Całe życie z Widzewem Łódź. Wywiad z „Tarotem”
Weszło Extra

Całe życie z Widzewem Łódź. Wywiad z „Tarotem”

Pamięta, gdy stawiano jupitery na starym stadionie Widzewa, miał łzy w oczach, gdy je odspawywano. Pamięta wielkie mecze w Pucharze Europy i Lidze Mistrzów, pamięta czwartą ligę, wyjazdy w latach dziewięćdziesiątych, biedę przełomu wieków, fiasko rozmów z ITI.

Marcin „Tarot” Tarociński na Widzewie jest od zawsze. Od 1981 jako aktywny kibic, od 1995 jako spiker, a od 2017 jako działacz, dyrektor do spraw komunikacji.

Czy Widzew planuje rozbudowę bijącego frekwencyjne rekordy stadionu? Jak niewiele brakowało, by ten stadion nie powstał?

Jakie problemy stwarza mundial do lat 20? Czy RTS doczeka się muzeum z prawdziwego zdarzenia? Jak łódzki futbol grzebał prezydent Kropiwnicki? Jakie miejsce w historii Widzewa zajmuje tak niejednoznaczna postać jak Andrzej Grajewski?

Zapraszamy.

***

Przygodę z Widzewem zacząłeś w 1981 na meczu z Górnikiem. To kamień węgielny twojej pasji do RTS-u?

Na pewno wtedy pierwszy raz pojawiłem się na stadionie, lądując na Niciarce, ale najpierw było oglądanie meczów Widzewa w TV. Pierwszy chyba z Manchesterem City w Anglii, 2:2 na czarno-białym ekranie. Ojciec pękał z dumy, że Widzew rozegrał tak kapitalne spotkanie na Wyspach. Gdzieś w tamtym momencie zacząłem się zarażać Widzewem; nie było o to trudno, w szkole nie mówiło się o niczym innym. Coraz więcej osób z osiedla chodziło na mecze, ale rodzice początkowo się obawiali mnie puszczać. Do pewnego momentu więc jeździliśmy rowerami na sztuczną górkę w dzisiejszym Parku Baden Powella, stawaliśmy na jej szczycie, a stamtąd było świetnie słychać atmosferę meczową. Potem pod stadion, a konkretnie pod bramkę wejściową, przez którą widać było choć fragment murawy.

Gdy miałem dwanaście lat, rodzice w końcu mnie puścili. Otrzymałem litanię tego, na co mam uważać, a potem ruszyłem, większą grupą zresztą. Powstawał już wtedy na Widzewie regularny doping, dlatego z pierwszego spotkania chyba bardziej zapadła mi w pamięć trybuna pod zegarem niż sam mecz. Później już sam chodziłem pod zegar.

Kto był twoim idolem z lat młodzieńczych?

Każdy mówił w tamtych czasach o Zbigniewie Bońku, ja miałem ogromny sentyment do Włodzimierza Smolarka, ale najbardziej chyba do Krzysztofa Surlita. Jak widziałem w składzie pana Krzysztofa, zawsze czułem się pewniej – gra nasza ostoja, czyli nic złego stać się nie może. Jego strzały z rzutów wolnych są legendarne. Piłkarze bali się stawać w murze. Pamiętam kiedyś jeden próbował odważnie interweniować, zatrzymać uderzenie głową, ale przyjął je na twarz. Musieli go znieść z boiska. Miałem okazję później, już jako spiker, poznać pana Krzysztofa. Pamiętam, że od razu przełamywał lody: „Młody, wiem kim jesteś, fajnie prowadzisz mecze”. Do tego ten żelazny uścisk dłoni. Jestem pewien, że gdyby pan Krzysztof grał w piłkę ręczną, tak samo byłby postrachem bramkarzy.

Byłeś na meczach z Juve?

Oczywiście, zarówno na 3:1, jak i na półfinale Pucharu Europy. Kiedy teraz spotykam się z młodszymi kibicami i opowiadam im o widzewskich sukcesach, słuchają tego jak opowieści o dinozaurach. Działa jednak często magia nazwy. To Widzew wygrał z Juventusem? Grał w półfinale Ligi Mistrzów – tak im muszę tłumaczyć – gdzie wszedł po wygranej z Liverpoolem?

A swoją drogą, jaki jest status tych meczów? Nie dałoby rady, aby znalazły się w widzewskiej izbie pamięci i były do obejrzenia na stadionie?

Zorganizowaliśmy w zeszłym roku spotkanie pierwszej drużyny ze stowarzyszeniem byłych widzewiaków. Weterani przygotowali fragmenty swoich meczów pucharowych, na młodszych kolegach zrobiło to spore wrażenie, także dostrzegamy tego wartość, ale nie jest to takie proste. Chcielibyśmy mieć muzeum klubowe z prawdziwego zdarzenia, ale w tej chwili nie ma na nie miejsca w bryle stadionu. To jest ogromny problem. Zaprojektowano przestrzeń na trzecim piętrze, natomiast muzeum na trzecim piętrze nie jest komfortowe dla zwiedzających. Powinno być dostępne z poziomu zero, gdzie każdy może wejść z ulicy, a potem najlepiej płynnie przejść do sklepu z pamiątkami. Będziemy do tego dążyć, chcielibyśmy muzeum interaktywnego, właśnie z fragmentami legendarnych spotkań do odtworzenia. W ich sprawie  rozmawiamy z Telewizją Polską, która wykazuje dużo dobrej woli, więc myślę, że potoczy się to w fajnym kierunku.

Niestety problem z pamiątkami jest znacznie poważniejszy. Jedna sprawa, to że przez lata ten temat był traktowany nieco po macoszemu i pamiątki w dziwny sposób się rozchodziły. Druga jednak to katastrofa z 2015, kiedy syndyk po upadku spółki Cacka, nie bacząc na nic, przejmował z klubu wszystko. Doszło do tego, że przejmował nawet bezprawnie prywatne zbiory pracowników. Co się dzieje później: powstaje nowy Widzew, występuje o zwrot pamiątek, ale rozmowy z syndykiem są niełatwe. W końcu Widzew wykupuje od syndyka prawa do nazwy, herbu, wizerunku, wszystko zostało legalnie odzyskane, prawnie opatentowane. W tym mieliśmy otrzymać również zwrot pamiątek, ale pudła, które otrzymaliśmy, a które powinny je zajmować, były przetrzebione. Absolutnie ich zawartość nie zgadzała się z tym, co powinno się w nich znajdować. Straty są gigantyczne, poginęły nawet widzewskie puchary.

Dziś próbujemy odbudować kolekcję, szukamy poprzez aukcje i ogłoszenia. Jest fajny odzew, bo ludzie zgłaszają się sami, nie chcąc nic w zamian, tylko licząc, że pamiątka będzie dobrze wyeksponowana. Potencjał jest duży, co widać było po wystawie zorganizowanej z okazji dwudziestolecia udziału w Lidze Mistrzów, gdzie powędrowały tylko prywatne zbiory, w tym moje własne. Dałem między innymi akredytację i wycinki gazet z artykułów z tamtego okresu.

Jaki ci szczególnie zapadł w pamięć?

Miałem fioła na punkcie przeglądania zagranicznej prasy przed i po meczach Widzewa. Z tego względu kupiłem Kickera przed i po pierwszym meczu z Borussią Dortmund. Kicker po 2:1 pisał o tym, że RTS może zostać czarnym koniem Ligi Mistrzów. Podśmiewywali się też ze słów Beckenbauera, który narzekał po losowaniu, że mistrzowi Niemiec przyjdzie grać z Polakami i Rumunami. Jego zdaniem Liga Mistrzów powinna być bardziej elitarna. Fajnie, że później wyśmiał to dziennikarz Kickera, cytując między innymi ówczesnego trenera BVB, Ottmara Hitzfelda, który sam powiedział, że „Cesarz” tym razem się zagalopował, bo ten kopciuszek pokazał kawał dobrej piłki, a w tym wszystkim piłka jest najważniejsza. Ale być może i nie jest, skoro później Liga Mistrzów poszła torem, który sugerował Beckenbauer.

Dlaczego sukcesy Widzewa w latach dziewięćdziesiątych przyjęto z taką euforią? Miasto przechodziło niesamowitą transformację, upadł przemysł włókienniczy. Tak jak rząd w obliczu upadku przemysłu ciężkiego próbował reagować, tak Łódź została pozostawiona sama sobie. Górnicy mieli większą siłę przebicia niż włókniarki. Blisko milionowej aglomeracji nikt nawet nie zasugerował programów, które mogłyby miastu pomóc. Bezrobocie było na rekordowym poziomie. Zakłady upadały jeden po drugim. Miasto wyglądało jak wyglądało. Ludzie żyli w biedzie i czuli, że to jak zostali potraktowani uwłacza ich godności.

Sam na swoim przykładzie pamiętam taką scenkę. Byłem wśród pierwszych pracowników Radia Manhattan, założonego w 1992 roku. Jeździliśmy na samym początku do Warszawy na szkolenia, podejrzeć Wojtka Manna w Radiu Kolor, przejść warsztaty w Polskim Radiu. Jeden z warszawskich kolegów powiedział tak:

– Jak wy chcecie w tej Łodzi utrzymać radio? Przecież u was jest taka bieda. Warszawa to miejsce na inwestycje. Giełda, pieniądze, rozwój, a u was? Syf, brud i ubóstwo.

Wracając do Łodzi nie rozmawialiśmy o niczym innym, tylko o tym koledze, rzecz jasna w nieparlamentarnych słowach. Dziś nie mam pretensji, Łódź tak była postrzegana, co nie zmieniało faktu, że było to przykre. Ale jest połowa lat dziewięćdziesiątych, szalejący kryzys, a tutaj poprzez Widzew ludzie zyskują namiastkę radości. Odrywają się od szarej rzeczywistości, RTS pokazuje im, że można, że Łodzi coś się udało, że Łódź może osiągnąć wiele.

Dlaczego w Łodzi zawsze tak przeżywano mecze z Legią? Oczywiście, klub wojskowy, który za PRL zabierał zawodników, a co zrobił z karierami Wijasa i Myślińskiego wszyscy wiemy. Ale niechęć nie rodziła się tylko na linii piłkarskich spraw, dawnych animozji, tylko tle bogatej Warszawy traktującej Łódź jako ponure,  biedne miasto. Byłem na Legii zarówno przy 2:1, jak i 3:2, w tych spotkaniach dających nam tytuł. Legia już szykowała się do fety, a my brutalnie utarliśmy jej nosa. Miałem z tego powodu dziką radość. Nie ukrywam, przypomniałem sobie właśnie wtedy tego warszawskiego kolegę, pytając w myślach: no i gdzie teraz jesteś, a gdzie ja jestem? To siedziało w sercach łodziaków. Ludzie odreagowywali lata traktowania z buta, jako coś gorszego, miasto drugiego sortu. Z trybun niosło się „Gdzie jest ta Legia, Szpakowski gdzie jest ta Legia” – odpowiedź na słowa Dariusza Szpakowskiego, który po awansie warszawskiego klubu do Champions League powiedział „A dla tych, co pytają gdzie jest ta Legia, odpowiadam: w Lidze Mistrzów”.

Mijają jednak krótkie, złote lata. Klub nie wytrzymuje, nie ma takich źródeł finansowania. Stadion, przez lata uchodzący za jeden z ładniejszych, zostaje coraz mocniej dotknięty patyną czasu. Rośnie potęga Wisły Kraków, piłkarze odchodzą, a my powoli staczamy się po równi pochyłej. Znowu los Widzewa zespolony jest z losem miasta, gdzie na przełomie wieków w wielu częściach Polski zanotowano dynamiczny rozwój, a u nas po lekkim kroku do przodu powrócił zastój. W końcu, po różnych perturbacjach, pojawia się Cacek i początkowo nie było powodu, by nie wierzyć w jego dobre intencje. Bylibyśmy też niesprawiedliwi, gdyby nie pamiętać, że doszło do podwójnej degradacji. Oczywiście Widzewowi udowodniono winę, nie ma się na co zżymać, ale kary nie były do końca transparentne i ja się z tym też nie potrafię pogodzić. Pan Cacek stracił serce do tego wszystkiego.

Facet spod Piaseczna, nigdy nie był wielkim widzewiakiem.

Stało się jak się stało. Na pewno nie uwzględnił tego typu sytuacji w swoim biznesplanie. Otoczył się złymi doradcami, szczególnie pod koniec, bo czas, gdy jego syn Mateusz de facto rządził klubem… To były dziwne układy.

Najgorszy twoim zdaniem czas w Widzewie? To czy może jednak końcówka czasów Andrzeja Grajewskiego, gdy pieniędzy nie było na nic? Tomasz Łapiński opowiadał, że gdy Grajewski przyjeżdżał, pod jego gabinetem ustawiała się kolejka i płacił każdemu wedle uznania.

Na pewno nie było wtedy wesoło. Firma, która zainstalowała nam płot, chciała go demontować. Było wstyd, że media mają z nas nieustanną pożywkę, zadając pytania takie jak: czy Widzew będzie miał ciepłą wodę? Czy Widzewowi odetną prąd? Doszło do takiego zatoru finansowego, że klub całkowicie utracił płynność finansową. Trzeba jednak oddać właścicielom, że choć wierzyciele nadciągali ze wszystkich stron, tak zawsze Widzew jednak wychodził na boisko. Właściciele stawali na głowie i ten prąd czy woda były. Finansowo wtedy było zapewne najgorzej, ale boleśniej pamiętam sytuację za Cacka.

Grajewski jest postacią w historii Widzewa niejednoznaczną.

Nie można negować jego zasług do klubu, ale też wiemy, że kibice mają mu za złe, że dopuścił do takiej końcówki. Pawelec i Grajewski często się ze sobą ścierali, iskrzyło między nimi bardzo poważnie. Mieli różne pomysły na Widzew. Kibice oceniali to tak, że Pawelec bardziej chciał tych sukcesów, był głodny wielkiej piłki, a Grajewski trochę stopował i sprzedawał zawodników. Ciężko to ocenić, natomiast na pewno tamte władze, wspólnie z Ismatem Koussanem, doprowadziły do Ligi Mistrzów, dwóch tytułów, dwóch wicemistrzostw, dali ludziom ogromną dawkę pozytywnych emocji i nikt im tego nie odbierze. Natomiast rzeczywiście, koniec był niefajny, szczególnie, że widać było światełko w tunelu w postaci negocjacji z ITI.

Nawet śpiewano na Widzewie: „ITI jest nasz”.

Koncern ITI pojawił się w Łodzi, miałem okazję chodzić z nimi po stadionie i odpowiadać na wiele z ich pytań. Nie mieli dużej wiedzy, ale chłonęli ją. Zainteresowanie było bardzo poważne, przyjeżdżali menadżerowie najwyższego szczebla, robili audyt klubu, sprawdzali bazę, jak wygląda miasto, jak dzielnica Widzew, jaka jest struktura kibiców. Interesował ich każdy detal i wydawało się, że od przejęcia klubu dzieli ich krok. Pamiętam, że Andrzej Pawelec zgodził się oddać klub za symboliczną złotówkę – Widzew był zadłużony, ITI musiało wziąć na siebie ten bagaż. Andrzej Grajewski trochę się wahał, coś tam się zadziało i brakło jednoznacznej decyzji na tak. Wszystko zaczęło się niebezpiecznie przeciągać i ITI straciło cierpliwość, a później weszło w Legię.

Mówisz, że spędziłeś z ich przedstawicielami trochę czasu. Jakie mieli plany na Widzew?

Miał to być sztandarowy polski klub, rok w rok grający w europejskich pucharach, rok w rok walczący o mistrzostwo. Docelowo bywalec Ligi Mistrzów na wzór, powiedzmy, ówczesnego Rosenborga Trondheim. Widzew miał być doinwestowany, już wtedy planowano przebudowę stadionu. Co by się dalej stało, to już tylko gdybanie. Zamiast tego klub niemalże upada, hamuje w pierwszej lidze, Zbigniew Boniek wyciąga rękę. Klub jest oddłużany, sponsorem Szymański, na pewno daleko mu do zamożności ITI, ale wtedy cieszył każdy sponsor. Wkrótce klub przeszedł w ręce Cacka.

Powiedziałeś, że końcówka jego rządów to najbardziej bolesny moment.

Nie było widać dobrych chęci, nie było widać woli, żeby coś z Widzewem zrobić. Lokalni sponsorzy byli wręcz odstraszani. Nikt w Łodzi nie chciał mieć nic wspólnego ze spółką Cacka. Jeden jedyny raz kibice odwrócili się – nie od Widzewa, ale od tamtej spółki. Cacek się obraził, nie wpuścił ich kiedyś na stadion. Dla mnie to był najbardziej przykry moment. Chciałem, żeby to się jak najszybciej skończyło, bo było jasne, że to nie ma żadnej przyszłości. Kibice wywiesili transparent „Może być biednie, ale godnie”. Innym razem połowa przyszła w tradycyjnych czerwonych koszulkach, a druga w koszulach i krawatach. Potem transparent „Kibic w krawacie jest mniej awanturujący się”. Trybuny broniły tego klubu przed wrogim podejściem zarządu… do samego Widzewa. Może „wrogi” to za mocne słowo, ale prowadzili Widzew po równi pochyłej.

Jedyne co pozytywne z tamtych czasów, to budowa nowego stadionu. Tego nie można Cackowi odebrać. Zabiegał o niego, walczył. Rzadko kiedy w życiu występuje podział na czarne i białe, tak też jest z Cackiem. Tak jak zarządzanie i multum spraw zdecydowanie na minus, tak otwarcie mówił, że jedyną szansą dla klubu jest nowy stadion, nawet jeśli to będzie już klub bez niego. Miał rację. Współpracowałem z klubem, bywałem w nim regularnie, Cacek pokazywał mi nawet pisma. „Zobacz Marcin, tutaj znowu musimy powalczyć mocniej”. Autentycznie się angażował, żył tym tematem.

Walki o stadion nie były łatwe. Chwilę wcześniej upadł ŁKS, grał na ruinie. Nasz obiekt był skansenem. W tym czasie cała Polska budowała stadiony, u nas sytuacja wyglądała dramatycznie. Jest to pokłosie błędów poprzednich władz, ekipy pana Kropiwnickiego, który przespał aplikację Euro 2012. Nasza aplikacja była skandaliczna. Zajęła ostatnie miejsce, nawet bodajże za Rzeszowem. Totalnie zlekceważono możliwości promocyjne, jakie daje udział w turnieju, a w mieście akurat zaczęło dziać się lepiej, odważnie wchodził biznes, pojawiły się fabryki, Łódź stawała się czołowym producentem AGD. Ale Kropiwnicki powiedział, cytuję: „Nie interesuje mnie piłka, wolę wycieczki po górach”. I piłkarskie miasto z dwoma zasłużonymi klubami całkowicie odpuściło walkę o ME. Tamta ekipa wbiła gwóźdź do trumny ówczesnemu Widzewowi i ŁKS-owi, nie dając szans na złapanie oddechu.

Następne władze podchodziły inaczej. Zasięgnęły opinii firmy doradczej, która miała rozsądzić czy Łodzi potrzebne są dwa stadiony czy jeden. Był pomysł jednego obiektu na Starcie, na Bałutach. Firma doradcza zwróciła jednak uwagę, że rozmiar byłby uśredniony, przez co za duży dla ŁKS-u, a za mały dla Widzewa. Ani jednej ani drugiej stronie nie dałby podstaw pod harmonijny rozwój. Zwracano uwagę, że od takich rozwiązań się odchodzi w Europie. Doradzono by iść w kierunku dwóch obiektów. ŁKS miał otrzymać dziesięciotysięcznik z możliwością rozbudowy, a Widzew 20-25 tysięcy, z możliwością rozbudowy do trzydziestu. Ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że w trakcie tych kluczowych rozmów oba kluby miały potężne problemy. ŁKS upadł, Widzew walczył o to, by nie upaść. W radzie miejskiej pojawiły się głosy: po co budować, jak my nie mamy istniejących klubów? Bardzo niebezpieczny moment zarówno dla ŁKS-u jak i Widzewa. Nie zapominajmy, że wtedy murem wspólnie z Cackiem w jednej sprawie stanęli kibice. Poszli pod urząd miasta, walczyli o przyszłość klubu, czyli o stadion. Widzieli, że jego zabiegi są szczere i uczciwe.

Na ŁKS-ie planowano budowę czegoś dziwnego, obiekt kształtu podkowy z trzema trybunami, trochę jak Pogoń w Szczecinie. Budowa na raty, stąd najpierw największa trybuna. Natomiast u nas zmniejszono planowany rozmiar do 18 tysięcy. Ale pojawił się sygnał: są pieniądze, bierzecie czy nie bierzecie? Byliśmy klubem na ostatnim miejscu I ligi, upadającym. Cacek zimą ostatni raz rzucił więcej pieniędzy, sprowadzono Wojciecha Stawowego i szereg niezłych piłkarzy – ostatecznie misja ratunkowa nie wypaliła.

Co by było z Widzewem bez nowego stadionu?

Ciężko sobie wyobrazić, a nie brakowało wiele. O ekspozycji dla sponsorów nie ma co gadać. Kibice oczywiście by byli, ale czy pozyskiwalibyśmy nowych albo sprawiali, że wracają ci dawni? Dla starszej osoby stanie w błocie po kostkach i korzystanie ze śmierdzącego Toi Toia to średnia atrakcja.

Pamiętasz pożegnanie starego obiektu?

Mecz z GKS-em Katowice, zremisowany. Poziom meczu przemilczmy, ważne, że atmosfera na trybunach była znakomita. Trochę popsuta przez zgrzyt z policją. Klub zgodził się, aby kibice mogli zabrać krzesełka ze stadionu na pamiątkę. Ale gdzieś zawiódł przepływ informacji i policja zaczęła ganiać ludzi, wsadzać, a ja musiałem występować w charakterze świadka. Pytano mnie czy jako spiker powiedziałem, że nie wolno zabierać krzesełek. Nie powiedziałem nic takiego i to uchroniło niektórych od większej odpowiedzialności.

Potem zaczęło się burzenie starego obiektu. Jako dziennikarz Toya TV obserwowałem z kamerą likwidację starych jupiterów. Wielki dźwig, odspawywanie podstaw… tłumy ludzi to oglądały.

Łza się w oku kręciła widzę, bo aż się wzruszyłeś.

Mnóstwo kibiców przyszło. Likwidujemy kawałek historii. Co będzie dalej? Niby wiedzieliśmy, że to pod nowy stadion, ale pozostawała niepewność. Jezus Maria, kiedy to będzie, a jak coś się wysypie? Jak Urząd Miasta zmieni zdanie? Jak firma będzie miała kłopoty? Baliśmy się. Dla mnie to też moment szczególny z tego powodu, że pamiętałem jak stawiano maszty. Po transferze Zbigniewa Bońka znalazły się fundusze i rozpoczęto budowę jupiterów.Dzięki temu w 1985 rozegraliśmy u siebie mecz z Galatasaray  już przy sztucznym oświetleniu. Mieliśmy wtedy najnowocześniejsze, najlepsze oświetlenie w Polsce. Nie musieliśmy już grać przy alei Unii. Te jupitery były powodem dumy, a nagle po latach jestem świadkiem tego, jak są ścinane. Stadion jaki był, taki był, ale to mnóstwo wspomnień, zarówno boiskowych sukcesów, jaki i ludzi. Tutaj spędzaliśmy czas, chodziliśmy na mecze.

Często jeździłeś na wyjazdy?

Moje pierwsze wagary to wyjazd na Legię, gdzie Widzew wygrał po bramce Chałaśkiewicza, który założył siatkę Jackowi Kazimierskiemu. Na początku jeździłem średnio często, ale później,  w latach 90 gdy robiłem relacje dla Radia Manhattan, zaliczałem absolutnie wszystkie wyjazdy. Jeździłem najczęściej z kibicami.

Co potrafiło się dziać w takim pociągu?

Bardzo dużo, jeździło się pociągami rejsowymi, bywało wesoło. Natomiast jako jeden z niewielu dziennikarzy miałem okazję zobaczyć z bliska jak wygląda interakcja pomiędzy służbami porządkowymi i kibicami. Wiem z doświadczenia jak potrafi być niejednoznaczna i jak wina potrafi leżeć po różnych stronach. Wielokrotnie zachowania służb były agresywne. Traktowano kibiców jak gorszy gatunek ludzi, a to też wzbudza protest, agresję. Jedziesz kibicować, nie masz żadnych złych zamiarów, a spotyka cię agresja siłowa lub słowna – coś się potrafi w takiej chwili w człowieku obudzić. Każdy kibic w Polsce, który jeździł trochę na mecze, wie o czym mówię.

Lata dziewięćdziesiąte były apogeum?

Myślę, że tak. Policja nie była przygotowana do pełnienia roli rozjemczej. Wchodziła w zomowskim stylu. Popatrzmy jak się podchodzi do tego teraz, odchodząc od mundurów na stadionach. Jeśli wchodzisz na stadion, a tam czekają ludzie z tarczami, pałkami, od razu budzi się w tobie myśl: oho, będzie niebezpiecznie. Stadiony w latach dziewięćdziesiątych miały fatalną frekwencję, mało kto chciał chodzić. To poszturchiwania, to uwłaczająca godności procedura sprawdzania jednej czy drugiej osoby. Niejednokrotnie słyszałem nawet opinie przedstawicieli policji, którzy przyznawali, że byli kompletnie nieprzygotowani do pełnienia wtedy funkcji porządkowej.

Ale na stadionach dzieją się czasem takie sprawy, jak osławiony grill narodowy czy gwiezdne wojny na derbach Krakowa. W tej sytuacji stewardzi są bezradni.

Ale z drugiej strony mamy w Anglii policjantów w żółtych kamizelkach na trybunach. Uważam, że ciężkozbrojne oddziały interwencyjne nie budzą dobrego przekazu, od razu idzie sygnał „znalazłem się w niebezpiecznym miejscu”. Policja powinna być wzywana przez organizatora wtedy, gdzie coś wykracza poza wszelkie normy, jest zagrożeniem dla zdrowia i życia. My na razie możemy się pochwalić, że przez dwa lata odkąd istnieje stadion takiej potrzeby nie było. Oczywiście to tylko III i II liga, ale przyjechali kibice Olimpii Elbląg wraz ze zgodową grupą Legii, byli kibice Siarki, Stali czy Resovii, nie kochający się z Widzewem. Nie mówimy, że nigdy nic się nie przydarzy, chcemy być na to przygotowani, na razie – odpukać – udaje się.

Rozmawialiśmy o tym jak losy Łodzi wiążą się z losem Widzewa, teraz jesteśmy przy sprawach kibicowskich. Nie da się nie poruszyć relacji ŁKS – Widzew. Jakiś czas temu rozmawiałem z trenerem Janem Lirką, Legendą ŁKS-u, w klubie pracującym ponad pięćdziesiąt lat. Wspominał czasy, gdy ełkaesiacy chodzili na Widzew, bo kibicowało się łódzkiej piłce. Jak ty wchodziłeś w lata aktywnego kibicowania silne animozje już istniały?

Patrzę na to dwojako. Dla osób, które były starsze w latach osiemdziesiątych, te animozje mogły nie być tak widoczne. Natomiast ja pamiętam jak powstawał silny ruch kibicowski na Widzewie. Zegar zaczął się wypełniać, budziła się silna tożsamość, że jest się kibicem Widzewa. Zgadzam się, że było dużo osób, które kibicowało obu klubom, ale my, młodsi, do nich nie należeliśmy, gruby kibicowskie rozdzielały się. Do pewnego momentu było dość bezpiecznie, choć chodziło się już w szalikach – sam miałem 2.5 metrowy z czerwonymi końcówkami, rywale oczywiście odwrotnie,. Wkrótce jednak sytuacja zaczęła się zaostrzać i prawie każdy przeżył jakąś mniej przyjemną historię. Ja po derbach na al.Unii z 1983, na które poszedłem jako piętnastolatek, zostałem – co tu kryć – poturbowany przez większych i silniejszych, bo ŁKS miał wtedy sporo starszych kibiców. Tamtego dnia zrozumiałem, że nie ma mowy o sympatii, że stoimy po dwóch różnych stronach. Zostałem zaatakowany nie dlatego, że zrobiłem komuś coś złego, tylko że miałem taki a nie inny szalik. Wkrótce miałem jeszcze jedno przeżycie w tramwaju i podział się pogłębił. Historii w mieście działo się całe mnóstwo.

Dziś jestem zdania, że my mamy swój klub, ŁKS swój. Trzeba być przede wszystkim kibicem swoich barw, a nie antykibicem cudzych, do czego wszystkich zachęcam. Można też powiedzieć: wróg? Może i wróg. Ale swój. Nie musimy się kochać czy lubić, ale można się szanować. Co więcej z perspektywy czasu  uważam, że nasza rywalizacja z ŁKS czy Legią była źródłem postępu i dawała impuls do działania, przynosiła korzyść klubom jak i całej polskiej piłce. Pamiętam też wyjątkowy moment zawieszenia broni podczas meczu z Legią na Widzewie. Zginął kibic ŁKS-u, ełkaesiacy winili, za to legionistów. Na Widzew przybyło kilkuset kibiców ŁKS-u, a widzewiacy i ełkaesiacy zostali zjednoczeni przez wspólnego wroga. Ciekawa sytuacja, ale jedyna tego rodzaju jaką pamiętam.

Grałeś też swego czasu w Widzewie.

Grałem to za duże słowo. Trenowałem lekkoatletykę, moim w-fistą w liceum został świętej pamięci Jacek Dzieniakowski, który prowadził też młodych widzewiaków. Zaprosił mnie na treningi, długo namawiać nie musiał, lekkoatletyka poszła w kąt, biegałem za piłką ku rozpaczy mojego trenera lekkoatletycznego, bo tam mi szło naprawdę nieźle. Zabrakło wystarczających umiejętności(doszła kontuzja), a Widzew był wtedy mega silną drużyną, dostanie się na poziom seniorski to był kosmos. Po maturze przestałem grać w piłkę, poszedłem na studia historyczne, potem na kulturoznawstwo. Moi młodsi koledzy z liceum Witek Kubala czy Piotrek Kupka osiągnęli w piłce więcej .

Studia historyczne nie okazały się tym, czego się spodziewałem, ale zacięcie historyczne zostało. Przyjaźnię się z braćmi Gawrońskimi, historykami i kibicami, którzy dbają o widzewskie archiwum jak mało kto, a praca,którą wykonują jest nie do przecenienia.

Co znajduje się w ich zbiorach?

W praktyce dwie nieopublikowane książki. Całe dwudziestolecie międzywojenne i okres I Wojny Światowej przez pryzmat Widzewa. W większości działacze, którzy tworzyli TMRF w 1910 później reaktywowali w 1922 klub jako RTS. Dlatego trzymamy się daty powstania 1910, bo to ci sami ludzie z odrobinę tylko zmienioną nazwą.

Niektórzy mówią, że Widzew był klubem socjalistów. Tylko zrozummy, że to był PPS, a więc socjaliści-piłsudczycy, patrioci, żołnierze Legionów walczący z bolszewikami jak choćby bracia Malinowscy, a później ginący na frontach II Wojny Światowej, również w Katyniu. Bracia Gawrońscy wykonali gigantyczną robotę archiwalną, poznali życiorysy twórców klubu na wylot, wiemy też jakie były początki klubu. Widzew uczestniczył początkowo tylko w robotniczych rozgrywkach, dopiero po wojnie się to zmienia. Losy powojenne też są ciekawe, a klub odtwarzany jest przez osoby z rodowodem PPS-owskim. Śmieszy mnie, gdy ktoś mówi, że Widzew był pupilkiem władz. Większej bzdury nie słyszałem, widać ktoś nie potrafi rozróżnić co to PPS, co KPP, a później PZPR. Jasne jest kto rządził w Polsce po drugiej wojnie światowej i jak funkcjonowały kluby. Ale Widzew nigdy nie był pupilkiem władz, w Łodzi nie było planu, aby powstawał drugi mocny klub. Zainteresowanie władz pojawiło się dopiero wtedy, gdy Widzew zaczął święcić sukcesy i stawał się sportową wizytówką nie tylko Łodzi, ale i kraju. Najpierw te drzwi musiał jednak wyważyć prezes Ludwik Sobolewski i jego ludzie.

Widać to nawet po stadionie, który przecież był swego czasu skrajnie archaiczny, także jeszcze za czasów Zbigniewa Bońka. Różnica w wysokości murawy od jednej do drugiej bramki wynosiła metr. Kapitan zawsze wybierał przy losowaniu stron tak, by grać w drugiej połowie z górki, a więc na zegar. Do dzisiaj ta tradycja się utrzymała, choć różnicy oczywiście już nie ma, ale każdy kapitan wie, którą stronę wybrać. Więcej, rywale też wiedzą, że jeśli chcą nas wybić na dzień dobry z rytmu, to dobrze jest losowanie wygrać i zrobić nam na złość. Ja sam czuję się źle, gdy im się to uda, tak jakby ktoś zakłócił właściwy rytm.

Nie boli was, że pomnik przed stadionem Widzewa, zamiast być pomnikiem Ludwika Sobolewskiego, jest tak ogólny, by nie powiedzieć: nijaki?

Boli. To nam się nie udało. Tomasz Sadłecki zgłosił projekt do budżetu obywatelskiego, dzięki głosom kibiców Widzewa nasz pomysł wygrał, ale ostatecznie zostaliśmy zmuszeni do kompromisu. Smutnego, nie ukrywam, bo nawet wdowa po prezesie Sobolewskim powiedziała nam, że to dla niej bolesne, że jej mąż został jakoś schowany.

Doskonale jednak wiemy skąd to się wzięło. Jeden z urzędników miejskich postanowił pogrzebać w aktach IPN i doszukać się ciemnych stron w życiorysie  Ludwika Sobolewskiego. To nie jest miejsce na całą opowieść, ale historia i życiorys prezesa jest dobrym tematem na film historyczno-sensacyjny.

Wielu ludzi ma niejednoznaczne karty, szczególnie w tamtych czasach, gdzie pewne decyzje były równoznaczne z życiem lub śmiercią, z przetrwaniem. Cokolwiek by nie myśleć o jego życiorysie, to nasz pomnik miał być wyrazem wdzięczności za wszystko co uczynił na rzecz klubu.

Nie można by zrobić porządnego pomnika na swój koszt?

Zgodnie z prawem zaczęła obowiązywać nowa ustawa o nazwach i pomnikach, więc raczej nie, tu też musiałaby być zgoda władz miejskich. Chciałem nadmienić, że nie ma żadnych dowodów na to, aby Sobolewski kiedykolwiek kogoś skrzywdził, zadziałał na czyjąś niekorzyść. Cytat z pomnika jest oczywiście jego.

Na pewno będziemy podążać ścieżką dodawania widzewskich akcentów na stadionie. Są głosy, że skoro stadion jest miejski, to powinien zachować neutralny charakter. Ale podajmy przykład z Polski: ile jest stadionów zbudowanych za miejskie pieniądze, a ile za prywatne? Miejskie są wszystkie poza tymi, które powstały na Euro, bo te postawiono ze środków rządowych. Na szczęście więcej osób rozumie, że Widzew jest marką, która promuje Łódź, więc jego stadion także powinien mieć jak najbardziej widzewski charakter. W planach mamy neony „Stadion Widzewa Łódź” zarówno od strony ruchliwej trasy kolejowej jak i ulicy Piłsudskiego, a na siatce chcielibyśmy zrobić efektowną galerię sław.

A rozbudowa stadionu?

Marzy nam się, rozmawiamy o tym, w mieście też zauważono to, jaką wspaniałą promocją Łodzi są kibice Widzewa. O frekwencji na naszym stadionie pisano w całej Europie. Gdy biliśmy rekord w III lidze artykuł poświęcił nam Kicker, w Italii porównywano nas do Parmy a w Szkocji do odbywających podobną drogę Glasgow Rangers.

Powiedz mi, jest jakaś szczególna historia za nieoficjalnym hymnem Widzewa, czyli „Tańcem Eleny”?

Któryś sezon z przełomu wieków, przychodzi do mnie Robert „Potar” Potargowicz, wówczas jeden z liderów ruchu kibicowskiego Widzewa, bardzo charyzmatyczna postać, niesamowicie oddana temu klubowi.  Ja melodię oczywiście znałem, „Bandyta” to świetny film , ale zastanawiałem się jak to zabrzmi na stadionie. Mieliśmy różne wcześniejsze podejścia muzyczne, ale nie do końca trafne. Spróbowaliśmy „Tańca Eleny” i chwyciło. Kibice to pokochali. Teraz, po tylu latach, jest to jedna z kolejnych składowych, które budują widzewską tożsamość. W piłce ważne są rytuały meczowe, to bez wątpienia nasz rytuał.

Na otwarcie nowego stadionu udało nam się zaprosić pana Michała Lorenca, kompozytora tej melodii. Słyszeliśmy, że pan Michał dość niechętnie bierze udział w publicznych wystąpieniach, a tutaj 18 tysięcy ludzi, pełna sala VIP-ów. Ale zgodził się, był świadkiem „Tańca Eleny” na stadionie i przeżył niezwykły dreszcz. Potem zrobił rzecz fantastyczną, przekazując nam symbolicznie prawa autorskie, zgadzając się byśmy korzystali z tej kompozycji oficjalnie podczas meczów.

Marcin, rozmawiamy i rozmawiamy, czytelnik mógł już zapomnieć, że jesteś od lat widzewskim spikerem.

W Radiu Manhattan któregoś razu zachorował Marek Madej( dawny dziennikarz TVP i komentator słynnych meczów Widzewa),  skierowano się więc do mnie. Był to mecz z GKS-em Katowice, wciągnąłem się, tak zostało. Mieliśmy wtedy rozmach: mecze komentowałem z komórki, takiej cegły Motoroli, jeszcze ze słuchawką na kablu. Koszty były przerażające, ale szliśmy na całość.

W 1995 dostałem telefon z Widzewa od ówczesnego dyrektora Andrzeja Wojciechowskiego. Powiedzieli, że chcieliby coś zmienić, podoba im się to co robię i mnie zaprosili. Krótkie spotkanie z prezesem Pawelcem, dogadaliśmy się, potem pierwszy mecz i ogromny stres. Rany boskie, dwie noce nie spałem przed. Ale później poszło i złapałem fajny kontakt z trybunami. Nie wiem czy to ja, czy Wojtek Hadaj pierwszy to zrobił w Polsce, ale w każdym razie pierwszy raz na Widzewie rozbrzmiało „Kto wygra mecz?” – trybuny odpowiadały „WIDZEW!”. Nie wiem gdzie te lata minęły, to już prawie ćwierć wieku. Wpadłem wtedy od razu w złote czasy, mistrzostwa Polski, puchary. Czyste szaleństwo.

Jak to przez tyle lat bywa, miałeś też swoje wpadki.

Pierwsza podczas starcia z Odrą Wodzisław, do której miałem pecha. Sędzia miał bardzo słabe zawody, kibice lżyli go straszliwie, włącznie z tym co zrobić z nim, jego rodziną i samochodem, gdy znowu nie gwizdnął nam ewidentnego karnego, powiedziałem:

– Moi drodzy, jakby sędzia nie sędziował, Widzew i tak wygra.

I faktycznie wygrał, ale ja nie miałem prawa wygłaszać opinii na temat arbitra. Byłem po oficjalnym kursie PZPN, miałem licencję, wiedziałem o tym, ale zadziałały emocje i to, że moje wcześniejsze prośby do spokoju na trybunach nie przynosiły skutku. Paradoks jest taki, że moja uwaga rozładowała emocje, ludzie zaczęli się śmiać. Niemniej była nieregulaminowa i dostałem naganę.

Za drugim razem wpadka była poważniejsza. Przyjechała Odra do Łodzi, w jej barwach trzech byłych ŁKS-iaków. Po meczu pokazali ełkaesiackie koszulki z jakimiś tam napisami. Prowokacja. Kibice dostali szału. Odra nie mogła wyjechać przez cztery godziny ze stadionu. Ja powiedziałem jeszcze, gdy byli na murawie:

– Co wy robicie? Jesteście z Odry czy ŁKS-u?

Niepotrzebnie włączyłem się w to oburzenie kibiców, niejako je też podsycając. Powiem tak: z dwoma z trzech tamtych zawodników poznałem się później przy jakiejś okazji prywatnie, oni przyznali, że niepotrzebnie prowokowali tłum, ja też przyznałem się do błędu. Wtedy mogło być poważnie, ale Widzew bardzo mnie bronił. Jacek Dzieniakowski powiedział mi wtedy wymowne słowa:

– Zrobiłeś co zrobiłeś Marcin, wpadka, trudno. Ale jesteś w widzewskiej rodzinie, teraz będziemy cię bronić.

Jaki powinien być spiker?

Spotykam się na konferencjach ze spikerami, to bardzo życzliwe środowisko, chętnie sobie pomagamy, doradzamy. Barwy nie mają znaczenia, powiem przykładowo, że z  osobą, która jest szykowana na spikera Legii, złapaliśmy fajny kontakt. Niemniej niektórzy nie rozumieją, że fałszywa, udawana neutralność też nie jest drogą. To nie siatkówka czy koncert. Jeśli dzisiaj jesteś spikerem Górnika Zabrze, jutro nie pójdziesz być spikerem Ruchu. Twój sukces polega też na zaufaniu ze strony kibiców. Jesteś częścią klubu, budujesz swoją wiarygodność. To oczywiście moja opinia,ale nie odbieram nikomu prawa wyboru.

Prowadziłeś mistrzowską fetę na Widzewie?

Trudno powiedzieć, czy prowadziłem, bo mikrofon przejmowali wszyscy, ale nominalnie tak. Fantastyczna noc, zapalone jupitery, tysiące ludzi w środku nocy w dzień powszedni. Niejaki Ryba wszedł na jupiter po nocy, bo chciał lepiej widzieć – nie wiem jak mu się to udało. Raz wszedłem tam w ciągu dnia z kolegą fotoreporterem zobaczyć perspektywę, ale zejście było już mocno niekomfortowe.

Rzeczywiście masz osobistą historię z tymi jupiterami.

Tak. Jak jesteś na jupiterze, czujesz jak rusza nim wiatr. Jest elastyczny, takie są zasady ich budowy, nie mogą być sztywne w pełni. W każdym razie mistrzowską noc wspominam wspaniale, następnego dnia absencja w różnych łódzkich przedsiębiorstwach była dość powszechna, nie ominęła również mnie. Nasz producent w radiu prowadził dziennika , w którym tamtego ranka zapisał:

9.05. Wiadomości sportowych chyba nie będzie, nie ma Tarota. Z tego co słyszę nadal duchem na Łazienkowskiej.

9.10. Przestaje być zabawnie, nie ma kolegi Wesołowskiego, nie będzie audycji „Dla prawo i leworęcznych”.

9.15. Wszystko jasne, zasiedzieli się na stadionie.

W końcu się pojawiliśmy, przemilczmy w jakiej formie, ale tego dnia nie tylko pracodawcy w Radiu Manhattan byli wyrozumiali.

A jak wspominasz spikerkę na Lidze Mistrzów?

Duże przeżycie, współpraca z supervisorem z ramienia UEFA. Już wtedy w dużej mierze istniał ceremoniał Champions League, mnóstwo ścisłych reguł. Udało mi się od nich odejść w jednym aspekcie. Zapytałem przedstawiciela UEFA czy mogę przedstawić drużynę i kibiców zamiast po angielsku to po niemiecku, bo znam ten język. Poparł pomysł. Dzień wcześniej spotkałem w pubie na Piotrkowskiej kibiców BVB, razem siedzieliśmy i nie mogli uwierzyć, że będę spikerem na tym meczu. Przed meczem powiedziałem, że witam serdecznie kibiców Borussii Dortmund, a szczególnie tych, z którymi miałem okazję wczoraj spotkać się na Piotrkowskiej. Dostałem brawa. Dzięki temu zabiegowi miałem też spokój na trybunach, żadnych problemów.

Z drugiej strony fakt, że mecze z Borussią były pod tym względem wyjątkowe i miało to swój początek już w Dortmundzie. Prasa bardzo się bała tego meczu, przychodził niedługo po zamieszkach w Zabrzu, z tym, że do Zabrza przyjechali pseudokibice ze wschodnich landów, grupy o rysie nacjonalistycznym. Na Westfalenstadion przywitała nas od razu flaga „przepraszamy za Zabrze”, super atmosfera, kibice Widzewa i BVB razem się bawili. Ja po końcu sezonu otrzymałem od grupy kibicowskiej „Słoneczni Królowie” proporczyk dla najlepszego spikera Ligi Mistrzów, z jakim przyszło się kibicom Borussii spotkać w tamtej edycji. Ten proporczyk ma dla mnie duże znaczenie, bagaż emocjonalny ale i zawodowy, porównywalny z nagrodą dla spikera roku otrzymaną ładnych parę lat później od Ekstraklasy i PZPN.

Cały czas futbol nie pozwala na rutynę. Po dającym awans do II ligi meczu w Ostródzie popłakałeś się.

Nerwy puściły, wariactwo zupełne. Poza wynikiem złożyła się też na to bura, jaką dostaliśmy za zorganizowanie fety tydzień wcześniej, na mecz z Lechią Tomaszów, ostatecznie zremisowany. Śmiano się ze zdjęć odkrytego autobusu uciekającego chyłkiem przez Łódź. Uszy nam puchły, ale mieliśmy tego nie przygotować? Taka jest piłka, przewrotna, znamy to z obu stron, bo i Brondby już mroziło szampany prowadząc 3:0 z nami w Danii.

Te awanse z niższych lig nie są lekceważone przez nas, mają wielki wymiar. Przypomnijmy sobie, że na trybunach jest całe pokolenie mające dziś po 20 lat. Znają historię Widzewa, ale nie mieli okazji jej przeżywać . Nie dane im było fetować mistrzostw Polski. Dlaczego po awansie z IV ligi Piotrkowską ruszyło siedem tysięcy kibiców? Bo dla dużej części z nich był to pierwszy namacalny sukces Widzewa, a w dodatku sygnał, że klub się odbudowuje, idzie w dobrym kierunku. Wiedzieli, że to wszystko za sprawą kibiców Widzewa, po części na trybunach, a po części w gabinetach, bo wszyscy, którzy pracują w Widzewie w różnych funkcjach, to kibice z większym lub mniejszym stażem.

Obowiązków masz dzisiaj mnóstwo. Nie zliczę ile telefonów musiałeś odebrać podczas naszej rozmowy.

Obowiązków jest dużo, bo nie mamy tak rozbudowanych struktur jak Legia czy Lech, a potencjał kibicowski jest taki sam, kto nie wierzy, niech porówna frekwencję. Niemniej ja lubię, jak coś się dzieje, to mnie napędza. Jako klub też musimy sobie stawiać poprzeczkę wysoko, jak najlepsze kluby Ekstraklasy. Przyjdzie czas, by postawić ją na boisku, ale już teraz możemy pracować na taki poziom organizacyjny.

Młodzieżowy mundial spędza sen z powiek? Stadion Widzewa jest jego główną areną.

To trudny temat, bo obiekt nie jest nasz, tylko wynajmujemy go od MAKIS-u, z którym zdarzają się trudne rozmowy. Mówiono, że nie da się stadionu skomercjalizować, a nam się udało: są pub, restauracja, kawiarnia, przychodnia, sklep jeden i drugi, a także firma cateringowa, która nie działa tylko dla nas, ale pracuje na co dzień. Przestrzenie są wynajmowane na imprezy okolicznościowe, także wesela czy przyjęcia komunijne. Komu to nie pasuje – jego wola, Widzew zbyt wiele razy żył ponad stan, my nie obrażamy się na żaden zarobek, trzeba liczyć każdy grosz.

Problem z mundialem polega na tym, że FIFA chce przejmować cały stadion, wymagania są bardzo daleko idące. My chcemy kompromisu, oni chcą wspólnie z MAKIS-em żebyśmy zwolnili te powierzchnie komercyjne. Pub ledwo się otworzył, już ma zostać zamknięty na mundial, choć przecież to byłoby świetne miejsce gdzie można by go przeżywać. Rozumiemy, że reklamy na czas meczów mają być zasłonięte – nie mamy z tym problemu, to zrozumiałe. Ale ludzie poinwestowali sporo w wynajem tych przestrzeni, w ich urządzenie. Na terenie stadionu jest przychodnia, nie jakiś fitness club, tylko przyjmowani są pacjenci onkologiczni w gabinetach do chemioterapii. Nie można tego zamknąć, przenieść. Chcemy mistrzostw, cieszymy się nimi, mają być świętem dla nas i dla Łodzi, ale potrzebny jest mądry kompromis.

Leszek Milewski

Fot. Widzew.com

KOMENTARZE (33)