dodał, żeby każdy wrzucił swoją lokalizację. Ale to był jednorazowy przypadek, rozmawialiśmy później o tym, że jesteśmy dorosłymi ludźmi i że takie podejście to jednak lekka przesada. Ogólnie trener Gurbanow nie lubił, jak ktoś był temperamentny, zawsze mówił: „cicha, spokojna”. Nie mogłeś się wkurzyć, krzyczeć za bardzo, do kogoś podejść. Znajomi, którzy byli na którymś moim meczu pytali nawet, co się ze mną stało. Bo nie biegałem już za sędziami, nie dyskutowałem… Powiem tak – nie zanosiło się na stuknięcie tego rekordu, co w Legii, czyli najwięcej żółtych kartek w historii klubu.

Zdarzył ci się karny nocleg w bazie?

Nie, na szczęście nie (śmiech).

Kary karami, ale granie w Azerbejdżanie kojarzy się też z niezłymi premiami. Jak to u was wyglądało?

Wiadomo, były fajne premie za wygrany mecz, czasami trener na przykład motywował nas tak, że kto wygra gierkę na treningu, ten dostanie po sto manatów na głowę. Ciekawe jest to, że dodatki za wygrany mecz dostawaliśmy nie po spotkaniu, a… dzień przed następnym meczem. Właściciel uważał, że dzięki temu będziemy szczęśliwi w dniu starcia i pójdzie nam lepiej.

Jak wyglądało tam opakowanie ligi?

Amatorka. Serio. Media klubowe są na poziomie tych sprzed piętnastu lat w Polsce. Biura w klubie to parę pokoi, za media klubowe odpowiadała jedna osoba. W moim pierwszym roku gość robił nasz Instagram telefonem, dopiero w drugim moim sezonie kupił sobie aparat, więc można powiedzieć, że było nieco bardziej profesjonalnie.

A przecież Karabach to, jak na tamtejsze warunki, naprawdę bogaty klub.

Tak, ale oni nie czują potrzeby, żeby pójść do przodu w Internecie, wszystko jest zacofane. Pytałeś o opakowanie ligi – mega słabe. Otoczka względem Polski to niebo a ziemia.

A kibicowsko?

Nie ma w ogóle rywalizacji, pod tym względem również nie ma porównania do Polski. Ale, co ciekawe, nasz trener nigdy się nie cieszył, jak wygrywamy z Neftczi, nie lubił też jak my się przesadnie cieszyliśmy, bo kiedyś tam grał i darzy ten klub sentymentem.

Ponad połowa klubów jest z Baku lub okolic Baku. Wasz najdalszy wyjazd to była Gabala, prawda?

Tak, to jest małe miasteczko w górach, coś jak Zakopane. Był jeszcze Kapaz Ganja, ale w drugim sezonie już nie grali. Sungay to obrzeża Baku, Neftczi jest w Baku, Sabail to samo, Zira to przedmieścia, Inter – właściwie centrum. Tak naprawdę ta Gabala to jedyny taki prawdziwy wyjazd. Jak mieliśmy z nimi grać, to wszyscy załamani, bo trzeba było jechać trzy godziny autokarem (śmiech).

W Baku wrzuciłeś trochę na luz?

Tak, miałem tam dużo większy komfort psychiczny, nie spinałem się aż tak. Presja, jaką na siebie nakładałem w Warszawie, była za duża. Tam grało mi się po prostu przyjemniej, może dzięki temu popełniałem bardzo mało błędów. I jeśli już, to też nie jakieś straszne. To wynikało też z faktu, że Legię miałem w sercu, że to był mój ukochany klub i każdy zły wynik, każda szkoda, jaką spowodowałem, siedziała we mnie. Nie dawała normalnie funkcjonować. Robiłem się nieprzyjemny. Nie zrozum mnie źle, tam też bardzo chciałem wygrywać, dawać z siebie wszystko… Ale za Legię skakałem w ogień, czasami bez myślenia o konsekwencjach. Byłem przekonany, że choćbym miał dać sobie połamać obie nogi, to jeśli Legia dzięki temu wygra, przejdzie dalej, skorzysta – jestem gotów na takie poświęcenie. Tam nadal grałem ofiarnie, każdy powie, że nie odstawiałem nogi, ale już nie stawiałem zdrowia na szali.

Nie brakowało ci tam tego ciśnienia, jakie było w Warszawie? Tego dreszczyku gry w klubie, który tyle dla ciebie znaczy?

Czasem brakowało. Kopałeś dla tych pięciuset osób na trybunach i zastanawiałeś się czasem, jaki to ma sens.

Co tydzień Nieciecza.

W Niecieczy, w porównaniu z meczami ligowymi w Azerbejdżanie, to było w chuj ludzi. Serio. Jak na największy hit w tamtej lidze. Ale jak na spokojnie sobie wyważę plusy, minusy – miałem wreszcie komfort psychiczny, kasa była okej.

Trudno się zmotywować na takie mecze, jak wiesz, że przyjdzie te trzysta, czterysta, pięćset osób?

Na ligę było trudno. Co innego puchary, wtedy zawsze był dreszczyk emocji, przychodziło 50 tysięcy ludzi. Najgorzej było po zimie, jak kończyły się mecze w Europie. Byle do urlopu (śmiech). W pierwszym roku miałem dwie kontuzję na wiosnę, i tak nie mogłem grać w ostatnich meczach, to miesiąc przed końcem ligi mogłem już sobie pojechać do domu. Śmiali się ze mnie, że specjalnie złapałem tę drugą.

Pilka nozna. Liga Europy. Arsenal FC - Qarabag Agdam. 13.12.2018Przywitanie z Laurentem Koscielnym i Emiliano Martinezem przed meczem Ligi Europy z Arsenalem

Patrzę na historię twoich występów w Karabachu i wcale nie grałeś tak dużo, szczególnie w lidze.

Jest tam wymóg, że w składzie musi być pięciu Azerów, a praktycznie cała nasza ofensywa to byli zawodnicy zagraniczni. Miałem w zeszłym roku nawet ofertę, żeby odejść do Wellington, tam gdzie grał Michał Kopczyński, ale trochę mniejsze pieniądze, miałbym problem z psem, bo tam jakaś kwarantanna… Koniec końców i tak zdecydowali się na Anglika, który długo był w Newcastle, Stevena Taylora.

Do czego najtrudniej było ci się w Baku przyzwyczaić?

Gdy przyjechałem, dostałem pokój w starym, śmierdzącym w hotelu, z pewnością pamiętającym czasy Związku Radzieckiego. Jakbyś pojechał na Białoruś. Nowe miasto, w sumie pierwsza w życiu przeprowadzka za granicę, poleciałem sam – nie powiem, byłem załamany. Na szczęście okazało się, że Dani Quintana zna Larsa, menedżera Hiltona w Baku, zapoznał mnie z nim, udało się przenieść na kilka dni właśnie tam. Zabrałem wszystkie bagaże. Później znalazłem mieszkanie, najbardziej „europejskie”, jakie wtedy oglądałem, w takim bardzo przyjemnym kompleksie budynków, który nazywa się Port Baku. Mieszkała tam większość naszej drużyny. Było tam wszystko – mała galeria handlowa, sklep spożywczy, basen, siłownia. I wszędzie blisko. Do bazy jakieś dwadzieścia minut, do centrum dziesięć.

Do czegoś jeszcze?

Do jedzenia. Na początku gotowałem sobie w domu, zabierałem ze sobą pudełka, soczki, sałatki, ale pod tym względem też trochę zluzowałem. Tylko że oni jedzą tam tak, że wszystko pływa w tłuszczu, więc ja stawiałem na „spaghetti”. To znaczy… makaron z ketchupem (śmiech). Jakoś trzeba sobie radzić. No i trudno było przywyknąć do ruchu ulicznego. Niby są tam linie oddzielające pasy ruchu, ale ludzie chyba nie do końca wiedzą, po co. Komicznie wygląda, jak gość jedzie skrajnie prawym pasem, a na zakręcie nie trzyma się go, nie daje kierunkowskazu, tylko zjeżdża na skrajny lewy, bo to mniej kręcenia kierownicą.

Dla mnie to wyglądało, jakby wyciągali prawo jazdy z paczki laysów.

Podobno kupują. Ale piesi nie lepsi. Czteropasmowa droga, ludzie pędzą po sto na godzinę, a ci przechodzą jak gdyby nigdy nic. Trzeba było do tego przywyknąć, choć podobno wcale nie ma tak wielu wypadków, jak mogłoby się wydawać. Zauważ, że mało który samochód był tam zarysowany. A przecież przy takiej jeździe utrzymanie statusu „bezwypadkowy” powinno graniczyć z cudem.

Była też śmieszna sytuacja z policją, jak złapali nas za pierwszym razem. Przejechałem na podwójnej ciągłej i już na bok, zatrzymanie. Wyjechałem tylko na spacer z psem, więc przy sobie żadnej gotówki, dokumentów, ani be, ani me. Zadzwoniłem do kolegi z drużyny, Mahira, dałem telefon policjantowi i mówiłem, żeby wyjaśnił, jaka jest sytuacja. Mahir mówi, że policjant chce łapówki, żeby dać mu parę manatów i będzie spokój. Ale nie miałem przy sobie nic, więc Mahir mówi gościowi: dobra, pisz ten mandat. Policjant popatrzył, uznał chyba, że za bardzo mu się nie chce i kazał jechać. Tam jak cię zatrzymują, zawsze chodzi o łapówkę. A im lepsze auto, tym częściej stoisz.

A czym różniło się samo granie, trenowanie w Azerbejdżanie, od tego w Polsce?

Tam przekonałem się najlepiej, jakim pieprzeniem jest to całe gadanie o „aklimatyzacji”, o „wchodzeniu do drużyny”. Jak przyszedłem to już po kilku treningach grałem w eliminacjach Ligi Mistrzów. Innocent Emeghara przyszedł do nas pięć dni przed meczem z Kukesi. Z wakacji, od dwóch miesięcy nie trenował z żadną drużyną. Śmiałem się, że w Legii zagrałby dopiero po czterech tygodniach, bo przygotowanie, aklimatyzacja. A tam normalnie wychodził w pierwszym składzie, grał w meczu eliminacji Ligi Mistrzów z Kukesi ponad godzinę, załatwił nam awans, bo na nim były trzy jedenastki, dwie wykorzystał Dani, jedną zepsuł on sam. Trzy karne w jednym meczu, zaraz się Celtic przypomniał… Swoją drogą z nim to jest niezła historia, bo był już w Karabachu pięć lat temu, ale zwiał po ośmiu meczach. Powiedział, że się stęsknił za rodziną i tyle go widzieli.

Polecałeś kogoś z Legii do Karabachu? Parę razy sięgali po zawodników z przeszłością w naszej lidze.

W zeszłym roku w klubie chcieli Pasquato. Oferowali mu bardzo dobry kontrakt, ale on jakoś nie był zdecydowany, widocznie wolał grać w rezerwach Legii. Jak szukali bramkarzy, pytali się mnie o Muchę, o Kuciaka. Ale największy hit – w moim pierwszym sezonie zagadywali mnie o Langila.

Langila?!

Powiedziałem im, że nie ma takiej opcji! (śmiech)

Kiedy odchodziłeś z Legii, Karabach to był jedyny temat?

Była też oferta z Teheranu, ale Edyta dniem i nocą modliła się, żeby to nie wypaliło. Naczytała się i nasłuchała, jak ciężko mają kobiety w Iranie, że nie mogą chodzić na mecze. Baku jest dużo bardziej europejskie, sam zresztą widzisz, że mało kobiet chodzi tutaj w burkach, są raczej… wyzwolone (śmiech).

Wyzwolony chyba byłeś też ty – od ciśnienia panującego w Legii względem pojedynczych piłkarzy. Wydaje mi się, że rosnącego proporcjonalnie do czasu spędzonego w tym klubie.

Bardzo mnie bolało to, że mimo że byłem osobą mocno zżytą z klubem, to kibice często najbardziej wyżywali się na mnie. To, co nadal mi się nie podoba, co uważam za mega słabe, to że często kibice w Warszawie łatwo znajdują sobie kozła ofiarnego. Z reguły osobę długo związaną z klubem, utożsamiającą się z nim. Michał Żyro miał taki moment, że kibice w niego mecz za meczem napierdalali. Wychowanek akademii, na zachodzie byłby pielęgnowany, chuchany, dmuchany, bo jest „jednym z nas”. Później byłem ja, Michał Kopczyński zbierał joby, ostatnio Kuchy i Rado. Osoby, zauważ, najbardziej utożsamiające się z klubem, a fani zawsze najmocniej je hejtują. Przecież to są zawodnicy, z którymi kibice powinni się utożsamiać. Należy dbać o ludzi, którzy mają Legię w sercu.

Ktoś zabrnął z tym hejtem wobec ciebie za daleko?

W momencie jak był Hasi dostawałem na Facebooku bardzo niefajne wiadomości. Jedna kibicka Legii wysłała nawet wiadomość, że życzy mi, żebym połamał sobie nogi. Edyta wtedy nie wytrzymała, sama starała się walczyć z tymi ludźmi, odpisywała im, tam szły już naprawdę ostre wymiany. Było grono paru osób, które pisały regularnie, życzyły mi złych rzeczy. Na mnie to nie oddziaływało, ale pokazywało, jak pojebani potrafią być ludzie. Piłka piłką, ale jakaś granica powinna być. To też zaleta bycia w Azerbejdżanie – kibice mogą mi na profilu pisać, że jestem chujem amatorem, a ja tego nie zrozumiem, nie zaboli mnie to, bo język azerski jest dla mnie i tak kompletnie niezrozumiały.

Pilka nozna. Sparing. Piast Gliwice - Qarabag Agdam. 23.01.2019Jakub Rzeźniczak i Joel Valencia podczas sparingu w tureckim Belek

Miałeś oferty powrotu do Polski już wcześniej, po pierwszym sezonie w Azerbejdżanie?

Zagłębie Sosnowiec się o mnie pytało zanim wzięli Piotrka Polczaka, ale tam nie chciałem iść, bo słyszałem, że nie najlepiej tam było z kasą. Miałem też zapytanie z Jagiellonii, ale dzwoniło do mnie kilka osób z Warszawy, żebym przypadkiem do tej Jagi nie poszedł. No i bardzo mocno odradził mi taki ruch trener Probierz. Można wręcz powiedzieć, że go zawetował. Powiedział: „Kuba, zwariowałeś?! Przecież kibice cię rozszarpią, po co ci to?”. Swoją drogą uważam, że Probierz to idealny trener dla Legii. Drugiego tak charakternego gościa nie znam. To on wziął mnie do Widzewa na wypożyczenie, mam z nim bardzo dobre stosunki. Czasem mi go szkoda, bo ma własne zdanie, a za to w Polsce zawsze dostaniesz po japie. Ale broni swoich piłkarzy, w Jagiellonii prawie się za nich pobił z kibicami. Zupełnie inaczej niż Besnik Hasi – zawsze wina zawodników, nigdy jego. Zawodnicy chujowi, on dobry.

W wywiadzie dla „Sportu” mówiłeś później, że jeśli życie cię nie zmusi, to nie masz zamiaru wracać do polskiej ligi. Co się w takim razie zmieniło?

Życie troszeczkę zmusiło. Tak się rozwinęła sytuacja w Baku, nie dostałem propozycji nowego kontraktu. Bardzo chciał mnie trener Neftci, a więc lokalnego rywala Karabachu, ale tam pojawił się problem z właścicielem. On stwierdził, że nie chce widzieć w swoim zespole żadnego piłkarza Karabachu. Przez miesiąc trwała przepychanka, trener Neftci Roberto Bordin, który trenował też Sheriffa Tiraspol, gdy ten eliminował Legię, bardzo mnie chciał. Wiedziałem też, jakie warunki finansowe jest w stanie zaoferować Neftci, to wszystko bardzo mi odpowiadało. Koniec końców jednak właściciel postawił weto, temat upadł. Oprócz tego była konkretna propozycja kontraktu z Melbourne City. Wydaje się, że to idealny kierunek jak na mój wiek. Wiele osób chwaliło, że życie w Australii to jest marzenie, samo Melbourne wiele razy było wybierane najlepszym miastem do życia na świecie. Rozmawiałem z „Kopą”, z „Mierzejem”, chwalili. Tylko że tam przez salary cap warunki finansowe były bardzo słabe i jak policzyłem sobie to wszystko, okazywało się, że praktycznie całe zarobki musiałbym przeznaczyć na życie. A chciałbym jeszcze dwa-trzy lata pograć i coś odłożyć, a nie tylko wydawać. Bardzo chciał mnie też trener Berg w Omonii Nikozja, ale temat pojawił się późno, on podpisał kontrakt dwa-trzy dni przed moim przyjściem do Wisły Płock. Nie było za wiele czasu, on musiał się wdrożyć, porozmawiać z dyrektorem sportowym, z właścicielem. Podziękowałem mu, powiedziałem, że dałem słowo Wiśle i nie mogę już czekać kolejnych kilka dni, bo Marek Jóźwiak mocno napierał na podpisanie tej umowy.

To nie była jedyna oferta z Polski, prawda?

Były jeszcze propozycje z Cracovii, z Górnika Zabrze i Arki Gdynia. Ale Marek jest tu dyrektorem sportowym, pokazał, że bardzo mu na mnie zależy. Do tego Płock jest blisko Warszawy, to też miało dla mnie spore znaczenie. Cała wizja, jaką Marek pokazał mi odnośnie Wisły Płock mi się spodobała. Pewnie gdybym dostał ofertę z Legii, to poszedłbym do Legii, ale takiej oferty nie było. Sam próbowałem z kilku stron zgłaszać swój akces, ale do rozmów nie doszło.

Uderzałeś też bezpośrednio do Aleksandara Vukovicia?

Akurat z Vuko nie gadałem, osobiście sam nigdzie nie dzwoniłem. Ale przez osoby, które są blisko klubu zgłaszałem chęć powrotu. Temat jednak się nie pojawił, nie mam tego za złe. Bardzo się cieszę, że jestem w Płocku i ekscytuje się tym, co na mnie czeka. Pierwszy raz od wielu jestem w klubie, który nie jest głównym faworytem ligi, założenia w Płocku są nieco inne niż w Legii, Karabachu. Tu pierwszym celem jest awans do ósemki. Liga jest na tyle nieobliczalna, że w formie możemy powalczyć i o najwyższe cele.

Byłeś też, chyba w ogóle w pierwszej kolejności, gdy okazało się, że odchodzisz z Karabachu, łączony z Piastem.

Ktoś tam zadzwonił do mojego znajomego. Ale żadnego konkretu z Piasta nie było, wydaje mi się, że temat miał się pojawić w razie odejścia Kuby Czerwińskiego.

Co do Piasta, mówiłeś też, że jak zostanie mistrzem Polski, to kończysz karierę.

Rzuciłem to żartobliwie w rozmowie z Piotrkiem Kuczą, szczególnie kibice Lecha Poznań mi to później wytykali. To znaczy – rozważałem koniec kariery, przewijały się jakieś inne opcje dotyczące mojej przyszłości, nie stricte jako zawodnik. Ale zdecydowałem się grać dalej po rozmowach z wieloma byłymi piłkarzami i przeczytaniu wywiadu z Kubą Wawrzyniakiem. Każdy mówił mi to samo: „Kuba, graj jak najdłużej, bo tego, jakie masz życie jako piłkarz, atmosfery szatni, otoczki bardzo brakuje”. To znaczy, nawet gdybym skończył karierę już teraz, to pozostałbym w piłce, tylko w innej roli. Ale to, co mam w planach, mogę to robić za rok czy dwa.

Widziałem na Instagramie, że w okresie pomiędzy Karabachem, a podpisaniem umowy w Płocku, spotykałeś się z Pinim Zahavim, z Jerzym Kopcem, z ojcem Neymara, to chyba pewna wskazówka odnośnie tego, jakie są dalsze plany?

Dokładnie, to miało pójść w tym kierunku, ale na razie zdecydowałem się, żeby jeszcze przynajmniej rok pograć.

Pilka nozna. Spotkanie upamietniajace Jozefa Klotza. 10.06.2019Jakub Rzeźniczak, Marcel Zylla i Jerzy Kopiec

Jaki Kuba Rzeźniczak wraca do ekstraklasy w porównaniu do tego, który z polskiej ligi wyjeżdżał dwa lata temu?

Też jestem bardzo ciekawy. Na pewno bogatszy w doświadczenia, nie tylko piłkarskie, ale też życiowe. Doszły dwa sezony w europejskich pucharach, gra z bardzo mocnymi rywalami. To doświadczenie z Legii, z Karabachu, będzie na pewno procentowało. Podoba mi się wizja trenera Ojrzyńskiego, Marka Jóźwiaka, którzy widzą mnie nie tylko na środku obrony, ale też czy na prawej stronie, czy na „szóstce”, w zależności od tego, gdzie będę potrzebny. To bardzo mi odpowiadało. Trener wierzy we mnie, że będę mógł tej drużynie dużo dać, a ja mam zamiar tych nadziei nie zawieść.

Wybierając Wisłę Płock wybrałeś ten, który był najniżej w lidze spośród tych, które się tobą interesowały. Czym przekonał cię Marek Jóźwiak?

Swoją osobą, przede wszystkim. Z wszystkich klubów, które się o mnie starały, on był osobą, której najbardziej widocznie na mnie zależało. To, jak klub podchodzi do ciebie w momencie transferu później często zamienia się w to, jak jesteś w klubie traktowany. W tym wypadku nie mam wątpliwości, że będzie bardzo dobrze. Inne kluby wysyłały propozycje kontraktów, ale nie widziałem, żeby równie mocno im zależało. Odległość od Warszawy była pewnym czynnikiem. Do tego drużyna – znam „Furmiego”, Mateusza Szwocha. Śledziłem polską ligę, widziałem, że Wisła Płock grała dużo poniżej oczekiwań i wierzę w to, że w tym sezonie, jak dojdzie jeszcze paru chłopaków, to będziemy mogli powalczyć o coś fajnego. Skrzydła, na przykład, już teraz moim zdaniem są jednymi z najmocniejszych, jeśli nie najlepszymi w lidze.

Fakt, że musisz wrócić do zupełnie innego reżimu treningowego – tym bardziej, że szkoleniowcem Wisły Płock jest Leszek Ojrzyński – to coś, co cię motywuje?

Rozmawiamy po dziewięciu treningach w Płocku i śmiałem się z trenerami, z chłopakami, że przez dwa lata w Baku nie zmęczyłem się tak, jak przez tych kilka dni tutaj. Przygotowania są dużo bardziej intensywne i muszę się do tego zaadaptować. Nie ukrywam, póki co cierpię na treningach, nie jest łatwo. Wysiłek jest dużo większy, ale też specyfika ligi jest inna. Pojedynków w trakcie spotkania toczy się tam ze dwa-trzy razy mniej niż u nas. Wisła startuje dopiero w połowie lipca, dlatego czasu jest sporo i myślę, że w miesiąc uda się przyzwyczaić do obciążeń, wrócić do formy.

Znasz już na pamięć wszystkie schematy długich wyrzutów z autu?

Zaczęliśmy je ćwiczyć parę dni temu, ale raczej nie ja będę je wykonywać, bo są chłopaki z dużo mocniejszym rzutem. Mogę wbiegać, były sezony że po pięć-sześć goli wpadało, więc fajnie by było te statystyki podkręcić. Tym bardziej, jeśli na przykład będę grać na prawej obronie, to parę asyst, kilka goli można dołożyć.

To, że ostatni raz w Karabachu zagrałeś 21 marca, to był sygnał że raczej nie ma co się spodziewać przedłużenia umowy?

Powtórzyła się sytuacja z poprzedniego roku, wtedy też zagrałem dwa mecze na wiosnę. Jest to spowodowane limitami obcokrajowców w lidze azerskiej. Pięciu Azerów musi być na boisku, w tym jeden do lat 21. Wiadomo, że trenerzy bardziej szukają jakości z przodu, tym bardziej w zespole prowadzącym grę. Stąd nie było dla mnie zdziwieniem, że nie gram, nie marudziłem z tego powodu. Czekałem do końca, bo jest tam zwyczaj przedłużania umów po sezonie. Nie przedłużyli, nie mam do nikogo o to pretensji. Z tego, co wiem, to żadnego środkowego obrońcy nie chcą sprowadzać. Powiedzieli, że trzema Azerami sobie w Europie poradzą, sam jestem ciekaw, jak to wyjdzie.

Po tonie wnioskuję, że jesteś raczej sceptyczny.

W dwóch poprzednich latach mieliśmy czwórkę stoperów i praktycznie każdy na jesieni rozgrywał podobną liczbę minut, bo meczów jest naprawdę sporo. Jak się gra na dwóch frontach, to z doświadczenia wiem, że dla trójki to już będzie wymagające.

Brakowało ci tego grania? Przyzwyczajony byłeś do innego standardu, 40 i więcej meczów w sezonie, a tu nagle połowa tego.

W pewnym wieku reaguje się inaczej na pewne sytuacje. Za młodu jest się cholernie ambitnym, chce się grać w każdym meczu. Ja po prostu akceptowałem swoją rolę, jak przyszedłem, to trener na pierwszej rozmowie powiedział mi, że są pewne zasady w drużynie i nie zawsze będę grał. Nigdy nie miałem z tym problemu, gdy nie grałem w Legii też nie chodziłem obrażony, tylko wykonywałem swoją pracę. Czy grasz, czy nie, to już wybór trenera. Ale to nie jest wymówka, żeby nie dawać z siebie stu procent na treningach. To jest twój zawód, tak musisz postępować. Często mówi się, że zawodnikowi brakuje ogrania, że nie ma rytmu meczowego i tym podobne. Myślę, że w pewnym wieku można to zniwelować doświadczeniem. Jak zagrałem po dwóch miesiącach bez choćby jednego meczu, wszyscy byli ze mnie zadowoleni, bo zrobiłem swoją robotę i tyle.

Jak wiele dały ci te dwa lata w Baku?

Złapałem dużą świeżość psychiczną. Tam jest trochę inne podejście do piłki, piłkarze są traktowani inaczej. Presja była dużo mniejsza niż w Legii. Cała otoczka ligi jest tam nieporównywalna z naszą. Ekstraklasa jest doskonale opakowana pod każdym względem. To, jak tam liga była traktowana przez ludzi, zmieniło, jak przeżywałem mecze. W Legii wszyscy pamiętali, jak przeżywałem porazki, jakie miałem historie z kibicami ze względu na mój temperament. Tam się bardzo uspokoiłem i wiem, że wyjdzie to na plus w polskiej lidze. Wracam spokojniejszy, inaczej reaguję na sytuacje konfliktowe. A o Baku mogę mówić w samych superlatywach. O trenerze, o zespole, o wszystkich osobach, które były dookoła. Tylu życzliwych ludzi, takiej atmosfery jak tam, nie pamiętam od czasów Legii Jana Urbana, jeszcze z „Ljubo”, z „Rado”.

Spotkałem się z określeniem, że Karabach, że te dwa lata, to było dla ciebie jak wakacje.

Po wyjeździe przez pierwsze miesiące czułem się naprawdę jak na wakacjach. W Warszawie wszyscy mnie znali, od rana telefon dzwonił, żeby komuś z czymś pomóc, z kimś się spotkać, coś załatwić. A w Baku telefon zamilkł. Mogłem wyjść sobie rano na kawę, na obiad, nie było żadnego pośpiechu. Oczywiście, trzeba było iść na trening, ale ja akurat treningi odbieram jako przyjemność. Przez te dwa lata poznałem super chłopaków w klubie, z którymi cały czas mam kontakt i będę go mieć bardzo długo. W polskiej lidze różnie bywa, są grupki, podziały, a tam cały zespół trzymał się razem, co bardzo mi odpowiadało.

Jak w Baku wyglądały fety mistrzowskie? Masz jakieś doświadczenie z Legii, skalę porównawczą.

Jeśli o to chodzi, nie ma żadnego porównania. Świętowaliśmy tylko na stadionie, może był tysiąc kibiców, może nawet nie. Mam wrażenie, że radość z wygrania jednego meczu w polskiej lidze jest większa niż tam po mistrzostwie. Karabach zdobywał też tytuł któryś raz z rzędu, więc to, że jest najlepszy, też mocno fanom spowszedniało. Sukcesy powszednieją. Siedziałem ostatnio z Jarkiem Fojutem i wspominałem, jak awansowaliśmy do Ligi Europy eliminując Spartak Moskwa za trenera Skorży. Jaka to była wówczas radość. Nie wiem, czy widziałem kiedykolwiek bardziej szczęśliwych kibiców. A teraz awans do Ligi Europy to według fanów Legii żaden powód do wielkiego celebrowania, tylko obowiązek. Nikt żadnej fety by z tego powodu nie robił, a wtedy było pełne okęcie, ludzie w amoku.

Pilka nozna. Liga Europy. Arsenal FC - Qarabag Agdam. 13.12.2018Rzeźniczak w pojedynku biegowym z Eddiem Nketiahem

Widać to było w twoich mediach społecznościowych, że co chwilę większą grupką wychodziliście gdzieś razem.

Nie zawsze cała drużyna, ale zawsze pięć, siedem, dziesięć osób wychodziło, zdarzało się nawet codziennie była jakaś wspólna kolacja, coś takiego. Jestem osobą, która niesamowicie zżywa się z miejscami. Wyjeżdżając z Baku trzy albo i cztery razy przekładałem bilet. Codziennie dzwoniłem do Turkish Airlines, prosiłem o przebukowanie na kolejny dzień, bo jeszcze z jedną osobą chciałem się spotkać, z drugą, wyjść z chłopakami. Zostawiłem w Baku cztery wielkie walizki, bo wyjeżdżając jeszcze nie wiedziałem, czy przypadkiem nie dogadam się z Neftci. Do dziś te walizy stoją u znajomego w mieszkaniu. Będzie mi tego miasta brakować, chciałem tam zostać. Piłkarze nie są tam tak na świeczniku jak w Polsce, łatwiej się żyje. Jak wyszliśmy wypić jedno piwo na ogródku, nikt nie zwracał na to uwagi. Do tego drużyna była mocna piłkarsko, co roku graliśmy w pucharach. Teraz, patrząc po losowaniu, widzę, że chłopaki nie będą mieć problemu z wejściem do III rundy eliminacji Ligi Mistrzów.

Najfajniejsze doświadczenie z Karabachu?

Najlepiej będę wspominał dwumecz z Atletico Madryt. Udało nam się im dwa razy urwać po punkcie w Lidze Mistrzów, na wyjeździe mieliśmy nawet w pierwszej połowie większe posiadanie piłki, dopiero w drugiej zepchnęli nas do obrony ze względu na to, że prowadziliśmy. Niesamowite przeżycie, rok wcześniej Atletico grało w finale Ligi Mistrzów, a my tymi remisami wyrzuciliśmy Atleti do Ligi Europy, którą zresztą później wygrało. A do tego mecze z Kopenhagą, jak awansowaliśmy do Ligi Mistrzów. Radość, jaka zapanowała w drużynie, w całym Baku, to było nie do opisania. Oczywiście rok wcześniej awansowałem do Ligi Mistrzów z Legią, ale pamiętamy, jakie były wtedy nastroje. Wszyscy zarzucali nam fatalny styl z Dundalk, kręcili nosem. Nie było czystej frajdy. Radości, jaka pojawiła się w Karabachu.

Patrząc na dzisiejszą Legię zastanawiasz się, w jaką stronę ten klub poszedł, od kiedy odszedłeś? W pucharach kompromitacja za kompromitacją, w lidze przegrany tytuł z Piastem Gliwice, po drodze pożegnania z zawodnikami mającymi ten klub w sercu – „Kuchy”, „Rado”, Arek Malarz…

Ktoś ostatnio śmiał się ze mnie, że różnie to ze mną w Legii bywało, ale byłem jej talizmanem. Zawsze graliśmy dobrze w pucharach, jakieś trofeum wpadało. A odszedłem i Legia bez fazy grupowej, w tym roku bez trofeum. Czyli co? Minimum ten Puchar Polski musi być, żeby podtrzymać passę. W Legii dzieje się jak się dzieje, nie chciałbym z boku oceniać osób, które to tworzą. Błędy na pewno zostały popełnione, dużo się o tym mówi, bo przecież Legia jest najbardziej medialnym klubem w kraju. Wszyscy patrzą w jej stronę. Ja życzę Legii jak najlepiej, liczę, że teraz odbije się od – można tak chyba powiedzieć – dna. Poprzedni sezon był przecież fatalny, Ligi Europy, Pucharu Polski, mistrzostwa – niczego nie było. Gorzej się nie da, liczę że teraz będzie już tylko lepiej. Życzę Legii wszystkiego dobrego i drugiego miejsca w lidze, za Wisłą Płock (śmiech).

Znasz Aleksandara Vukovicia od kilku ładnych lat. To na ten trudny czas dobry trener dla Legii?

Rola drugiego a pierwszego trenera to zupełnie inna bajka, nie do końca wiem, jak „Vuko” zachowuje się jako „jedynka”. Ja zawsze lubiłem jego charakter. Pamiętam, jak trenerem był Jacek Magiera, ten duet współgrał znakomicie. Graliśmy w Lidze Mistrzów, „Vuko” robił atmosferę, wymyślał różne formy radości w szatni. Niesamowity czas. Ale teraz to zupełnie inna rola. „Vuko” ma doświadczenie z Hasim, z Magierą, z Sa Pinto, od każdego na pewno coś podpatrzył, będzie chciał na tej bazie narzucić drużynie styl gry. W końcówce sezonu średnio to wyglądało, ale teraz, ma do przepracowania okres przygotowawczy, gdy dano mu zawodników, których chciał. I jeśli rozliczać go z pracy, to myślę że dopiero od tego sezonu, oceniając jak zespół będzie wyglądał przez najbliższe miesiące.

Może dobrze, że odszedłeś po największych sukcesach, bo pamiętam, że będąc w Legii bardzo przeżywałeś porażki.

Miałem taki zły okres przede wszystkim w ostatnim sezonie, właśnie u Hasiego. U niego zawsze wszyscy byli winni, tylko nie on. Nie umiał rozmawiać z piłkarzami, złapać z nimi dobrego kontaktu. Punkt kulminacyjny przyszedł po meczu z Arką Gdynia, 1:3 u siebie, gdy zagraliśmy piątką w obronie. Wcześniej zdarzyły mi się błędy z Jagiellonią, miałem swoje niesnaski z Hasim. Doszło do tego, że po Arce przyszedłem do domu i się rozpłakałem. Nie dawałem sobie rady. Później modliłem się, żeby Hasi w ogóle mnie nie wystawiał. Siedział we mnie paniczny strach, co to będzie, jak znów zagram. Bardzo dużo zrobił dla mnie w tamtym okresie prezes Leśnodorski. Zaraz po meczu, dzień czy dwa, spotkałem się z nim w Amber Roomie, dał mi tydzień wolnego. Powiedział, żebym zrobił sobie krótki urlop, wyczyścił głowę. Później szybko nadeszła zmiana trenera, wziął Jacka Magierę i wszystko wróciło do normy. Dzięki Bogu, bo tak jak od wszystkich w klubie czułem wsparcie, tak z Hasim po prostu się nie rozumiałem.

Skąd wynikał ten konflikt?

Hasi był po prostu niesłowny. Jeszcze za trenera Czerczesowa, jakoś w maju, zaprosiłem cały sztab na swój ślub. Wtedy jeszcze nie było wiadomo, że będzie zmiana warty. Czerczesow zgodził się, żeby wszystkich puścić, no więc tydzień przed ślubem przyszedłem do Hasiego i spytałem, czy on też się na to zgadza. Powiedział, że skoro Czerczesow powiedział „tak”, to on też się zgadza. Po czym za dwie godziny dzwoni do mnie Konrad Paśniewski i mówi, że mi Hasi co prawda powiedział, że wszyscy mogą przyjechać, to jemu z kolei kazał przekazać sztabowi, że lepiej będzie, jak nikt nie pojedzie. Z samym ślubem też było trochę cyrków.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Bruk-Bet Termalica Nieciecza - Legia Warszawa. 10.09.2016Rzeźniczak i Besnik Hasi

Opowiadaj.

W piątek jechaliśmy na zgrupowanie do Warki, w sobotę w Łodzi miałem ślub. Poszedłem do trenera w czwartek po treningu spytać, czy mogę już się zwolnić, żeby dopiąć ostatnie przygotowania do ślubu. Zabronił, powiedział, że jestem kapitanem i mam jechać. Co z tego, że nie było w piątek żadnych zajęć? Nic. Na miejscu powiedział mi w ogóle, że mogę ruszyć do Łodzi, ale w sobotę rano, dopiero później zgodził się na mój wyjazd w piątek późnym wieczorem. Chłopakom, których zaprosiłem, kazał z kolei wrócić do Warki o północy, podczas gdy wesele zaczynało się o 21:00, a z Łodzi to dwie godziny jazdy. Jakby ich zwolnił z porannego treningu, coś by się stało? No nie. Ale tego nie zrobił. Mówili mi potem, że dowalił im jeszcze mocniejszy trening niż tym, którzy nie byli zaproszeni na wesele.

Wróciłeś wtedy z nimi?

Nie, w niedzielę miałem jeszcze poprawiny. Zadzwoniłem do Konrada spytać, czy Hasi zgodzi się, żebym przyjechał w poniedziałek po południu, bo wiadomo – trzeba się rozliczyć z hotelem, zwieźć prezenty… Hasi stwierdził, że nie ma opcji, że w poniedziałek o 9:00 mam być w Warce. Oświetleniowiec na moim ślubie, prywatnie kibic Legii, zaoferował, że weźmie mnie w auto o 6:00 i zawiezie mnie do tej Warki. Poprawiny skończyły się około 1:00, wody nie piliśmy, wiadomo. W samochodzie do Warki jeszcze dosypiałem, dojeżdżamy na miejsce 9:15, patrzę na telefon, a tam dwadzieścia nieodebranych połączeń od kierownika. Hasi wkurwiony, gdzie ja jestem. Dostałem ochrzan plus zrobił mi tak kurewsko ciężki trening, jak nigdy wcześniej. Nie wiem też, czy to zwyczaj, ale kazał całej drużynie mnie na treningu podrzucać. Byłem wczorajszy, wiadomo, więc mało brakowało, a bym się zhaftował. To był dziwny człowiek, kompletnie nie potrafiłem go zrozumieć.

Ustaliliśmy już, że to najgorszy trener Legii, jakiego miałeś. A najlepszy?

Berg i Magiera. Taktycznie od Berga nie było lepszego , niesamowity fachowiec. Jesień z nim, wtedy kiedy odpadliśmy z Celtikiem, a później wygraliśmy pięć meczów w grupie Ligi Europy, to jedna z dwóch najlepszych rund, kiedy Legia była po prostu najmocniejsza, nie do zdarcia. Druga to jesień za Magiery, z Vadisem, z Niko.

No właśnie, Magiera przyszedł zaraz po Hasim. Poczułeś ulgę? W końcu to twój były kolega z drużyny.

Piłkarsko to mój drugi ojciec. Jacek zawsze pomagał młodym piłkarzom, jak jeszcze sam grał, to właśnie on wprowadzał do Legii mnie, Marcina Smolińskiego, Maćka Korzyma, Łukasza Fabiańskiego. Tu coś podpowiedział, tu trzy stówki pożyczył do wypłaty, jak kasy brakowało. Załatwił mi też liceum wieczorowe, mogę powiedzieć, że dzięki niemu zdałem maturę. Jak masz trenera, którego tak dobrze znasz, z którym masz dobre relacje, to też łatwiej wycisnąć dla niego więcej z samego siebie. Pamiętam, jak „Brzytwa” żałował, że odszedł z Legii przez Hasiego, bo to tak świetny gość, tak dobry zawodnik, że byłby z niego ciągle pożytek. U Magiery na pewno swoje minuty by dostał. Ale odpuścił, poszedł do Cracovii, stamtąd do Sandecji…

Magiera miał być dla Legii trenerem na lata. Nadawał się, by tak długo obejmować tak – co tu dużo mówić – trudne stanowisko?

Wiem, że poradziłby sobie z presją, bo przecież był w tej Legii kilkanaście lat i wiedział, jak wszystko funkcjonuje. Moim zdaniem zwolnienie go było pochopną, złą decyzją. Wyniki w eliminacjach do Ligi Mistrzów, Ligi Europy nie były takie, jakie być miały, ale to całe gadanie, że drużyna wtedy była źle przez niego przygotowana… Bo to był główny zarzut. Jestem starszym zawodnikiem, więc myślę, że mogę się w tym temacie wypowiedzieć. Za granicą nikt w ogóle nie podejmuje tematu, że drużyna jest źle przygotowana. A jeśli jako zawodnik czuję się źle, to chyba znam swoje ciało na tyle, by dorzucić mu trochę obciążenia, nadrobić braki. Zarzuty o jakimś mitycznym złym przygotowaniu są dla mnie śmieszne.

W Legii już nie grasz, ale jesteś najbardziej utytułowanym piłkarzem w historii, pewnego rodzaju legendą.

Legendą to był Leszek Pisz, to jest trener Lucjan Brychczy, gdzie tam ja? Teraz legendami w polskiej lidze zostają zawodnicy tacy, którzy prezentują pewien poziom, ale nie wybijają się na tyle, by wyjechać za granicę. Ja i tak uważam, że jak na mierny talent, jaki od bozi dostałem, zrobiłem bardzo dużo. Pod tym względem mogę być nadzieją dla chłopaków, że pracą da się nadrobić sporo niedoskonałości. Ten rekord trofeów, o którym wspominasz, ktoś pewnie zaraz przebije. Ważne, że kartkowy zostanie przy mnie już chyba na zawsze (śmiech).

Pilka nozna. Ekstraklasa. Wisla Krakow - Legia Warszawa. 31.03.2019

Jak patrzysz na tych trzynaście lat w Legii… Przyznaj: zasiedziałeś się?

Nigdy nie wykazywałem chęci, żeby odejść. Zawsze myślałem, że w Legii mogę się rozwijać, tym bardziej że klub szedł do przodu wraz z latami, jakie w nim spędzałem. Przychodziłem jeszcze na stary stadion, niedługo później wybudowano nowy, potem wszedł Bogusław Leśnodorski, kontrakty zaczęły być wyższe, graliśmy w Lidze Europy, brakowało niedużo do Ligi Mistrzów, bo choćby ze Steauą była szansa, był też ten słynny Celtic za Berga, wtedy bylibyśmy w stanie przejść każdego. W końcu było dopełnienie, gra w Champions League. W pewien sposób dorastałem razem z Legią, tak jak ona rozwijała się w kierunku Europy. Może też dlatego nie było bodźca, żeby odejść. Teraz, jakby się powiedziało menedżerowi, żeby coś znalazł, to by na pewno coś nagrał. Ale nigdy nie miałem takiego ciśnienia, że za wszelką cenę chciałem odejść.

Z perspektywy czasu – kiedy był na to najlepszy moment?

Chyba za Berga, po tamtym sezonie, kiedy akurat nie zdobyliśmy mistrzostwa, bo Lech nas wyprzedził. Kibice wybrali mnie wtedy zawodnikiem sezonu, Ivica Vrdoljak odchodził, więc Berg dał mi opaskę kapitana. Wtedy na pewno oferty by się znalazły, ale myślałem, że mogę zrobić jeszcze postęp w Legii. W końcu zostałem kapitanem. No i akurat od tamtego momentu zaczęło się coś psuć. Moja forma na jesieni, od momentu jak była słynna kampania z koszulką, zaczęła pikować. Zdarzyło mi się sporo błędów, zawaliłem kilka meczów. Analizowałem wtedy swoje występy, bo piłkarze mieli juz dostęp do InStata i wychodziło, że zwykle cały mecz miałem dobry, ale zawsze popełniałem ten jeden, pieprzony błąd, który kończył się bramką. A to już rzutowało na całą ocenę. Takie życie obrońcy – popełniasz jeden błąd i jest po meczu. Może wtedy należało się ruszyć, po tej dobrej rundzie z Bergiem? Ale nie ubolewam nad tym.

Przez trzynaście lat oficjalnie coś było na stole?

Raz było Sochaux, ale to było za trenera Urbana, jak jeszcze grałem na prawej obronie, chyba jakoś 2009, wtedy, kiedy trafiłem do reprezentacji Beenhakkera. Nic konkretnego więcej się nie pojawiało, nic mi o tym nie wiadomo.

Wspomniałeś o analizowaniu swoich pomyłek. Jak reagowałeś po meczach na błędy?

Strasznie je przeżywałem. Miałem dwa takie słabsze sezony – za Berga robiłem błędy seryjnie, przez kilka spotkań. No i tak jak ci wcześniej mówiłem – za Hasiego. Wychodziłem na boisko ze strachem. Z dziwnym przeczuciem, że na bank coś odpierdolę. Czekałem tylko na ten moment, a on zawsze nadchodził. Najgorsze, że ludzie później kojarzą cię z tymi błędami. Smród potrafi się za człowiekiem ciągnąć bardzo długo.

Wracałeś do domu i robiłeś się nerwowy?

Byłem wtedy mocno poddenerwowany. Tak samo jak pojawiała się jakaś kontuzja, jakaś przegrana rywalizacja. Ale nie krzyczałem, nie rzucałem talerzami. Kiedyś miałem ksywkę „Becks”, bo dużo płakałem, z czasem nauczyłem się to powstrzymywać, ale mimo wszystko były momenty, kiedy łzy do oczu napływały, bo wzbierała we mnie niemoc. Jestem taki, że na zewnątrz nie pokazuję emocji, tłumię to w sobie i staram się poradzić.

Bogusław Leśnodorski mówił o tobie, że to czasami twój problem, że nie potrafisz z siebie wyrzucić tego, co czujesz.

Za mocno wszystko przeżywałem. Ale kiedyś, za czasów Czerczesowa, Jacek Magiera powiedział mi bardzo mądre słowa. Mówił, że od kiedy odszedł z Legii, w dniu meczu nie szedł na stadion, tylko wychodził na spacer po Warszawie. Widział, jak dużo jest wszędzie ludzi. Na Legii było dwadzieścia tysięcy ludzi, stadion pulsował, a w Warszawie życie toczyło się, jakby nic się nie działo. Będąc w piłkarskim środowisku czasem myślimy, że gdy gramy, to Ziemia się zatrzymuje, jesteśmy pępkiem świata. A to bzdura. Stwierdził wtedy, że dopiero takie doświadczenie pozwoliło mu nabrać dystansu. Wtedy Jacek pomógł mi lepiej zrozumieć, że życie nie kończy się na boisku, na jednym czy nawet kilku błędach.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Legia Warszawa. Zgrupowanie w Hiszpanii. 31.01.2017Jakub Rzeźniczak podczas rozmowy z Jackiem Magierą

Ostatnia sprawa – od kiedy wróciłeś do Polski, więcej jest ciebie na Pudelku niż w „Przeglądzie Sportowym”. Chcesz się jakoś odnieść do tego, co pisze się o twoim życiu prywatnym?

Nie mam w zwyczaju komentować życia prywatnego, dlatego powiem krótko. Tak, mam córkę, którą bardzo kocham. I wbrew temu, co się pisze, mam z nią stały kontakt i razem z jej mamą uczestniczę w jej wychowaniu.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

fot.FotoPyK/własne