Anglicy wracają na grzędę? Europejski renesans Premier League
Anglia

Anglicy wracają na grzędę? Europejski renesans Premier League

Tottenham przegrywający grupę z Monaco i Bayerem Leverkusen. Arsenal miażdżony 10:2 w dwumeczu 1/8 finału z Bayernem. Manchester United zlatujący do Ligi Europy kosztem Wolfsburga i PSV Eindhoven. Chelsea i Manchester City odpadające w tej samej edycji już po fazie grupowej, ci drudzy bez choćby jednej wygranej na tym etapie. Anglicy nigdy nie dadzą sobie wmówić, że ich liga nie jest najmocniejszą na świecie. Ale chcąc jej bronić tak mniej więcej od sześciu-siedmiu lat wynikami w Europie, ruszają z połamanym patykiem na uzbrojone po zęby wojska niemiecko-hiszpańsko-włoskie.

Od kiedy ostatni raz w Lidze Mistrzów triumfował angielski zespół – w sezonie 2011/12 dokonała tego Chelsea – finał były kolejno:

– niemiecki (Bayern – Dortmund)
– hiszpański (Real – Atletico)
– hiszpańsko-włoski (Barcelona – Juventus)
– hiszpański (Real – Atletico)
– hiszpańsko-włoski (Real – Juventus)

Dopiero rok temu udało się tę dominację złamać. Nie do końca, bo zwycięzcą został znów przedstawiciel LaLiga, ale tym razem za rywala dostał przedstawiciela ligi angielskiej. Optymizmem napawał nie tylko powrót Liverpoolu do finału po jedenastu nieszczególnie udanych latach, ale i fakt, że komplet pięciu angielskich ekip (TOP4 z sezonu 2016/17 i zwycięzca Ligi Europy Manchester United) zameldował się w fazie pucharowej. Ba, cztery z nich wygrały swoje grupy, dwie – kończąc jesienne zmagania niepokonane. Tak naprawdę tylko o Manchesterze United można mówić negatywnie. Jasnym było, że w starciu City – Liverpool jedna angielska ekipa odpadnie, jakkolwiek się ono potoczy, a to, że Chelsea przegrała z Barceloną, a Tottenham z Juventusem, trudno rozpatrywać w kategorii rozczarowania. Takim bez wątpienia było wyłącznie 1:2 Czerwonych Diabłów z Sevillą.

Poprzednie rozgrywki przyniosły jednak pewnego rodzaju przełamanie. W czterech z pięciu poprzednich sezonów przynajmniej jeden angielski zespół kończył zmagania po fazie grupowej, na wiosnę albo miał częściej wolny środek tygodnia, albo grał swoje spotkania w czwartki. Najgorzej było w edycji, w której Pucharu Europy broniła Chelsea. Już w jej zwycięskim sezonie na to się zapowiadało – Anglicy stracili dwie drużyny po fazie grupowej, trzecią w 1/8 finału i tylko The Blues jechali do samego końca bez wywrotki. Rok później próżno było szukać choćby i takiego rodzynka nawet w ćwierćfinale. Manchester City nie wygrał ani jednego meczu w grupie z Borussią Dortmund, Realem i Ajaksem, Chelsea dała się wyprzedzić nie tylko Juventusowi, ale i Szachtarowi Donieck.

Tottenham wygra Ligę Mistrzów? Kurs 13,00 w ETOTO.pl

Darmowy zakład 20 złotych za samą rejestrację. Wpiszcie kod WESZLO przy rejestracji, by skorzystać z oferty

Jaki okres zaczął się wtedy dla angielskich ekip? Spróbujmy to zobrazować liczbowo, biorąc pod uwagę dwie ostatnie dekady. Przyjmijmy następujące zasady punktacji:

Odpadnięcie w eliminacjach LM – 0 pkt
Odpadnięcie w fazie grupowej – 1 pkt
Odpadnięcie w 1/8 finału/II fazie grupowej – 2 pkt
Odpadnięcie w ćwierćfinale – 4 pkt
Odpadnięcie w półfinale – 6 pkt
Przegrany finał – 8 pkt
Zwycięstwo – 10 pkt

ANGOLE

1999/00 – 4+4+1 = 9 (3 drużyny, średnia 3,00)
2000/01 – 4+4+6 = 14 (3 drużyny, średnia 4,67)
2001/02 – 6+4+2 = 12 (3 drużyny, średnia 4,00)
2002/03 – 4+2+2+1 = 9 (4 drużyny, średnia 2,25)
2003/04 – 2+6+4+0 =
12 (4 drużyny, średnia 3,00)
2004/05 – 2+10+6+2 = 20 (4 drużyny, średnia 5,00)
2005/06 – 1+2+2+8+0 = 13 (5 drużyn, średnia 2,60)
2006/07 – 6+8+6+2 = 22 (4 drużyny, średnia 5,50)
2007/08 – 10+6+8+4 = 28 (4 drużyny, średnia 7,00)
2008/09 – 8+4+6+6 = 24 (4 drużyny, średnia 6,00)
2009/10 – 4+4+2+1 = 11 (4 drużyny, średnia 2,75)
2010/11 – 8+4+4+2 = 18 (4 drużyny, średnia 4,50)
2011/12 – 1+1+10+2 = 14 (4 drużyny, średnia 3,50)
2012/13 – 1+1+2+2 = 6 (4 drużyny, średnia 1,50)
2013/14 – 2+4+6+2 = 14 (4 drużyny, średnia 3,50)
2014/15 – 2+2+1+2 = 7 (4 drużyny, średnia 1,75)
2015/16 – 6+2+2+1 = 11 (4 drużyny, średnia 2,75)
2016/17 – 2+1+2+4 =
9 (4 drużyny, średnia 2,25)
2017/18 – 4+2+2+8+2 = 18 (5 drużyn, średnia 3,60)

(na czerwono lata, gdy żaden angielski zespół nie doszedł do finału Champions League; na zielono edycje, w których Anglicy wygrywali Ligę Mistrzów)

Wiele wskazuje jednak na to, że mroczne czasy się skończyły. Że powrót do stanu z lat 2004-2012, gdy spośród szesnastu finalistów Ligi Mistrzów ośmiu pochodziło z Premier League, jest naprawdę bliski. W grze o triumf w najważniejszych europejskich rozgrywkach wciąż są bowiem wszystkie angielskie ekipy. Jak wygląda stan posiadania w przypadku innych krajów, które wciąż mają swoich reprezentantów w elicie?

Hiszpania – 1/4  (Valencia odpadła w fazie grupowej, Real Madryt i Atletico w 1/8 finału)
Włochy – 1/4 (Napoli i Inter odpadły w fazie grupowej, Roma w 1/8 finału)
Niemcy – 1/4 (Hoffenheim odpadło w fazie grupowej, Borussia i Schalke w 1/8 finału)
Francja – 1/3 (AS Monaco odpadło w fazie grupowej, PSG w 1/8 finału)
Portugalia – 1/2 (Benfica odpadła w fazie grupowej)
Holandia – 1/2 (PSV odpadło w fazie grupowej)

Anglicy w najgorszym wypadku będą mieć 3/4, a jeśli Liverpool upora się z Bayernem – Niemcy stracą ostatniego reprezentanta, a Premier League obsadzi równo połowę miejsc w najlepszej ósemce Champions League.

Liverpool ogra Bayern w Monachium? Za zwycięstwo The Reds (bez dogrywki/karnych) ETOTO.pl płaci po kursie 3,35

Za wcześnie oczywiście, by wyrokować, czy nadchodzą lata równie tłuste, co osiem wspominanych sezonów, gdy można było w ciemno typować przynajmniej jedną angielską ekipę do rozegrania maksymalnej liczby spotkań w edycji Ligi Mistrzów. Trudno jednak nie zauważyć źródła zmiany. Znajdującego się – podobnie zresztą jak w 2004 roku – w dużej mierze poza granicami Wielkiej Brytanii.

To właśnie wtedy Chelsea postanowiła sięgnąć po Jose Mourinho – cudotwórcę z Portugalii, który doprowadził FC Porto do zwycięstwa w Pucharze UEFA i triumfu w Lidze Mistrzów sezon po sezonie. Liverpool zaś swoją szansę na sukces w Europie postanowił znaleźć w Walencji, pozbawiając Rafaela Beniteza szansy na powtórzenie wyczynu menedżera, który wkrótce miał nadać sobie przydomek „The Special One”. Ekipa ze stolicy Lewantu wygrała bowiem Puchar UEFA w sezonie 2003/2004 i została mistrzem Hiszpanii, co dało jej kwalifikację do europejskiej elity. Anglicy wpuścili do siebie dwóch menedżerów, którzy okazali się być nie tylko świetnymi fachowcami, a wręcz rewolucjonistami.

– Mourinho i Benitez kompletnie zmienili podejście do piłki na wyspach. Tradycjonaliści uważali, że zajmowanie się rywalem to oznaka słabości. Masz grać swoje, jeśli zagrasz na maksa, masz wysokiej jakości zawodników, to zawsze wygrasz. A oni zajmowali się grą rywala w równej mierze, co grą swoich drużyn. Taktyka stała się dwudrogowa, menedżerowie przestali patrzeć tylko na to, kogo mają do dyspozycji, a zaczęli zastanawiać się, jak pokrzyżować rywalom szyki – mówił w wywiadzie dla Weszło Michael Cox, jeden z czołowych dziennikarzy piłkarskich w Wielkiej Brytanii i autor książki „Premier League. Historia taktyki w najlepszej piłkarskiej lidze świata”.

Receptę na zwyciężanie w Europie miał też sir Alex Ferguson, który w XXI wieku trzy razy prowadził Manchester United w finale Ligi Mistrzów, wygrywając jeden z nich, dwa razy kończył dopiero na półfinale, a trzykrotnie – na ćwierćfinale. Nawet Arsene Wenger, przynajmniej na początku obecnego stulecia, potrafił zaskoczyć, nie był jeszcze zgnuśniałym dziadziem w za dużej kurtce, którego przerasta zasunięcie suwaka, a co dopiero rozwijanie Arsenalu.

Po nich przyszły jednak czasy, gdy kluby na wyspach jakby solidarnie zatrudniały menedżerów, którzy albo nigdy nie wdrapali się w góry wysokie, gdzie rozgościli się wspomniani dżentelmeni, albo ewentualnie mieli swój Everest dawno za sobą. Pierwsza grupa to choćby Harry Redknapp, David Moyes, Andre Villas-Boas, Brendan Rodgers czy Manuel Pellegrini. Druga – Louis van Gaal czy Guus Hiddink.

Co przyniosło obecną odmianę? Niemal dokładnie to, co półtora dekady temu. Sięgnięcie nie po półśrodki, nie po zgrane menedżerskie karty, a po absolutnie najmodniejsze nazwiska. Liverpool zajechał do finału Champions League z Juergenem Kloppem, szkoleniowcem odpowiedzialnym za złamanie krajowej hegemonii Bayernu na dwa kolejne lata, pierwszym któremu udało się to od 1996 roku, gdy drugi tytuł z rzędu wywalczyła… również Borussia pod wodzą przejętego później przez Bawarczyków Ottmara Hitzfelda.

Manchester City z kolei odpadł rok temu dopiero po wewnątrzbrytyjskim starciu z Liverpoolem, a w obecnym sezonie należy do grona największych faworytów dzięki Pepowi Guardioli – prawdziwemu piłkarskiemu myślicielowi i wielkiemu rewolucjoniście, który jednocześnie nie przestaje się rozwijać. Wielu szkoleniowców wpada w pułapkę „patentu”, coś co zadziałało raz powielają do znudzenia. On – bynajmniej. Można dostrzec podobieństwa pomiędzy dzisiejszym City a Barceloną, która wygrała w jego debiutanckim sezonie absolutnie wszystko, ale sporo jest też ulepszeń, modyfikacji. Naczelny przykład – to, jak dziś grają boczni obrońcy w zespole The Citizens, jak kluczowi są dla strategii katalońskiego szkoleniowca.

The Citizens wygrają całą edycję Ligi Mistrzów? Według ETOTO.pl są faworytem – kurs to 3,55

Tottenham to zaś dzieło życia Mauricio Pochettino, któremu zaufano bezgranicznie, za co Argentyńczyk odpłaca się z każdym sezonem coraz bardziej. On nie był co prawda najmodniejszym najbardziej trendy nazwiskiem na rynku, gdy na niego stawiano, ale zdecydowanie jest nim dziś. W końcu za każdym razem, gdy tylko w Realu Madryt, PSG czy Manchesterze United powstaje wakat na stanowisku menedżera, jego nazwisko wymieniane jest natychmiast jako kandydat numer jeden. Maksymalnie dwa.

Ole Gunnar Solskjaer, któremu udało się dokonać jednego z największych comebacków w historii Champions League to z kolei szkoła sir Alexa Fergusona. O którym już wiemy, że miał na grę w Europie patent. Wspomniany wcześniej Michael Cox w swojej książce zauważa, że w latach 90. tylko Ferguson spośród wyspiarskich menedżerów miał dość dobrych zawodników i nadążał za trendami panującymi w Europie na tyle, by móc mierzyć się ze znacznie bardziej wyszukanymi reprezentantami choćby włoskiej Serie A.

Okoliczności również – delikatnie mówiąc – nie były w ostatnich kilkunastu miesiącach niesprzyjające. Zaszczepienie na dobre swoich filozofii, zdobycie europejskiego doświadczenia z ekipami z Premier League (przede wszystkim w kwestii łączenia wszystkich rozgrywek – ligi, dwóch krajowych i europejskiego pucharu) przez Kloppa, Guardiolę czy Pochettino zbiegło się w czasie choćby z kryzysem Realu Madryt, wołającego o wymianę pokoleniową. Nie przeszkadza na pewno fakt, że rokrocznie po odpadnięciu z Ligi Mistrzów w fatalnych okolicznościach, coraz większe obciążenie psychiczne nakładane jest na miliarderów z PSG. Że wczoraj wieczorem w starciu finalistów dwóch z trzech poprzednich edycji – Juventusu i Atletico – jeden wyciął z rozgrywek drugiego.

Ale okoliczności trzeba umieć wykorzystywać. I wydaje się, że angielskie ekipy właśnie to robią. Liverpool wyłamał jedne drzwi – wszedł do finału Ligi Mistrzów jako pierwsza ekipa z wysp od sześciu lat. Reprezentacja Anglii kolejne – wylądowała w strefie medalowej mundialu po raz pierwszy od 1990 roku.

Czas najwyższy na kolejny krok.

2012 Champions League Final

SZYMON PODSTUFKA

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (17)