Jesień cudów Karpat Krosno
Weszło Extra

Jesień cudów Karpat Krosno

Co kojarzy się z Karpatami Krosno? Na pewno nie pierwsza liga.

A jednak ten klub w sezonie 92/93 zgłaszał poważne pierwszoligowe ambicje.

I zgodnie z logiką tych dzikich dla polskiego futbolu czasów, w tej opowieści pojawiają się przekupni sędziowie, niespełnione talenty, miss Polonia, samochody sprowadzane z Niemiec, trener wizjoner, plajty banków i pieniądze człowieka znikąd.

***

Mówiono na niego: „Gruby”.

Kawał chłopa – swego czasu był bramkarzem na dyskotece w Sopocie – błysk w oku, zdolność do załatwienia wszystkiego, zawsze i wszędzie.

Polska początku lat dziewięćdziesiątych takim ludziom jak Zbigniew Zarębski otwierała nieograniczone możliwości.

Do Krosna wyjechał za kobietą, tutaj zarabiał na chleb z marmoladą jako cinkciarz. Kto wie jakie kontakty uzyskane w tej niebanalnej branży przydały się kilka lat później, gdy upadła komuna?

Na pewno jeden okazał się decydujący: walutą obok Zbigniewa Zarębskiego obracał Artur Dembiczak, piłkarz Karpat Krosno. To on miał zarazić Zarębskiego najpierw pasją do zespołu, a później ideą zaangażowania w klub.

Untitled 1

Karpaty to typowy peryferyjny klub, liczący się na mapie regionalnej, ale z poziomem centralnym nie mającym wiele wspólnego.

Przed pojawieniem się Zarębskiego w klubie najważniejsze rozdziały w historii klubu to pucharowy rajd do 1/8 w Pucharze Polski sezonu 78/79, a także jeden sezon w II lidze pod koniec lat osiemdziesiątych, zakończony błyskawicznym spadkiem.

Drużyna była klasyczną ciekawostką: głośno było choćby o jej pucharowym meczu ze Stalą Mielec, a to dlatego, że po dwóch stronach barykady zagrali bracia bliźniacy, Andrzej i Jan Urbankowie.

Screen Shot 02-03-19 at 04.24 PM

Potężna drugoligowa reprezentacja Podkarpacia: Resovia, Stal, Igloopol, Stalowa Wola i Karpaty

Screen Shot 02-03-19 at 04.24 PM 001

Sensacji w Pucharze Polski 78/79 było więcej

Nie do końca wiadomo w jaki sposób Zbigniew Zarębski dorobił się pieniędzy. W swoim szczytowym momencie miał kilka pomniejszych biznesików, wśród których wyróżniają się salon FSO i handel autami sprowadzanymi zza Odry. Zasadne jest wręcz pytanie: czy kiedykolwiek zarobił dość, by wejść w futbol. To sporo gęb do wykarmienia, w dodatku gęb, których nie zadowolą drobniaki. To transfery, to przejazdy, dziesiątki pomniejszych wydatków, które dodane do siebie tworzą pokaźną sumę.

Pewne jest jednak, że Zarębski w pewnym momencie szedł szeroko. Karpaty płaciły znakomicie i na czas. Piłkarze, którzy wątpili w wypłacalność, mogli otrzymać znaczną część pieniędzy z góry.

Przychodzili i zastawali nie prowincję, ale dobrze zorganizowany klub, który dbał o takie detale jak opłacony wspólny obiad w restauracji. Trener Jacek Jasłowski wspomina, że z zawodników, których chciał sprowadzić, przekonać udawało się prawie wszystkich. w hitowym transferze młodziutkiego wówczas Artura Sejuda, który zostanie sprowadzony z Sandecji Nowy Sącz, nie pieniądze będą problemem, a… zgoda rodziców, którzy obawiają się wyjazdu syna.

Screen Shot 02-01-19 at 11.49 AM 001

Sejud z Ewą Wachowicz

Nie znaczy to jednak, że mamy do czynienia z casusem Pogoni za Bekdasa, która sprowadzała hurtowo kogo chciała: Jasłowski jeździł po Polsce, oglądał zawodników po kilka razy, czasem zarywając noce, by zdecydować na kogo postawić, ale ważąc każdą złotówkę. O sile krośnieńskiej drużyny cały czas stanowią również wychowankowie, w tym gwiazda drużyny, błyskotliwy napastnik Artur Ząbek. Kapitanem jest Jan Dembiczak, młodszy od Jasłowskiego raptem o cztery lata, wychowanek Resovii, ale w klubie od lat i traktowany jest jak swój.

Z zewnątrz, poza Sejudem i Kaweckim, uwagę zwraca doświadczony Gruszecki mający za sobą grę w pierwszoligowej Stali, Błażej i Łapczyński sprowadzeni z Bydgoszczy, a przede wszystkim ukraińska trójka: Zinicz, Szczerbakow, Mokan.

Szczerbakow przyjdzie z kontuzją kostki. Jasłowski wcale by go nie brał, ale miał wybór: albo wszyscy, albo żaden. Do rangi legendy urośnie Wasilij Mokan. Piotr Decowski-Niemiec, wieloletni kierownik klubu, a wtedy kibic przyjaźniący się z mieszkającym po sąsiedzku Zarębskim, uzna go najlepszym piłkarzem w historii Karpat.

Na jakich dokładnie zasadach Ukraińcy przyszli do klubu: nie wiadomo. Według niektórych opowieści, Mokan miał być… żołnierzem na przepustce. Przybysze zza wschodniej granicy zarabiali świetnie, ale rewanżowali się dobrą grą.

ewe

Sam Jasłowski to były piłkarz Karpat, trenował w Krośnie między innymi pod Orestem Lenczykiem, dla którego było to pierwsze przetarcie trenerskie.

Jasłowski ma kilka asów w rękawie. Po pierwsze, stawia na rozpoznanie przeciwnika, co nie jest takie oczywiste w tamtych czasach. Tymczasem tutaj trener pierwszej drużyny osobiście jeździ oglądać i nagrywać rywali. Robi drobiazgowe notatki, ze szczególnym uwzględnieniem taktyki przeciwników, ale też pracy golkiperów: jak się ustawiają, jaką mają skoczność i zasięgi. Choć czasem wymaga to dwudniowej podróży na drugi koniec Polski, tłukąc się po fatalnych polskich drogach, niespełna czterdziestoletni trener ma w sobie mnóstwo zapału.

Po drugie, dzięki pomocy przyjaciela, wspomnianego Jana Urbanka, wchodzi w posiadanie konspektów treningowych jednej z topowych francuskich drużyn. Karpaty grają i trenują nowocześnie. Bronią wszyscy, nawet najbardziej wysunięty Artur Ząbek ma ciężko harować przy rozbijaniu akcji. Dziś to może standard, ale wówczas?

Wówczas to było novum, które sprawiło, że krośnianie będą mieli najlepszą defensywę w lidze.

Screen Shot 02-01-19 at 11.51 AM 002

Screen Shot 02-01-19 at 11.52 AM 004

Treningi nie są długie, obliczone na około siedemdziesiąt minut. Jasłowski stawia wielki nacisk na prawidłowe rozgrzewki, a także szybkość użytkową, przez którą rozumie zerwanie się na dwa do pięciu metrów. Owszem, zdarzają się w meczu sytuacje, kiedy potrzeba przebiec sprintem pół boiska, ale jego zdaniem o największej liczbie zagrań decyduje to kto szybciej doskoczy, kto o włos wyprzedzi przy przejęciu piłki, przy dojściu do podania, przy wyjściu na pozycję. Zawodnicy mają jedną jednostkę treningową rano, a później rotacyjnie drugą: czasem tylko napastnicy i bramkarze, czasem pomocnicy. W Krośnie konstruują też z kratki sztuczny mur, użyteczny przy trenowaniu rzutów rożnych: Jasłowski zapewnia, że jak na tamte czasy to była Ameryka. Zawodnikom tak się podoba, że chętnie zostają po treningach.

Jasłowski komplementuje też swój zespół, podkreślając jak był zdyscyplinowany. Alkohol? Przyszli, zapytali czy po meczu wyjazdowym mogą w drodze powrotnej wypić po piwie – zdarzało się i przez długie lata później. Trener miał problem tylko z dwoma piłkarzami, ale… i tak grali. Byli niereformowalni, ale zbyt dobrzy, żeby z nich zrezygnować. Jasłowski przeprowadzał z nimi rozmowy wychowawcze, tłumaczył, że mogą wiele osiągnąć jeśli wezmą się za siebie, ale wszystko jak groch o ścianę. Ostatecznie potrącał im tylko z premii za zwycięstwa. Życie graczy kręci się wokół klubu: bywają dni, że spędzają czas od rana do 19 – treningi, odnowa biologiczna, a nawet… partyjka tysiąca, także z trenerem.

W sezonie 91/92 Karpaty wygrywają III ligę, odrabiając wiosną dziesięciopunktową stratę do lidera. Wygrywają wszystko jak leci, a kameralny stadion zapełnia się kibicami. Zarębski jak zwykle ma gest: Marcin Majewski, dziś dziennikarz NC+, wspomni, że na prestiżowy mecz ze Stalą sponsor wynajmie autobusy, które za darmo przewiozą fanów Karpat.

Screen Shot 02-01-19 at 01.02 PM

Oczywiście nie ma się co oszukiwać, że znakomite wyniki to kwestia wyłącznie boiska. W tamtych czasach bez biur spadków i awansów, spółdzielni i układów nie dało się funkcjonować. W mieście huczy od plotek. Sędziowie mają mieć się tak dobrze, że niemal zabijają się o możliwość przyjazdu do Krosna, gdzie goszczeni są z honorami, a nocne wycieczki po mieście lubią się przeciągać. O podejmowaniu arbitrów w tamtych czasach barwnie opowiadał Tomasz Jagodziński:

Uczestniczyłem w niezliczonej liczbie kolacji połączonych z libacjami alkoholowymi. To było przyjęte jako rzecz normalna. Przyjeżdżaliśmy do miasta na mecz. Sędziowie mieli szczególne przywileje, ale niektórym klubom zależało też na dobrych relacjach z prasą, więc byliśmy podejmowani. Szło się na wspólną kolację, potem wjeżdżała gorzała. Jeden pił więcej, drugi mniej, zazwyczaj piło się więcej. Piłem też ja, bo kto nie pije ten kapuje, ale dzięki temu poznawałem na czym to polega. Potem w zależności od zapotrzebowania pojawiały się panienki albo nie. Czasem szło się gdzieś do kasyna. Kasyna były nielegalne, raz jechaliśmy przez lasy, jakieś wertepy do prywatnej willi, raczej domu z kasynem. Sędziowie oczywiście za swoje nie stawiali.

Krosno staje się tak atrakcyjne, że przyjeżdżają tu sędziowie nawet ze Szczecina. Niektórzy arbitrzy w niedzielę o 11, kiedy zazwyczaj rozgrywany jest mecz, mają duże problemy z nadążaniem za akcjami. Nikomu niczego za lata 91-93 nie udowodniono, dopiero kilka lat później sędzia Janusz Cecuła przerwie zmowę milczenia i opowie o korupcyjnych ofertach płynących z Karpat w 1996.

Jasłowski powie dyplomatycznie: sędziowie nie przeszkadzali. Tyle.

Prawda jest taka, że kto nie zadbał o sędziów, nie mógł się liczyć. Kto nie grał w tą grę, nie miał szans liczyć się w lidze, był kręcony. Opłacony arbiter to nie zawsze arbiter pomagający: opłacić należało nawet względną dziewięćdziesięciominutową uczciwość. Dawna druga liga była pod tym względem jeszcze gorsza niż pierwsza – potwierdzi to każdy działacz, który w tamtych latach próbował zrobić awans do Ekstraklasy.

Zarębski nie był szulerem, który kantował niewinnych graczy. Zarębski po prostu usiadł do stołu – to był element gry, a on dobrze ją rozumiał. Więksi i możniejsi od niego w swojej naiwności liczyli, że wystarczy tylko dobra drużyna, a zanim się obejrzeli musieli toczyć drugi mecz przy zielonym stoliku.

Nie da się też zrobić hegemona z drużyny beznadziejnej. Zespołu wybitnie marnego nie uratuje najbardziej zaradny sędzia, a jeśli działoby się tak co tydzień, sprawa za bardzo kłuła by po oczach. Prawda jest taka, że Karpaty umiały grać zarówno na boisku, jak i poza nim: to był wówczas klucz do sukcesu.

Jesienią 1992 roku Krosno robi dym w drugiej lidze. Na dzień dobry ogrywa Chemika Bydgoszcz 4:1, dwa razy strzela Kawecki. W drugim spotkaniu, a pierwszym wyjazdowym, przy dwudziestu czterech tysiącach widzów szokuje i ogrywa Petrochemię Płock. Jasłowski wspomni, że mecz wybroni Artur Sejud, broniąc w bramce „jak ten pies”. W Płocku najwyraźniej dobrze zapamiętają ten występ, bo przecież golkiper najlepsze lata kariery spędzi u Nafciarzy.

Z Koroną Kielce wygrywa 7:0, a Jasłowski musi wstrzymywać swoich podopiecznych. Przy stanie 5:0 do przerwy mówi piłkarzom, żeby strzelili jeszcze maksymalnie dwie bramki, a jak będzie więcej „to się pogniewamy”. Kielczanie mają ogromne kłopoty finansowe, przez cały sezon zdobędą czternaście punktów, często jeżdżą juniorami. Jasłowski nie widzi sensu w gnębieniu młodzieżowców. Zaleca, by zawodnicy grali najlepiej jak umieją, robili show dla licznie zgromadzonych kibiców, ale z szacunku dla rywala nie urządzali sobie konkursu strzeleckiego.

Drużyny do Krosna jadą jak na ścięcie. U siebie Karpaty całą jesień przegrają tylko jeden mecz: z Legią Warszawa.

Screen Shot 02-01-19 at 11.48 AM

karpaty11 Screen Shot 02-01-19 at 11.53 AM

Karpaty przejdą w Pucharze Polski najpierw Tarnovię, potem Hetmana Zamość, Avię Świdnik i Szombierki Bytom. Mało, że do Krosna 21 października przyjeżdża bardzo mocna Legia: przyjeżdżają bohaterowie Igrzysk Olimpijskich, Janusz Wójcik i Wojciech Kowalczyk, jesienią 1992 jedne z najbardziej rozpoznawalnych postaci w całej Polsce. Ktoś wpada na genialny pomysł i uświetnia mecz zaproszeniem dla Ewy Wachowicz, Miss Polonia pochodząca z nieodległych Gorlic. Przed meczem oczywiście podkreśli, że jest za Karpatami.

big_tumblr_ntqkhxjgjl1rsse9lo1_1280 Screen Shot 02-01-19 at 11.54 AM

Organizacja meczu była ekstremalna. Stadion mógł normalnie pomieścić sześć tysięcy widzów, a już w lidze Karpaty miały najlepszą frekwencję ze średnią pięciu tysięcy kibiców. Legię z Kowalczykiem, Piszem i Wójcikiem chcieli zobaczyć wszyscy, nie tylko mieszkańcy Krosna. Adam Kozubal, ówczesny członek zarządu i dyrektor klubu, na wcześniejszym ligowym spotkaniu zapyta kibiców przez mikrofon czy wyrażają zgodę, aby na Legii nie było miejsc siedzących.  Kibice są za. Tydzień przed meczem trwa akcja demontowania ławek z niektórych sektorów, w której biorą udział uczniowie, szczególnie pobliskiej „Naftówki” – w zamian otrzymają bilety. Ławki zostaną tylko na trybunie głównej oraz tej goszczącej kibiców Legii.

Mariusz Bęben, ówczesny sekretarz: – Trybuna główna mogła pomieścić 750 osób. Zrobiliśmy 800 biletów, ale pan Zarębski potrzebował dodatkowych 20. Wiadomo, że sprzedać fizycznie można, tylko gdzie te osoby się pomieszczą. Teraz są ławeczki, przedtem były „dechy”. Poszliśmy z panem Adamem Kozubalem i tak siadaliśmy obok siebie. Wymierzyliśmy swoimi pupami, że oprócz tych 20 biletów dla pana Zarębskiego, to jeszcze 5 osób się zmieści, tylko muszą siedzieć ciasno.

Kibiców wpuszczono także na przestrzeń dookoła band. W każdej chwili mogli wtargnąć na boisko, ale do żadnych ekscesów nie doszło. Niektórzy wspominają, że co odważniejsi wchodzili na drzewa rosnące nieopodal stadionu. Zakłady pracy masowo zwalniały pracowników na mecz, w szkołach nie było żywej duszy. Marcin Majewski wspomni, że nawet jego wychowawczyni powiedziała klasie:

– Jutro nadrobicie lekcje, idźcie na mecz, taki zdarza się raz na kilka lat.

Screen Shot 02-01-19 at 11.51 AM 001 Screen Shot 02-01-19 at 11.52 AM 001

Legia potraktuje lidera drugiej ligi poważnie. Przyjedzie dzień wcześniej, zatrzyma się w hotelu w Iwoniczu. Ale Karpaty zaskoczą przeciwnika, bowiem Jasłowski nie kalkuluje, tylko atakuje Legię od pierwszych minut. Szalony plan zdaje się sprawdzać: pada gol na 1:0 po pełnej fantazji akcji Zinicza. W 27 minucie Łapczyński trafia w słupek. Po drugiej stronie ataki Legii powstrzymuje znakomicie grający Sejud, pokonany dopiero po wybitnie pechowym rykoszecie.

1:1.

Wójcik i tak jest wściekły na swoich graczy, gorączkowo rozmawia z Piszem. Karpaty mają sporo do powiedzenia w tym meczu. Emocje są do samego końca, ostatecznie Legia wygra 3:1.

Jasłowski przyzna, że w jego taktyce kluczem było zneutralizowanie Pisza i Kowalczyka, ale zawodnicy, którzy mieli być ich plastrami, nie dotrzymają legionistom kroku. Kowal był nie do zatrzymania, mijał po dwóch, trzech zawodników.

Pomeczowym ekspertem będzie najpiękniejsza kibic w Polsce, czyli oczywiście Wachowicz.

Do dziś kibice w Krośnie zastanawiają się co by było, gdyby mógł zagrać pauzujący za kartki Ząbek. Trudno powiedzieć jak musiał się gotować w sobie sam Ząbek: rodowity krośnianin w życiowej formie, mający całą karierę przed sobą.

Wójcik oceni, że Karpaty to poziom górnej połówki pierwszej ligi. Pogratuluje postawy i będzie życzył, by kolejny mecz pomiędzy drużynami odbył się już w lidze, po awansie Karpat.

Wtedy wydaje się, że wiele nie ryzykuje. W Krośnie myślą podobnie. Zarębski roztacza długofalowy plan, w którego ramach ma powstać nowoczesny stadion. Jasłowski jedzie do Poznania na mecz Lecha z Legią i rozmawia z dwoma zawodnikami, którzy w tych topowych drużynach nie grają ich regularnie. Namawia ich, by po awansie przeszli do Karpat. Obaj wykazują wstępne zainteresowanie.

A potem Zarębski trafia za kratki.

Najpierw na trzy miesiące, później przedłużone do sześciu.

W klubie, co jasne, tąpnięcie. Piłkarze kręcą nosami, przegrywają z Hutnikiem 0:5, wypłat brak. W przerwie zimowej kto będzie mógł odejdzie. Wiosnę Karpaty będą grać w dużej mierze juniorami, pierwszy mecz wygrają dopiero w dziewiątej kolejce. Nie będzie też Jasłowskiego: dokładnych przyczyn odejścia podać nie chce, powie tylko, że patrząc na wiosenne wyniki Karpat do dziś mu się serce kraje. O Zarębskim ma jak najlepsze zdanie, podkreślając, że przecież sam by nic nie osiągnął, bo nie miałby nigdy takich piłkarzy i takiej organizacji. O pieniądzach ze sponsorem nie rozmawiał, skupiał się na pracy.

Zarębski, według najczęściej powtarzanej wersji wydarzeń, brał kredyty na lewe kwity. Dwa lokalne banki spółdzielcze musiały przez niego zwinąć interes. Wyszedł po roku. Czysta teoria: mógłby sobie spokojnie funkcjonować z tych biznesów, które miał, ale koszty piłki go pogrążyły. Teoria numer dwa: przez futbol trafił na świecznik, a tym samym jego ewentualne ciemniejsze interesy.

W klubie zaczęło brakować wszystkiego. Kierownik Piotr Decowski-Niemiec pamiętał czasy, gdy Karpaty przegrywały w okręgówce, a jednak uważa, że wtedy, po zamknięciu Zarębskiego, w klubie było najgorzej: przed chwilą znajdywały się pieniądze na dziesięć autokarów wiozących kibiców za darmo na wyjazdowy mecz, teraz nie było ciepłej wody.

Do awansu i tak nie braknie wiele, raptem dwa punkty.

Screen Shot 02-03-19 at 06.13 PM

Jacek Jasłowski będzie kolejne lata jednym z najbardziej cenionych trenerów na Podkarpaciu, odznaczonym za zasługi dla Karpat. Artur Ząbek trafi do Siarki Tarnobrzeg, z którą spadnie z ligi. Później słuch o nim zaginie. Bogusław Kawecki, autor trzynastu bramek, na rok trafi do pierwszoligowej Stali Stalowa Wola. Poza Arturem Sejudem nikt z tamtej drużyny nie zrobi większej kariery. Niektórzy bohaterowie krośnieńskich trybun już nie żyją. Ktoś zginął w nieszczęśliwym wypadku, ktoś zapił się na śmierć.

A Zarębski?

Mieszka wciąż w Krośnie. Podobno ma się dobrze. Wielki dom, spokojny byt.

Na Karpaty nie chodzi.

Leszek Milewski

Za pomoc przy artykule, dotarciu do materiałów i bohaterów wydarzeń dziękuję portalowi Krosno24.pl i panu Piotrowi Decowskiemu-Niemcowi

Znasz ciekawą archiwalną historię z twojego regionu? Napisz do autora

KOMENTARZE (13)

WordPress Lightbox