Michał Listkiewicz poszedł na samotną krucjatę. Może pora wracać?

Mikołaj Duda

17 października 2026, 08:30 • 16 min czytania 6

Reklama
Michał Listkiewicz poszedł na samotną krucjatę. Może pora wracać?

Michał Listkiewicz wziął miecz i idzie. Pozostał sam, ale dalej maszeruje. Dokąd? Gdzie jest jego cel? Na to pytanie nie znamy odpowiedzi, chociaż możemy przypuszczać. Zbyt dużo wolnego czasu? Chęć wciąż pojawiania się w mediach? Dla byłego prezesa PZPN mamy jednak propozycję: może to odpowiednia pora, by z tej absurdalnej drogi zawrócić? Zaszedł już bardzo daleko, w jakieś dziwne i niebezpieczne rejony logiki.

Reklama

Od dłuższego czasu można zauważyć sporą aktywność Listkiewicza w mediach społecznościowych. Szczególnie przy jakichś wpisach o sprawach sędziowskich zawsze można spodziewać się jego reakcji. Najłagodniej mówiąc, często są to komentarze co najmniej kontrowersyjne i… nietypowe. Do pieca dołożył swoim ostatnim wywiadem dla portalu Gol24.pl.

A właściwie to nie do końca był wywiad, a samotna krucjata przeciwko jakiejkolwiek krytyce wymierzonej w ostatnie działania arbitrów. Pamiętajcie, wszystkie błędy są winą słabości Ekstraklasy. Gdyby zamiast Jesusa Imaza biegał przykładowy Pedri z Barcelony, a faulowałby go nie Rafał Janicki, tylko Antonio Ruediger, to Wojciech Myć wiedziałby, żeby wskazać na 11. metr.

Michał Listkiewicz wyruszył na samotną krucjatę. Sędziowie nie są niczemu winni

Michał Listkiewicz mówi coś takiego:

– Oglądam inne ligi i tam też są błędy, a w lidze hiszpańskiej to jest ich multum! Myślę, że trochę się wyżywamy na polskich arbitrach i jest to chyba jakaś skoordynowana akcja. To jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Przeglądam media sportowe innych krajów i nigdzie nie ma takiej histerii na temat sędziowania jak właśnie w Polsce. A problemem naszej piłki jest jakość gry, a nie jakość sędziowania.

Reklama

Skoordynowana akcja ataków? Chyba skoordynowana akcja popełniania błędów. W jeden weekend mieliśmy:

  • niesłusznie podyktowany rzut karny;
  • nieodgwizdany karny za nadepnięcie na rywala;
  • to samo co w punkcie wyżej, tylko w innym meczu;
  • i w jeszcze innym meczu znów to samo;
  • dla reguły w czwartym takim przypadku już na koniec kolejki, to rzut karny już się należał;
  • anulowanie prawidłowo zdobytej bramki po podejściu do monitora VAR;
  • brak rzutu wolnego pośredniego za złapanie piłki przez bramkarza po podaniu od obrońcy;
  • uznanie gola po rzucie z autu, mimo że rzucający niezgodnie z przepisami przekroczył linię;
  • ten sam aut w ogóle powinien zostać przyznany drużynie przeciwnej.

Jak na jedną kolejkę to naprawdę sporo, a dodajmy, że to tylko te największe błędy… Chyba nikogo nie powinno dziwić, że się o tym mówi i krytykuje sędziów za taką liczbę pomyłek, zwłaszcza, że w poprzednich kolejkach znacznie lepiej nie było. Ba, Wojciech Myć i Paweł Malec dokonali historycznej rzeczy, popełniając aż trzy gafy. Zadaniem i obowiązkiem mediów jest o tym mówić, nieco naiwnie licząc, że w końcu może coś się zmieni.

Według Michała Listkiewicza nie. Tu pada przykład Hiszpanii, że mimo błędów tam nikt o tym nie mówi. Specjalnie sprawdziliśmy tamtejsze media, czy rzeczywiście tak jest. I cóż, no nie do końca. Tamtejszy ekspert sędziowski Eduardo Iturralde González o arbitrze, który nie podyktował karnego mówił tak:

– Nie mówimy o jakości sędziowania, lecz o człowieku, który nie potrafi dostrzec tego, co widzi 95% ludzi.

Reklama

Albo po innym meczu, gdy uznany został gol, mimo że wcześniej doszło do zagrania ręką. – To najgorszy rok od bardzo dawna, z sytuacjami, których nie da się wyjaśnić. Jest poważny problem.

Oczywiście, że to tylko przykład po researchu szybkim jak zupka błyskawiczna, bo podobnych wypowiedzi można znaleźć całe mnóstwo. Ale podobno w Hiszpanii sędziów się nie krytykuje. Wszyscy siedzą cicho i są zadowoleni, tylko tym złym polskim dziennikarzom cały czas coś nie pasuje. Krytykować za wypaczenie wyniku meczu? Kto to w ogóle widział. Wstyd panowie koledzy!

Mourinho, który przychodzi na konferencję prasową z wydrukowanymi screenami z dwóch sytuacji na potencjalne czerwone kartki to nic takiego. Media tego nie odnotowały, nikt nie wspominał o beznadziejnym sędziowaniu Ortiza Ariasa, każdy olał wywody starego Mourinho. Tak było, prawda?

Reklama

Sędziowie nie są problemem. Gdyby Lech nie dostał oklepu w Anglii, wszystko byłoby dobrze

Dziennikarz prowadzący rozmowę wtrącił: Powtórki telewizyjne wykazują jednak, że sędziowie w ostatnim czasie w naszej lidze mylą się dosyć często.

A Michał Listkiewicz odpowiedział: – Ale niestety pomijane jest w komentarzach to, jaki poziom ma nasza liga. Nie widzimy, że mistrz Polski jedzie do przeciętnej angielskiej drużyny w Lidze Europy i nie istnieje na boisku, cały czas jest natomiast alibi w postaci sędziów.

Rozumiecie ten argument? Chyba tylko Michał Listkiewicz wie, co ma poziom ligi do sędziowania. Czy w ataku biega ci Abdoul Tapsoba czy Erling Haaland, a na skrzydle to nie Musa Juwara tylko Lamine Yamal, to praca arbitrów jest zasadniczo taka sama.

Reklama

Czy naprawdę wynik meczu Lecha w Lidze Europy ma jakieś znaczenie dla błędów w meczu Jagiellonii z Górnikiem czy Legii z Wisłą? Jeśli mistrz Polski wygrałby w Londynie, to panowie Myć i Sylwestrzak uniknęliby pomyłek? Wydaje nam się, że to raczej tak nie działa, ale w końcu były prezes PZPN może wiedzieć coś więcej.

Sędziowie popełniają błędy? To nie ma znaczenia, ważna jest lojalność!

Okazuje się, że problem nie leży tylko w dziennikarzach i poziomie naszych drużyn, ale również w byłych sędziach, którzy obecnie udzielają się w mediach.

– Tę krucjatę wywołało kilku kolegów ze środowiska sędziowskiego i to jest dla mnie kompletnie niepojęte. Nigdy nie spotkałem się, aby jakiś trener publicznie skrytykował selekcjonera, albo lekarz lekarza. Nie akceptuję takich zachowań jak panów Wójcika, Rostkowskiego, Lyczmańskiego, którzy dla jakichś osobistych karier medialnych pozwalają sobie na obrażanie i poniżanie swoich kolegów.

– Powiem więcej, zawsze gdy jestem na jakimś stadionie i spotykam tam jakiegoś czynnego zawodowo arbitra, który nadawał na kolegę na boisku, to mówiłem mu wprost, wyjdź ze stadionu i to natychmiast! Nie chcę cię tu widzieć, jesteś nielojalny i niekoleżeński. A odnośnie tych panów, których nazwiska wymieniłem, to powiedziałbym tak, zapomniał wół jak cielęciem był.

Reklama

Adam Lyczmański

Adam Lyczmański ma czelność omawiać błędy kolegów… 

Na temat tych ekspertów można mieć różne zdanie. Można ich lubić bądź nie, ale to nie jest w tym momencie istotne. Bo Michał Listkiewicz nie ma zastrzeżeń do konkretnej osoby, która wprowadza ludzi w błąd albo robi coś innego godnego krytyki. Chodzi mu o samą ideę, że byli arbitrzy w mediach wyjaśniają bieżące kontrowersje. I nie wiemy, co oglądał Michał Listkiewicz, ale obrażania i poniżania zdecydowanie tam nie ma.

I generalnie taka idea jest słuszna. Dzięki temu zwykli kibice praktycznie z pierwszej ręki mogą poznać interpretację zawodowca w konkretnej sprawie i często dowiedzieć się jakichś niuansów z przepisów, które co rusz są komplikowane innowacjami. Niewątpliwie jest to urozmaicenie toczącej się dyskusji, a że wytykane są błędy, to cóż, czyja to jest wina? No raczej tego, kto go popełni.

Reklama

Skoro sędziowie nie mogą, to kto może oceniać? Ciężko powiedzieć…

To już wszystko z Michała Listkiewicza z wywiadu dla portalu Gol24.pl, ale mamy jeszcze Michała Listkiewicza z mediów społecznościowych. I spokojnie, tu też są strzały w stronę krytykantów. Na przykład o tym, czy dziennikarze mogą się wypowiadać na temat pracy sędziów.

– Niech idą posędziować ośmioletnim dzieciom, dam im swój sprzęt i gwizdek z mistrzostw świata i zobaczymy w której minucie będą mieli dosyć. Łatwo jest krytykować. Niestety, ale sędziowie od zawsze byli chłopcami do bicia. Najłatwiej za wszystkie niepowodzenia jest zwalić winę właśnie na nich.

Ale to już jest oklepane… sędziów mogą oceniać tylko profesjonalni arbitrzy, o piłkarzach mogą mówić tylko ci, co znają zapach skarpet z szatni i to przynajmniej takiej ekstraklasowej, a żeby ocenić czy pizza z dobrej włoskiej restauracji jest lepsza od najtańszej mrożonej z supermarketu trzeba być zawodowym pizzermanem.

Ciekawsze jednak jest nawet to, że dochodzi tu do pewnego paradoksu. Skoro byli sędziowie przez lojalność nie mogą oceniać swoich kolegów, a dziennikarze też nie mogą, bo nigdy nie sędziowali, to właściwie kto może się wypowiadać? Jakie wymogi trzeba spełniać? Prosimy o wytłumaczenie, bo załóżmy, że chcemy zrobić program na temat arbitrów i nie wiemy, kogo mamy zaprosić. Byli sędziowie odpadają, bo będą nielojalni, a dziennikarze się nie znają, bo nigdy nie biegali z gwizdkiem.

Reklama

A no tak, już wiemy! Michał Listkiewicz to jedyny rzetelny kandydat. Dowiedzielibyśmy się pewnie, że jest świetnie.

Tylko chwila… to kto może krytykować kogo? Bo idąc tropem zasad byłego prezesa PZPN, sędziowie nie mogą krytykować dziennikarzy, bo nigdy nimi nie byli. Dziennikarze nie mogą krytykować dziennikarzy, bo to byłoby nielojalne. Sędziowie sędziów, bo znów lojalność, a dziennikarze sędziów, bo nie biegali z gwizdkiem po murawie.

Dziennikarze sędziów oceniać nie mogą, ale w drugą stronę Michała Listkiewicza to nie dotyczy

Michał Listkiewicz przykładowo pisał tak: – Żelisław Żyżyński niczym Ojciec Święty – wyrocznia nawet w sprawach, o których nie ma zielonego pojęcia. To jest niepojęte co się dzieje z polskim dziennikarstwem sportowym. O ile takowe jeszcze istnieje. 

Wpis byłego prezesa PZPN był odpowiedzią na tekst Weszło sprzed miesiąca, w którym pokazywaliśmy błędy sędziów z polskich boisk. W nim znalazł się właśnie cytat Żelisława Żyżyńskiego, który krytycznie odniósł się do rażących pomyłek w Betclic 1. Lidze.

Reklama

Ot dodatek, ale zdecydowanie nie clue całej sprawy. Michał Listkiewicz pominął wszystko, co najważniejsze, bo mu nie pasowało, a doczepił się do małego wycinka z opinią dziennikarza. A najlepsze jest to, że Żelisław Żyżyński nawet nie napisał tam niczego kontrowersyjnego…

Po ostatnim weekendzie byłemu prezesowi PZPN nie spodobały się także wypowiedzi Szymona Janczyka i Sebastiana Staszewskiego, którzy krytycznie wypowiadali się na temat poziomu sędziowania w Ekstraklasie.

Reklama

Listkiewicz pisze tak:

– Za to poziom polskiego dziennikarstwa sportowego jest już na poziomie Himalajów. A nie jest to ostatnie słowo jajogłowych, którzy w życiu piłki nie kopnęli, że o gwizdku w ręku nie wspomnę. Jesteście jak bohaterowie fraszki Boya o krytyku i eunuchu (jeżeli wiecie kim był).

Reklama

– Ten gość powinien wziąć się za sędziowanie, ma zadatki na nowego Colline.


Michał Listkiewicz po raz kolejny nawet nie odnosi się do postawionych tez. Nie ma dyskusji na temat tego, co dana osoba powiedziała, tylko człowiek słynący przecież z nienagannej kultury wypowiedzi, oczytania wybiera się na jakieś małostkowe wycieczki osobiste. Od dziennikarzy wymaga, żeby zawsze mówili z pełnym szacunkiem i czasem kogoś nie urazili, a pózniej sam obraża.

Czy to hipokryzja? No skądże, w żadnym wypadku. Michał Listkiewicz przecież w życiu by nikogo nie obraził skoro tak walczy, by działało to w drugą stronę… Tyle że nie widzieliśmy, żeby któryś z dziennikarzy mówił o jakimś arbitrze per „jajogłowy”. Wiecie, dlaczego mamy pewność, że nam to gdzieś nie umknęło? Bo Michał Listkiewicz by wysmarował przynajmniej z 15 komentarzy w tym temacie.

Reklama

Michał Listkiewicz walczy nawet w przegranych bitwach. Idzie sam na wszystkich

Były arbiter w swojej wędrówce wykazuje się tez jedną dość istotną cechą. Mianowicie nigdy się nie poddaje, nawet jeśli sprawa już dawno jest przegrana. Weźmy komentarze do sytuacji z meczu Cracovii. Pasom został przyznany rzut karny po zagraniu ręką piłkarza Zagłębia.

Tyle że było to nabicie z małej odległości i nie ma wątpliwości, że Tomasz Marciniak popełnił błąd. Zresztą, jak informował tygodnik Piłka Nożna, po meczu sam arbiter przyznał się do winy i przeprosił za swoją decyzję poszkodowany zespół. Nawet Kolegium Sędziów zgodziło się, że tu doszło do błędu. Michała Listkiewicza to jednak i tak nie przekonało.

– A czym zagrał? Genitaliami?

– Dla mnie karny, obrońca w ogóle nie jest zainteresowany zagraniem piłki.

Reklama

Tak pisał Listkiewicz w komentarzach. Ciężko, żeby obrońca nabity z małej odległości był w ogóle zainteresowany zagraniem piłki, która niespodziewanie się od niego odbija, ale to inna kwestia, a właściwie kompletnie nieistotny szczegół. Nie ma co psuć narracji.

Zresztą, Michał Listkiewicz udowadnia, że nie ma błędów, których nie można bronić. Pewnie pamiętacie analizowaną sytuację z meczu Górnik – Jagiellonia, tyle że z poprzedniego sezonu. Wychodzącego na czystą pozycję Dimitrisa Rallisa do parteru pociągnięciem za koszulkę sprowadził Josema. Bartosz Frankowski nawet nie odgwizdał faulu, a z interwencją ratunkową nie pojawił się VAR.

Reklama

Sędzia przed kamerami sam się przyznał, że popełnił błąd i przepraszał Jagiellonię (zrobił to także w prywatnej rozmowie z piłkarzami), a Kolegium Sędziów potwierdziło, że należała się tam czerwona kartka i na jakiś czas zawiesiła arbitra oraz jego kolegów odpowiedzialnych za VAR.

Wszyscy zgodzili się, że doszło do wielkiej pomyłki, było jaśnie i klarownie. A przepraszamy, jednak nie. Michał Listkiewicz miał w tej sytuacji zupełnie inny problem.

Reklama

– Głupota ludzka nie zna granic. Żądni krwi zakompleksiali mali ludzie obrażają Szulca, Frankowskiego i całe środowisko sędziowskie. Hitem jest urąganie arbitrowi VAR o nazwisku Urban z zarzutem nepotyzmu ze strony PZPN (wiadomo, ojciec selekcjoner ). Tymczasem Jan Urban i sędzia Piotr Urban pewnie nigdy się nie spotkali. Histeria po błędzie sędziów w Zabrzu przypomina mi „Corridę” legendarnej Miry Kubasińskiej („dajcie im wreszcie krwi, niech się do syta tłum nachłepcze”).

Ponownie walczy z najmniej istotnym szczegółem. Nikt nie krytykował Piotra Urbana dlatego, że jest synem Jana Urbana (a nie jest, chociaż syn selekcjonera też ma na imię Piotr i również działa w piłce), tylko z powodu źle wykonanej pracy. Miał obowiązek zawołać sędziego do monitora, a tego nie zrobił.

Dla Listkiewicza najważniejsze nie jest to, że Jagiellonia przegrała mecz, który zakończył jej serię bez porażki i straciła miejsce lidera, a przecież z czerwoną kartką mogłoby się to potoczyć zupełnie inaczej, tylko to, że ktoś wytyka sędziemu ogromny błąd. I to taki z kategorii tych niewyobrażalnych do popełnienia.

Wróćcie sobie do wcześniejszych wypowiedzi prezesa PZPN, a następnie ponownie tutaj. Minął rok, a schemat tych komentarzy jest dokładnie taki sam. Doczepienie się jakiegoś szczegółu, walki z czymś, o czym nikt nie mówi i konsekwentne unikanie sedna problemu.

Reklama

Lojalność wśród sędziów? Tak, aleee… Michała Listkiewicza ponownie to nie dotyczy

Michał Listkiewicz mówił coś o lojalności wśród sędziów, prawda? No coś tam takiego było, że jeden drugiego nie powinien krytykować i tak dalej. Tymczasem jak nazwać komentarze na temat sprawy Kamila Wójcika? Jest ona znacznie bardziej poważna nawet od jakichś baboli z meczów, bo tyczy się podejrzenia mobbingu i już zajmuje się tym prokuratura. Kompletnie nieistotne jest to, że Paweł Raczkowski przypomina sobie o screenach dokładnie dzień po tym, gdy Wójcik rozmawia z Kuleszą na temat nieprawidłowości w Kolegium Sędziów.

Odkopał screeny po 39 dniach. Na wakacjach.

– Ilość bzdur publikowanych na ten temat przekroczyła granicę absurdu. Uważam, że Szulc porządnie wykonuje swoją pracę, a Wójcik brzytwy brzydko się chwyta. Mnie absolutnie zwisa co na mój temat napisze jakiś gołowąs, liczy się tylko to by nie przekręcali nazwiska. Był mobbing, bo tak twierdzi „mobbingowany”? Sprawdzony chwyt dla naiwnych.

To fajnie, że Listkiewicz już rozwiązał sprawę. Szybko mu poszło. Prokuratura powinna mu podziękować.

Reklama

Pomijając już tych „gołowąsów”, bo to identycznie jak „jajogłowi” komentuje się samo, to zwróćcie uwagę, jak Listkiewicz, czyli człowiek, który w przeszłości był jednym z najważniejszych w polskim futbolu, wypowiada się na temat sprawy absolutnie poważnej.

Wyśmiewanie zarzutów o mobbing? Naprawdę tu coś trzeba jeszcze dodawać? Jakby to dotyczyło syna Michała Listkiewicza, Tomasza, to też by miał taki dobry humor? To już nawet nie jest śmieszne, a bardziej przykre. Tak po ludzku.

Oczywiście, jest możliwość, że zarzuty Kamila Wójcika się nie potwierdzą, ale to niech orzekną odpowiednie organy, które zostały w to zaangażowane. Jeśli wyrok będzie nie po myśli Michała Listkiewicza (czytaj: na niekorzyść Marcina Szulca i PZPN), to też będzie go kwestionował i odwracał kota ogonem? Chyba nigdy w sądzie w todze nie zasiadał, więc nie ma podstaw, żeby go oceniać. To oczywiście idąc logiką byłego prezesa.

Reklama

A tu jeszcze komentarz po tym jak Kamil Wójcik publicznie w szczegółach przedstawiał swoją wersję na temat całej sprawy z Marcinem Szulcem:

– Walki o władzę w Kolegium Sędziów ciąg dalszy.

Raczej nikt trzeźwo myślący nie ma wątpliwości, że Kamil Wójcik po tych wszystkich bataliach i zamieszaniu w ostatnich miesiącach chciałby w najbliższym czasie znów kandydować na przewodniczącego Kolegium Sędziów. Chciał coś zmienić, wystartował, przegrał i cóż.. Sam mówił, że się z tym pogodził i miał za cel normalnie wrócić do wcześniej wykonywanych obowiązków.

Michał Listkiewicz ma problem z tym, co się dzieje. Piłka już mu odjechała

Na koniec jeszcze nie tematy kręcące się wokół sędziów, ale dwa komentarze, które pokazują, że być może Michał Listkiewicz po prostu nie ogarnia, co się aktualnie dookoła dzieje. O pierwszej kadencji Cezarego Kuleszy mówił, że była „całkiem dobra”.

Reklama

Albo tu:

– U Prezesa Królewskiego Kazimierz Górski nie zagrzałby długo miejsca. Gość pewnie jest wybitny na polu nowych technologii, ale nigdy nie poczuł „zapachu szatni „ a bez tego w sporcie daleko się nie zajedzie. Sport to żywi ludzie z inteligencją boiskową i wrodzoną, a nie sztuczną.

Jarosława Królewskiego można lubić bądź nie. Może was irytować pisaniem sto razy na ten sam temat. Na pewno jest postacią, która wzbudza wiele emocji, jednak nie można zaprzeczyć, że to, co robi na pewno jest przyszłością piłki. Nawet jeśli jeszcze nie w tym momencie, to będziemy szli w stronę zwiększania wpływu sztucznej inteligencji i twardych danych w futbolu. Nie da rady tak po prostu udawać, że tego nie ma.

Zresztą, warto przypomnieć, że strategia Moneyball, a więc analizy statystycznej w baseballu powstała w 2002 roku. Menedżer drużyny Oakland Athletics, Billy Beane, zrewolucjonizował sposób budowania zespołu. Zaczął stosować zaawansowaną analizę statystyczną do wyszukiwania niedocenianych i tanich zawodników. Drużyna ustanowiła po tym legendarny rekord 20 zwycięstw z rzędu, a ludzie przecierali oczy ze zdumienia. Już wtedy, w 2002 roku! Zgadnijcie, kto wtedy był prezesem PZPN…

Ba, pewnie sam Michał Listkiewicz oglądał ten film albo czytał książkę, bo jeśli chodzi o nawiązania do kultury w swoich tekstach czy wywiadach – zawsze był w tym mistrzem. Nie może być inaczej jeśli jesteś synem ojca-aktora i matki-aktorki. Zawsze określał się jako purysta językowy, który stara się dbać o każde wypowiadane słowo. Tym większy szok, że strzela na oślep do dziennikarzy, obraża i brnie w ślepy zaułek, w którym tylko on sam wierzy w swoją rację (bo nawet sami sędziowie przepraszają).

Może już wystarczy? Może to czas skończyć bitwę?

Naprawdę trudno nam zrozumieć, czym kieruje się Michał Listkiewicz. Gdzie jest jakiś cel tej wędrówki? O co tak właściwie walczy? O co mu chodzi?

Że polskie sędziowanie jest takie kapitalne, a źli dziennikarze i kibice ciągle czegoś się czepiają? Że Marcin Szulc to odpowiedni przewodniczący Kolegium Sędziów?

O co w tym wszystkim chodzi? Chęć zwrócenia na siebie uwagi? Jakieś zaistnienie w mediach? Być może. Jeśli tak, to właśnie się udało. Serdecznie gratulujemy. Gdyby nie to, ten artykuł by nie powstał.

Fot. Newspix

6 komentarzy
Mikołaj Duda

Legenda w rodzinie głosi, że piłka podobno towarzyszyła mu już podczas narodzin. Jego pierwsze wspomnienia sięgają do MŚ w Brazylii w 2014 roku, kiedy jako siedmiolatek z zafascynowaniem oglądał jak przyszły piłkarz Górnika Zabrze sięga po trofeum. 100% na 100% jego uwagi zajmuje polska piłka. Przy trzeciej godzinie monologu o rezerwowym Radomiaka jego słuchacze często tracą cierpliwość. We wtorek i środę zbiera siły przed czwartkowym wieczorem, spędzanym wspólnie z jego ulubioną Ligą Konferencji. Gdy ktoś się go zapyta o piłkarza o imieniu Lamine, to bez zawahania odpowie Diaby-Fadiga

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Gwiazda Realu Madryt przedłuży kontrakt. Jest porozumienie

Braian Wilma
0
Gwiazda Realu Madryt przedłuży kontrakt. Jest porozumienie

Piłka nożna

Reklama
La Liga

Gwiazda Realu Madryt przedłuży kontrakt. Jest porozumienie

Braian Wilma
0
Gwiazda Realu Madryt przedłuży kontrakt. Jest porozumienie