Miałem najlepszy zespół w Polsce, ale Lechia nie docenia swoich wychowanków
Weszło Extra

Miałem najlepszy zespół w Polsce, ale Lechia nie docenia swoich wychowanków

Prawie 25 lat w Lechii, prawie 50 lat przy piłce. Jerzy Brzyski stał się twórcą drużyny, którą w Gdańsku wspomina się do dziś. Uchodzi za jedną z najbardziej utalentowanych w historii gdańskiego klubu, bo tworzyli ją między innymi Grzegorz Szamotulski, Tomasz Kafarski i Marcin Mięciel.

Mowa o juniorach z rocznika 1975. Prowadził ich zdobywca sześciu medali mistrzostw Polski i człowiek, który spędził w Gdańsku większość swojego życia, przeprowadzając się tutaj w specyficznym dla tego miasta okresie. Gdy zaczęły się strajki.

*

– Graliśmy z Olimpią Elbląg. Długie włosy Marcina Gąsiorowskiego w pewnym momencie zasłoniły mu pole widzenia. Chciał wybić piłkę, a trafił w okienko własnej bramki! Po tym meczu wszedłem do szatni i powiedziałem wprost, żeby szli do fryzjera, bo nie może być tak, że tracą bramki przez taką głupotę. Następnego dnia przychodzę do szkoły, patrzę, a tam nie mój zespół. Wszyscy obcięci na zero, jak z kryminału. Wszyscy!

– Zimą w Gdańsku odbył się turniej dla rocznika 2006. Z Juventusem, Liverpoolem, West Hamem, Evertonem, Ajaxem. Problem polega na tym, że Lechia zajęła 22. miejsce. Już pierwsze konfrontacje pokazują, że coś jest nie tak. Co gorsza trener drużyny, która – powiedzmy sobie szczerze – zaprezentowała się z bardzo słabej strony zamiast wyciągnąć wnioski z każdego turnieju, z każdego meczu, mówi do tych młodych zawodników, że nic się nie stało, że ćwiczymy dalej, że takie jest życie. Ja gdybym przegrał albo zrobił 22. miejsce, to spaliłbym się ze wstydu. Trzy miesiące nie pokazywałbym się na ulicy!

– Lechia nie docenia swoich wychowanków. To jest moje prywatne zdanie. U nas zawodnicy nie mogli się przebić, a swoje umiejętności pokazywali dopiero, gdy odchodzili do Lecha czy Polonii.

– Nie szkolimy graczy ofensywnych, bo wyuczenie defensora jest prostsze. A graczy ofensywnych niestety nie. Takie szkolenie nie istnieje, treningi jeden na jeden tak samo – nie istnieją.

– Często jeżdżę na przeróżne turnieje młodzieżowe i słyszę, co mówią trenerzy na ławkach rezerwowych. „Nie drybluj, nie kiwaj, bo cię zmienię”. Straszne. Dlaczego ma nie dryblować, dlaczego ma nie kiwać?

4

Pochodzę z Lublina. Miałem bardzo blisko do stadionu Lublinianki, gdzie chodziłem na mecze. Druga liga, pełen stadion. Zawsze interesowało mnie coś, co widziałem w trakcie spotkań. Mieliśmy trenera z Krakowa, nie pamiętam dokładnie nazwiska. Podobało mi się to, w jaki sposób kierował zespołem. Powiedziałem do mojego świętej pamięci ojca, że będę takim trenerem. Ale będę dobrym trenerem. Wziąłem sobie te słowa do serca. Oczywiście miałem ambicje piłkarskie, kopałem w Lubiniance jako trampkarz, ale moją karierę przerwała kontuzja. Konkretnie w Gdańsku, jak byłem na uczelni i trenowałem w Stoczniowcu, czyli w dzisiejszej Polonii. Byliśmy na meczu w Krynicy, jeden z zawodników Lecha ostrą nakładką zakończył moją karierę. Skupiłem się na studiach, skończyłem Wyższą Szkołę Wychowania Fizycznego w Gdańsku, następnie w Warszawie studia magisterskie na AWF-ie i doktoranckie w Krakowie. Potem praca w zawodzie – krok po kroku, kurs po kursie, aż zrobiłem trenera klasy mistrzowskiej.

Czyli nie wyszło panu jako piłkarzowi, ale również jako trenerowi pierwszej drużyny.

Gdy przyjechałem do Gdańska na studia, szybko dostałem propozycję, by trenować pierwszy zespół Lechii. Ale nie wyszło, nie ukrywam tego. Pracowałem przez krótki czas i moja refleksja była taka, że nadaję się przede wszystkim do pracy z młodzieżą.

Dlaczego nie wyszło panu w seniorach?

W piłce dorosłej odbywa się inne życie. Uznałem, że moje miejsce jest gdzie indziej. W klubie zaczęły się poruszać osoby, które – moim zdaniem – niezbyt się na piłce znały. Dlatego odszedłem z Lechii i założyłem Debiutanta Gdańsk. Juniorzy. Nie przegrywaliśmy, graliśmy z zespołami starszymi, a zdobyliśmy awans do ligi ogólnopolskiej pokonując Bałtyk Gdynia i inne, starsze o rok-dwa zespoły.

Ile znaczy dla pana Lechia?

Przywiązałem się do Gdańska, do Lechii. Mieszkam tutaj 40 lat, w klubie spędziłem prawie 25. Szmat czasu.

Pamiętam, że przeprowadziłem się, gdy zaczęły się strajki.

Trudny czas?

Bardzo skomplikowany. Zwłaszcza, że po roku pracy w Lechii dostałem bezpłatny urlop i wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Prowadziłem zajęcia w dwóch polonijnych zespołach, w międzyczasie okazało się, że jak wyjechałem, to w Polsce rozpoczął się stan wojenny. Człowiek myślał o żonie, o dzieciach. A tu ani zadzwonić, ani jakkolwiek złapać kontakt. Bolało, ale czasy transformacji na szczęście minęły. Udało się wrócić, Lechia spadła z drugiej ligi do trzeciej, więc podjąłem pracę w MRKS-ie Gdańsk. Silna liga, z Lechem i Wartą Poznań. Dobrze wspominam tę pracę, choć, jak mówiłem, wolę trenować z młodzieżą.

Przede wszystkim pamięta się panu pracę z Lechią 1975. Dziś w Gdańsku mówi się, że to był bez wątpienia jeden z najbardziej utalentowanych roczników w historii klubu.

Bo było z kogo wybierać! Jak robiłem nabór, to zgłosiło się ponad trzystu siedemdziesięciu graczy. Ale jak robiłem następny, do rocznika 1986, to zgłosiło się już tylko stu dwudziestu czterech chłopaków. Później, przy następnej okazji… Myśli pan, że ilu?

Pewnie znacznie mniej.

Trzydziestu dwóch. Musiałem wziąć praktycznie wszystkich, co rodzi pewne kłopoty.

Brak selekcji.

Jakiejkolwiek! Przy kierowaniu takim zespołem moim celem jest, żeby do najlepszych trzech-czterech graczy dobierać kolejnych najlepszych. Nie średnich, nie przeciętnych, a najlepszych. A jak mam selekcjonować najlepszych, skoro zgłasza się taka liczba piłkarzy, że muszę wziąć praktycznie wszystkich? Nie ma szans.

Na szczęście kiedyś udawało się tak działać, przede wszystkim w roczniku 1975, gdzie zainteresowanie było spore, a moi chłopcy okazali się bardzo ambitni. Nawet robiłem comiesięczny ranking kompetencji gry indywidualnej. Analizowałem mecze, oceniałem zawodników. I w szatni jak wisiał taki ranking, to nikogo nie trzeba było mobilizować. Oni wiedzieli, gdzie jest dzisiaj Kowalski, a gdzie był jeszcze trzy miesiące temu. Jak ciężko pracował, jak się rozwinął, względnie jak cofnął się w rozwoju. A byli tacy, którzy w rankingu spadali, aż w końcu musieli odejść. Przede wszystkim mój pierwszy kapitan tego rocznika, który na początku wszystkich przewyższał. Inni poszli do góry, a on stanął w miejscu.

Generalnie ten rocznik trafił do szkoły o profilu elektrycznym. Przede wszystkim należało złapać dobrą linię z dyrektorem szkoły, by uniknąć nieporozumień. Udało się. Osiągaliśmy sukcesy, więc siłą rzeczy działaliśmy na korzyść szkoły. Jednak zdarzali się nauczyciele, którzy narzekali. Że piłkarzom wszystko wolno i takie tam. Ale dyrektor powiedział jasno: „A co pani zrobiła, by uczniowie osiągnęli sukces w jakiejś olimpiadzie? A oni pojechali do Anglii i wygrali, tak samo dobrze radzili sobie w Niemczech, we Włoszech”. Prosta sprawa, dzięki temu było łatwiej.

Pana zawodnicy mieli problemy z nauką?

Nie chcę wymieniać nazwisk, ale kilku młodych graczy odeszło, bo mieli problemy w szkole. Niektórzy z nich dziś są trenerami. Zawsze powtarzałem: „Panowie, nie chcę słyszeć w pokoju nauczycielskim ciągłych narzekań i rozmów o piłkarzach”. Tyle dobrego, że rocznik 1975 miał wielką ambicję. Chcieli być najlepsi, chcieli trenować, chcieli grać. Mogłem się odwrócić, a oni robili swoje. Mieli treningi w Lechii, a potem wychodzili na podwórko i kopali piłkę. Nie tak jak dzisiejsza młodzież, która preferuje telefony, siedzenie w domu, brak aktywności fizycznej.

Z tamtymi można było ćwiczyć i ćwiczyć. Jeździliśmy na trzytygodniowe obozy w górach. Nie było ferii, nie było wakacji, tylko zabawa z piłką. Zabawa, która się opłaciła. Nie tak jak teraz. Obserwuję Lechię, bo trenuje w niej mój wnuczek. Jeżdżą na pięć dni czy na tydzień na obóz? Szkoda czasu, przez ten okres nie zrobisz za wiele. Żeby osiągnąć sukces w piłce nożnej, pewne rzeczy trzeba przemyśleć. Ja wymyśliłem postawienie na ofensywną grę. Zawsze tak grałem, z trójką napastników. I zdobywaliśmy po sto, sto dziesięć bramek w sezonie. Graliśmy w finale mistrzostw Polski juniorów starszych, zdobyliśmy srebrny medal w Pucharze Kuchara, złoty w Pucharze Michałowicza, bo nie było wówczas mistrzostw Polski w juniorze młodszym. Zero przypadku.

Co się panu w tamtym roczniku najbardziej nie podobało?

Przede wszystkim byli zadufani, że są najlepsi. Nikt z nami nie mógł wygrać. Czy to Stoczniowiec, czy to Arka, czy to Bałtyk, czy to Gryf. Nie dawali rady, choć wielu z nich było starszych. Później rywalizowaliśmy z takimi zawodnikami jak Citko, Bogusz czy Piekarski, jednak wygraliśmy.

Ale w finale zgubiła nas pewność siebie.

Przyjechał Hutnik Kraków i wygrał 3:1. Pojechaliśmy do Krakowa na rewanż, w pewnym momencie prowadziliśmy 3:2 i mieliśmy kilkanaście sytuacji do zdobycia bramki, która dałaby nam mistrzostwo. Nie chciało wpaść. Do tego sędzia Marian Dusza nie pozwolił nam podejść pod ich pole karne.

Nie pozwolił?

Tu gwizdanie lekkich fauli, tam spalonych, których nie było.

Ale trudno. Po finale, który przegraliśmy mówiono, że byliśmy zespołem zdecydowanie lepszym. Za dużo pewności siebie, ale z drugiej strony mieliśmy prawo oczekiwać zwycięstwa. To był kawał zespołu.

Słyszałem, że obok zbytniej pewności siebie nie podobały się panu długie włosy zawodników.

Graliśmy z Olimpią Elbląg. Długie włosy Marcina Gąsiorowskiego w pewnym momencie zasłoniły mu pole widzenia. Chciał wybić piłkę, a trafił w okienko własnej bramki! Po tym meczu wszedłem do szatni i powiedziałem wprost, żeby szli do fryzjera, bo nie może być tak, że tracą bramki przez taką głupotę. Następnego dnia przychodzę do szkoły, patrzę a tam nie mój zespół. Wszyscy obcięci na zero, jak z kryminału. Wszyscy!

Pytałem, co się panu nie podobało w tamtym roczniku w tamtych czasach. A co się panu nie podoba w dzisiejszej piłce?

Mam dobry kontakt z Luksemburgiem, mistrz kraju ograł Legię. Dlaczego? Narodowy Związek Luksemburga poszedł po rozum do głowy i ustalił, że może grać zaledwie czterech cudzoziemców i siedmiu Luksemburczyków. A u nas, w Koronie Kielce czy w Jagiellonii Białystok, występuje większość obcokrajowców, często z trzeciej czy czwartej półki. To mi się nie podoba. Tacy zawodnicy nie podniosą nam poziomu, niech zamiast nich rozwijają się młodzi gracze. Jestem za obowiązkową grą młodzieżowców, nawet trzech! Jak postawisz na trzech młodych, to ograją się w seniorskiej piłce i powstanie korzyść.

Moim zdaniem może grać nawet pięciu czy sześciu, ale pod warunkiem, że są dobrzy i wywalczą sobie miejsce w inny sposób niż za pomocą przepisów.

Ale jak wprowadzać młodych zawodników, kiedy? Niektórzy debiutują w wieku 17 lat, a niektórzy – troszkę później. Rozwój nie jest jednakowy.

Co nie zmienia faktu, że – powiedzmy – bardziej wiarygodny byłby młodzieżowiec, który wywalczyłby miejsce bez pomocy przepisów.

Jak dla mnie lepiej obowiązkowy młodzieżowiec niż kolejny zawodnik z trzeciej czy czwartej półki z innego kraju.

4

Ile pracy kosztowało, by osiągnąć z tamtymi zawodnikami taki poziom?

Nie jest tak, że trafiły się nie wiadomo jakie talenty. Trzeba było dużo pracować. Ważna była selekcja, bo ograniczając się do własnego podwórka, nie da się zrobić zespołu. Trzeba dobierać najlepszych z całego województwa, nie tylko z Trójmiasta. Zobaczyłem w Tczewie Marcina Mięciela i Kamila Jakubiaka, kogoś w Starogardzie, kogoś w Rumi. Wojtek Osiecki przyszedł ze Stoczniowca Płock, niektórzy z Warmii i Mazur.

Jak wyglądało wyszukiwanie tych zawodników?

Dostawałem informacje, że są jacyś gracze o określonych umiejętnościach, kompetencjach do gry indywidualnej. Oglądałem ich dwa-trzy razy, miałem specjalne arkusze obserwacyjne. Problem polegał na tym, żeby przekonać rodziców. Przykład Tomka Kafarskiego, który pochodzi z Kościerzyny. Rodzice nie chcieli go puszczać do Lechii. Pojechałem ze dwa-trzy razy i powiedziałem, że więcej przyjeżdżał nie będę, ale jak zostanie w Kaszubii, to piłkarsko zginie. Rodzice przemyśleli sprawę i go puścili.

Organizował pan zawodników, ale organizował pan również sprzęt. Rozmawiałem z Grzegorzem Szamotulskim, mówił, że potrafił pan załatwić wiele.

Mój zespół był chyba najlepiej ubrany ze wszystkich drużyn młodzieżowych. Ba – pierwszy zespół kiedyś pożyczał nasz sprzęt! Legia przyjechała w biało-zielonych kostiumach, świętej pamięci Marek Bąk, kierownik, przyjechał do mnie przed meczem.

– Ratuj, szybko! Dawajcie sprzęt, bo nie możemy zagrać w swoim.

Sprzętowo moi zawodnicy nie narzekali. Mieliśmy najlepsze rzeczy. Wychodziłem z założenia, że jak ktoś kupuje sprzęt słabszej firmy, to koniec końców musi wydawać podwójnie. A jak masz wszystko dobre, to niby płacisz więcej, ale tak naprawdę oszczędzasz. Do tego obozy, turnieje. Wszystko, co taki zespół powinien mieć, by się rozwijać.

Kto płacił?

Na etykiecie była Lechia, ale to ja docierałem do sponsorów, dbałem o to.

Klub nie pomagał?

Nie. Nasz ośrodek szkolenia piłkarskiego był bardzo słaby finansowo. Tylko dzięki obrotności trenerów można było się z kimś równać. Pograć, powalczyć.

Co stanowiło największą trudność w prowadzeniu drużyny w tamtych latach?

Był problem z boiskami. Trenowaliśmy na „Saharze” – boisko za trybuną głównego stadionu, pełno piachu, wszędzie nierówności. Kiedyś przyjechał trener z Dortmundu, dobry znajomy Józka Gładysza. Stał przy linii, oglądał, jak ćwiczymy na koleinach. Po treningu podszedł i powiedział, że wie, dlaczego tutaj ćwiczymy. Bo jak wyjdziemy na główne boisko, to wszystkich zmieciemy. Śmiał się, wiadomo, ale nie ma co ukrywać – warunki nie były najlepsze. Gdybym miał takie boiska, jakie posiada obecna Lechia, to mój zespół byłby jeszcze lepszy.

Jak pan wspomina Grzegorza Szamotulskiego?

Był krnąbrny. Kiedyś dostał powołanie do reprezentacji młodzieżowej, ale powiedziałem mu, że nie jedzie. Był jakiś tam incydent, trochę podpadł. Jak to on, ale na szczęście zrozumiał i wszystko wróciło do normy. Do dziś mamy świetny kontakt. Z bramkarzami po prostu tak jest – newralgiczna pozycja, trudno z nimi pracować. W ogóle mało brakowało, żeby nie został bramkarzem, bo na początku chciał być napastnikiem. Bo ma lewą nogę, bo będzie dużo strzelał. Stawiał na swoim, że będzie grał jako napastnik, ale wytłumaczyłem mu, że popełniłby błąd. „Grzegorz, ty jesteś duży chłop. Masz długie ręce, zasięg – twoja pozycja jest na bramce” – przekonywałem go. Był młodszy, z rocznika 1976, ale wyróżniał się, więc trafił do nas. Tylko właśnie – na bramkę, a nie atak!

A Marcin Mięciel?

Nie wszyscy o tym wiedzą, ale grał w Tczewie w piłkę ręczną. Przypadkowo dowiedziałem się od ojca Kamila Jakubiaka, właśnie z Tczewa, że tam na podwórku jest taki chłopak, który pasowałby do zespołu. Przywieźli go, trochę z nami potrenował. „Marcin, mimo że moi gracze są tutaj dość długo, ty za pół roku będziesz grał u mnie w pierwszym składzie” – tak się wyróżniał, że nie mogłem powiedzieć inaczej. Sprawdziło się.

Jak to było z transferem Szamotulskiego i Mięciela do Legii?

Kiedy zakończyły się mistrzostwa Polski, a moi zawodnicy zakończyli wiek juniora, zostawiłem wszystkie zgłoszenia i karty zdrowia u prezesa. Powiedziałem ludziom pracującym w klubie, żeby zrobili z nimi, co chcą. To był naprawdę utalentowany rocznik, było z kogo korzystać. Jednak trenerzy, którzy prowadzili pierwszy zespół powiedzieli, że nie widzą tych zawodników w swojej drużynie. No i stało się – ktoś inny wykorzystał okazję. Marcin Kupsik poszedł do Zagłębia Lubin, ktoś tam do Polonii Warszawa, a oni – do Legii.

Najlepiej byłoby zapytać trenera Jabłońskiego.

Którego pan zna, co pewnie pomogło w transferze.

Ja po prostu zostawiłem zespół, położyłem karty na biurku prezesa i chciałem, żeby zrobili, co będą sobie życzyć. Uznałem, że skoro to był najlepszy zespół w Polsce, to warto byłoby się nad tymi chłopakami pochylić. Ale były inne czasy.

Nie zostali docenieni?

Zdecydowanie. Lechia nie docenia swoich wychowanków. To jest moje prywatne zdanie. U nas zawodnicy nie mogli się przebić, a swoje umiejętności pokazywali dopiero, gdy odchodzili do Lecha czy Polonii.

Wróćmy do zawodników. Chciałbym posłuchać jeszcze o Tomaszu Kafarskim, który postawił na trenerkę.

Grał u mnie na prawej pomocy. Był solidny, rzetelny. Właśnie, rzetelny! Co mu się powiedziało, to robił. Nie miał z tym problemów. Po pewnym czasie okazało się, że zaczął się sprawdzać jako trener. I to jest wychowanek z tego rocznika, jestem dumny!

Zdarzały się momenty, że piłkarze mieli sodówkę? Mówiliśmy o Szamotulskim.

Wiadomo, jak to jest w młodym wieku. Pojawiają się różne pomysły, ale to normalne – nie mówiłbym o sodówce. To była przede wszystkim świetna grupa młodych ludzi. Gdybym miał wrócić do trenowania, to tylko jeśli miałbym pewność, że trafię na podobny zespół.

Nie ma pan wrażenia, że do seniorskiej piłki, jak na tak utalentowany rocznik, przebiło się niewielu zawodników?

Nie. Jeśli z jednego zespołu zaistnieje dwóch-trzech graczy, to i tak będzie dobrze. U nas było ich więcej, więc nie ma na co narzekać.

Moje oczekiwania zostały spełnione.

5

Czym się pan dziś zajmuje?

Pracuję w Akademii Wychowania Fizycznego i zajmuję się badaniami gry indywidualnej graczy najwyższych kompetencji sportowych. Czyli zespołów, które uczestniczą w mistrzostwach świata czy mistrzostwach Europy. Analizuję, oceniam. W 2006 roku zająłem się reprezentacją Polski i mam chyba największą wiedzę na temat tego, jak za trenerów Janasa, Beenhakker, Nawałki i Brzęczka wyglądają gracze polskiej reprezentacji w porównaniu z graczami najlepszych zespołów. Obroniłem na ten temat pracę doktorską.

I jak wyglądają najciekawsze wnioski?

Mamy bardzo niskie kompetencje do gry indywidualnej w porównaniu z graczami innych zespołów. To wynika z błędów szkolenia. Nie mamy wypracowanej metody przygotowywania młodych graczy. Nie szkolimy zawodników ofensywnych. Gdy czterdzieści siedem lat temu rozpocząłem pracę jako trener, ustawiano trójkę z przodu, trójkę w środku i czwórkę w obronie. Minęło tyle lat, a najlepsze zespoły – i klubowe, i reprezentacyjne – grają tym ustawieniem. Nie grają jednym napastnikiem, a trójką! Tak gra Liverpool, tak gra Barcelona, tak gra Juventus, tak grają reprezentacje narodowe. A my takich zawodników nie szkolimy, bo wyuczenie defensora jest prostsze. A graczy ofensywnych niestety nie. Takie szkolenie nie istnieje, treningi jeden na jeden tak samo – nie istnieją.

Rozmawiałem jakiś czas temu z Radosławem Mozyrko, menedżerem akademii Legii Warszawa. I mówił, że w Polsce przede wszystkim nie promuje się dryblingu. Trenerzy wolą chwalić chłopaka, który gra bezpiecznie, do najbliższego, co wpływa negatywnie na podświadomość tego, który ryzykuje, ale pochwał nie dostaje.

Często jeżdżę na przeróżne turnieje młodzieżowe i słyszę, co mówią trenerzy na ławkach rezerwowych. „Nie drybluj, nie kiwaj, bo cię zmienię”. Straszne. Dlaczego ma nie dryblować, dlaczego ma nie kiwać? Kiedyś na takim turnieju widziałem Arkadiusza Milika. Przyjechał do Gdyni z Rozwojem Katowice i potrafił minąć trzech, czterech zawodników i strzelić gola.

A inni krzyczą, deprymują… Trzeba uczyć gry jeden na jednego. Tego nie robimy, a wypadałoby zacząć. Ale pamiętajmy, że najważniejsze są ćwiczenia jeden przeciwko grupie. By wyrobić sobie pozytywny nawyk i nie grać w takich sytuacjach do tyłu, do boku, lecz do przodu. A to ważne, gdy jest końcówka meczu i masz nierozstrzygnięty wynik. Tymczasem my nie mamy takich zawodników.

Nie mamy, bo szkolenie stoi w miejscu?

Oczywiście. Nie rozwijamy się. Kiedyś byłem na konferencji w Bydgoszczy, gdzie trener Engel chwalił się modelem szkolenia, który miał pod ręką. Więc zapytałem, czy mamy model nauczania graczy gry jeden na jednego. Kwestie dryblingu, zwody pojedyncze, zwody podwójne, zastawianie, zasłanianie i tak dalej. No, okazało się, że nie mamy. A to trzeba wdrażać jak najszybciej! Nie mówię tylko o dryblingu, ale także o sprycie, który w takich sytuacjach jest kluczowy. Będąc z juniorami Lechii 1975 na turnieju w Norwich zobaczyłem, jak w takich starciach radzą sobie Anglicy. Są świetni, a nie mam wrażenia, że my w Polsce uczymy jak sobie tak radzić. Jak trzymać za koszulkę, jak wytrącać z równowagi przeciwnika. Trzeba być sprytnym. Ktoś pyta, co z fair play? Ale z jakim fair play? Przeciwnik będzie wytrącał nas z równowagi, robiąc to tak sprytnie, że sędzia nie gwizdnie, a my będziemy myśleć o czyściutkiej grze? No nie…

W pewnym momencie, na turnieju w Norwich, podbiegł do mnie kapitan.

– Panie trenerze, co oni tutaj z nami robią? Kopią nas powyżej pasa – narzekał.

– Skoro sędzia nie gwiżdże, to macie grać podobnie – odpowiedziałem.

No i jak ruszyli, to cały turniej wygraliśmy.

Mam nadzieję, że moje przemyślenia dojrzały do tego, by krok po kroku docierać do świadomości ludzi. Spełniać się. Od zawsze uważałem, że najlepsi powinni grać z najlepszymi. Wiadomo, że jest Centralna Liga Juniorów, ale osobiście uważam, że najlepsze zespoły powinny grać z przeciwnikami co najmniej dwa lata starszymi.

Sporo klubów z ekstraklasy ma rezerwy w trzeciej lidze, Lech awansował do drugiej.

I bardzo dobrze! Jak młody będzie mocny i pokaże silną wolę, to po pewnym czasie da sobie radę. Prowadziłem zespoły Lechii 1975 i Debiutanta Gdańsk 1986. W międzyczasie trenowałem kadrę województwa i miałem spojrzenia na jeden zespół z trzech stron. Wszyscy byli w klasie sportowej, w klubie i w kadrze. Nie ma przypadku w tym, że zdobyłem łącznie sześć medali mistrzostw Polski, a z każdej grupy wychodziło po trzech-czterech zawodników do ekstraklasy. Podobne sukcesy mieli trenerzy Globisz czy Gładysz. I wie pan jakie, oprócz warsztatu, są tego powody? Lechię trenowałem od sześciolatków do czasu, aż chłopaki zakończyli wiek juniora. Oni podobnie, dlatego jestem przeciwnikiem przekazywania zawodników rok w rok nowemu trenerowi. Bezsens. A widzę, co aktualnie dzieje się w Lechii. Trener prowadzi zespół rok, potem przekazuje następnemu i następnemu. I następnemu…

Tak samo uważam, że swoje umiejętności powinniśmy konfrontować z graczami zagranicznymi. Możesz być królem własnego podwórka, a pojedziesz za granicę i zostaniesz zweryfikowany. Wtedy masz szansę wyciągnąć wnioski, a nie tkwić w bańce, że wszystko jest super, więc warto pracować tak jak dotychczas. Kisić się we własnym sosie.

Zauważyłem, że często jest tak, że radzimy sobie w bardzo młodych rocznikach, a problem pojawia się później. Przykładem Lech Cup 2018, gdzie Kolejorz U-12 pokonywał Chelsea czy Arsenal.

W pewnym momencie, w późniejszych latach, nie oszukasz braków, które wytworzyły się samym początku i które, być może, na wczesnym etapie nie są jeszcze widoczne. Niemniej mówi się, że najlepszą akademię w Polsce ma Zagłębie Lubin, ale pojedzie na jakiś turniej w Portugalii i przegra 0:7. Tak też się zdarza. Zimą w Gdańsku odbył się turniej dla rocznika 2006. Z Juventusem, Liverpoolem, West Hamem, Evertonem, Ajaxem. Problem polega na tym, że Lechia zajęła 22. miejsce. Już pierwsze konfrontacje pokazują, że coś jest nie tak. Co gorsza trener drużyny, która – powiedzmy sobie szczerze – zaprezentowała się z bardzo słabej strony zamiast wyciągnąć wnioski z każdego turnieju, z każdego meczu, mówi do tych młodych zawodników, że nic się nie stało, że ćwiczymy dalej, że takie jest życie.

Jak nic się nie stało? Nic, kompletnie?

Podejście, że wynik nie ma znaczenia?

Aj tam, bzdura. Ja gdybym przegrał albo zrobił 22. miejsce, to spaliłbym się ze wstydu. Trzy miesiące nie pokazywałbym się na ulicy!

Nie ma czegoś takiego jak niegranie na wynik. A przynajmniej nie powinno czegoś takiego być. Przez takie podejście jak tego trenera Lechii nie wyrabiamy u zawodników mentalności zwycięzców.

Jeżeli wygrywasz, robisz dobre wyniki na poziomie młodzieżowym, to często – nie zawsze, ale bardzo często – w takim zespole uchowa się kilku graczy, którzy zagrają w ekstraklasie. Chyba że będzie się im wmawiać, że wyniki nie mają znaczenia, że gramy dalej, że takie jest życie. Potem jest tak, jak… No, tak jak teraz. Jeżdżę na turnieje młodzieżowe i poziom się obniżył niesamowicie. W przypadku większości zespołów trudno zawiesić oko chociaż na jednym zawodniku.

I pytam się, gdzie jest tego przyczyna?

Na pewno można mówić o trenerach. Wspomnieć o podejściu takich ludzi do zawodu. Patrzę na dzisiejszych szkoleniowców, którzy stoją z założonymi rękami i nie reagują. Obserwuję treningi młodej Lechii i mam wrażenie, że trenują na zbyt małych boiskach. Potem tacy zawodnicy wychodzą na większe pole i nie wiedzą, co robić. A przecież trening powinien polegać na tym, że uczysz się rzeczy, które możesz zastosować w grze. Kiedyś, na jednej z konferencji trenerów, powiedziałem wprost – uważam, że gdyby zamiast orlików wybudować połowę pełnowymiarowych boisk, to odnieślibyśmy większe korzyści. Ale nikt mnie nie słuchał.

Generalnie odpowiedź jest prosta, jakby dopina klamrą to, o czym mówiłem na samym początku w kwestii szkolenia. Nie szkolimy graczy ofensywnych. Tyle.

No dobrze, więc spinając klamrą nie tylko kwestię szkolenia, ale i cały wywiad – jest pan ze swojej kariery zadowolony?

Nawet bardzo. Kadry, które prowadziłem, zawsze osiągały jakiś sukces. Czy to mistrzostwa Polski juniorów, czy to miały osiągnięcia w kadrach wojewódzkich.

Jakby mógł pan powtórzyć jeden dzień ze swojego życia, jaki by to był?

Cały czas mam przed oczami moje grupy. Lechię 1975 i Debiutanta 1986. Nie wspominałbym o jednym, konkretnym dniu, bo moja przygoda z piłką miała tyle wspaniałych chwil, że z chęcią wróciłbym do większości z nich.

Rozmawiał Norbert Skórzewski

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (4)