Dziennikarze nie czekają już na sygnał z Wiejskiej. Sami lecą prać się po pyskach
Weszło Extra

Dziennikarze nie czekają już na sygnał z Wiejskiej. Sami lecą prać się po pyskach

– Kiedyś kolekcjonowałem dowody na – powiedziałbym – nienachalną inteligencję dziennikarzy. Pytanie, które zawsze będzie po mnie chodziło, to pytanie dziennikarki Radia Merkury do Władysława Bartoszewskiego. Cytuję: „Panie profesorze, w trakcie II wojny światowej zginęło sześć milionów Żydów. Dużo to czy mało?” I pan mnie pyta, czy dziennikarze są tępi. Nie, w życiu! – mówi Robert Mazurek, dziennikarz, którego można słuchać w RMF, ale też czytać choćby w Dzienniku Gazeta Prawna. Rozmawiamy o dziennikarzach, którzy nie są bezstronni, bo zapisali się do partii politycznych. O słabej kondycji tego zawodu przez tępotę w nim pracujących. O obłudnej walce z mową nienawiści. Zapraszamy!

Wyszedł panu gość ze studia.

I co się stało? Nic właściwie. Wicepremier się zdenerwował i wyszedł, co zrobić. A to nie było trudne pytanie, takie, jak wiele innych, żadnych kontrowersji.

Podobno umawiał się pan na inne pytania?

Nigdy nie umawiam się na żadne pytania, chyba, że gość przychodzi do radia z newsem i muszę to jakoś wprowadzić. Tu było tak, że zarówno Piotr Gliński, jak i ja, nie chcieliśmy rozmawiać o śmierci Pawła Adamowicza. Jednak pytanie o budżet jest oczywistym, które dziennikarz musi zadać. Co z tego, że akurat chodziło o Gdańsk? A o co mam pytać? O miny, jakie wicepremier robi? Nie, to zostawię tabloidom, będę pytał o budżet, o pieniądze. Sorry, jak to nie jest pytanie dziennikarskie, to ja nie wiem, co nim jest.

Co zabawniejsze, gdyby Piotr Gliński nie wyszedł, to usłyszałby, jak chwalę go za budżet ministerstwa kultury na ten rok. To pierwszy minister, który tak radykalnie podniósł wydatki na kulturę. Potrafił się rozepchać. Wydajemy na kulturę ponad 1% budżetu. Chciałem powiedzieć: „Szacun, panie ministrze”, ale sobie poszedł.

To mnie zdziwiło, bo potrafię sobie przypomnieć wiele mocniejszych sytuacji z wcześniej, gdy wytyka pan politykom półprawdy, nieścisłości, hipokryzję. A jednak nigdzie nie wychodzili.

Dotychczas wszyscy jakoś to znosili. Zabawne, bo jestem chyba jedynym dziennikarzem, który się przyznaje do autentycznej sympatii do Piotra Glińskiego. Naprawdę go lubię i ostatni happening tego nie zmienia. A im bardziej inni go nie lubią, tym bardziej ja darzę sympatią. Tak w ogóle – o czym nikt nie wie i w co nikt nie wierzy – to jest człowiek przesympatyczny i bardzo inteligentny. Jednak nie daje tego po sobie poznać, zwłaszcza na antenie. No, ale to jego problem, nie mój.

Rozmówcy często się na pana obrażają?

Raczej trzymają fason i nie dają po sobie poznać, choć zdarzają się fochy. Wyszedł bez słowa – choć dotrwał do końca programu – ówczesny minister zdrowia Konstanty Radziwiłł. Patryk Jaki obraził się na dość długo, ale mu przeszło. Jestem dziennikarzem od 25 lat i niektórzy są na mnie obrażeni od dawna. Pamiętają mi przeszłe grzechy, jakie popełniłem przeciw ich wizerunkowi. To najgorszy rodzaj przewinienia. Oni uważają, że grzech przeciwko Duchowi Świętemu może być odpuszczony – choć nauczanie Matki Kościoła stanowi inaczej – natomiast grzech przeciwko ich wizerunkowi jest zmazą, której usunąć nie można. Ta hańba spada na mnie i na kolejne pokolenia.

Obrażają się, ale i tak będą przychodzić, bo to element ich ciągłej kampanii. Trochę ma pan łatwiej niż dziennikarz sportowy z obrażonym piłkarzem.

Być może, ja zresztą nie potrafiłbym rozmawiać z piłkarzem. Mnie dywagacje, czy pomocnik ma być bardziej cofnięty, czy ma się częściej włączać do ataku, wydają się… Jak to powiedzieć? Mniej mnie to interesuje. Ja lubię futbol, ale lubię go oglądać, nie jestem teoretykiem.

Istnieje opinia, że dziennikarz sportowy to najmniej potrzebny zawód świata.

Znam też taką, że jesteście jak perkusiści, a ci w zespołach rockowych uchodzą za najgłupszych. To bzdurne przekonanie wynika z dwóch powodów. Po pierwsze macie specyficznych rozmówców i nie zawsze można błysnąć. Po drugie chodzi o rodzaj selekcji. Są to młodzi zapaleńcy, którzy nie nauczyli się jeszcze wiele w zawodzie, a na ich podstawie wyrabiana jest opinia. Nie zaryzykowałbym jednak tezy, że Stefan Szczepłek jest nieinteligentny. Tak samo Mirek Żukowski, Paweł Wilkowicz, Michałowie Pol czy Kołodziejczyk. To są ludzie, których znam, w końcu to bardziej moja niż pańska kategoria wiekowa. Z nimi naprawdę fajnie się gada. A co do piłkarzy mogę jeszcze tylko powiedzieć, że na imię mam Robert, bo Gadocha pewnie nie chcieli ojcu zarejestrować.

Wierzy pan w istnienie obiektywizmu dziennikarskiego?

To jest pytanie filozoficzne i należy na nie odpowiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak obiektywizm. Fotograf jest nieobiektywny, bo fotografuje przedmiot tak, a nie inaczej. A co dopiero dziennikarz. Nie bawiąc się jednak w filozofię, pan pyta tak naprawdę o coś innego. Pan pyta, czy jest dziennikarstwo bezstronne.

I jak pan na to odpowie?

Mogę zadeklarować, że nie jestem dziennikarzem obiektywnym. Jestem subiektywny, skrajnie subiektywny. Jestem publicystą, muszę mieć poglądy, ludzie płacą mi za ich przedstawianie! Chcą jednak wierzyć, że to są poglądy moje, a nie partii. Że nie dostaje ich rano z przekazem dnia z Platformy, PiS-u, Nowoczesnej czy PSL-u. Nie zmieniam swoich poglądów, bo mój prezes czy przewodniczący tak każe.

A czy naprawdę jestem bezstronny? Nie mnie oceniać, ale staram się. Powtarzam, nie, dlatego że nie mam poglądów. Natomiast ludzie mi płacą, oni muszą zarabiać w pocie czoła, żeby kupić gazetę, w której pisuję, poświęcają swój czas, by posłuchać radia, w którym gadam. To jest szacunek dla nich, taki oczywisty. Gdybym był taksówkarzem, to mówiłbym dzień dobry i do widzenia. Tego wymaga szacunek dla klienta. A moim klientem są słuchacze i czytelnicy. To nie jest tak, że ja sobie ubzdurałem bezstronność, to jest oczywistość. Jestem dziennikarzem, nie politykiem! Celowo. Gdybym chciał być politykiem, to bym nim został, a skoro jestem dziennikarzem, to staram się zachowywać jak dziennikarz.

Powiedział pan sześć lat temu, że dziennikarze zapisali się do partii politycznych…

…i zdania nie zmieniłem.

Właśnie: ten efekt się jeszcze nasilił.

Pełna zgoda, szanowny panie. Mało tego, my z tej drogi, towarzyszu, nie zejdziemy i kroczyć będziemy. Dostaniemy jeszcze więcej tego samego. Za pięć lat będziemy z rozrzewnieniem wspominać, co było w 2019. To jest droga w jedną stronę i nie ma biletu powrotnego. Wyprzedane.

Każda droga ma jakiś koniec. 

Ja już nie doczekam. Nie widzę jednak szans, by było inaczej. Być może ludzie – ale to miałoby nastąpić nieprędko – nie będą potrzebować takich dziennikarzy. I oni wtedy wymrą, może. Jednak gadanie o tym, co będzie za 20 lat… Rany boskie, to bez sensu!

Mówi pan, że dziennikarze to w większości idioci, a może tu chodzi nie o idiotyzm, a obrotność?

Nie, miałem na myśli to, że dziennikarze w swojej masie są tępawi. Powodów, dla których ludzie mało rozgarnięci czy niewykształceni zostają dziennikarzami, jest wiele. Jednym z nich jest powód ekonomiczny. Dziennikarze, którzy mieli coś do powiedzenia, byli staranniej wykształceni, bystrzejsi, zostali wyparci przez media-workerów. Ci sobie coś piszą, coś nagrywają, robią wszystko naraz i jednocześnie nie żądają za to wielkich pieniędzy. Są młodzi i mają frajdę, że ich nazwisko się pojawia. To jeden z powodów, ale nie sądzę, że główny. Jest ich wiele. Powiedziałem, że od dziennikarzy głupsi są tylko aktorzy. Mam tylu przyjaciół aktorów, strasznie ich lubię, ale w swojej masie nie mają wiele do powiedzenia. Mówią cudzym tekstem.

Czym ta dziennikarska tępota się objawia?

Miałem nie mówić dobrze o sobie, ale powiem w formie cytatu. Robiłem wywiad z przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. On mówi mi ze zdumieniem: „Jesteś pierwszym dziennikarzem, który przeczytał ustawę o KRRiT”. A ja jestem zdumiony, że to słyszę. Gdyby ta ustawa miała 600 stron, to rozumiem, w życiu bym jej nie tknął. Ale to jest prosta ustawa i skoro idę do faceta od KRRiT, to – na Boga! – nie zaboli jak przeczytam. Konstytucję też przeczytałem w te i wewte, na wyrywki. Większość dziennikarzy, jak słyszę, tego nie robi. A jak robi, to nie rozumie.

Wie pan, oni później mają fundamentalny kłopot z zadaniem pytania, bo o co mają pytać? Jak kluski smakowały w barze? Kiedyś kolekcjonowałem dowody na – powiedziałbym – nienachalną inteligencję dziennikarzy. Pytanie, które zawsze będzie po mnie chodziło, to pytanie dziennikarki Radia Merkury do Władysława Bartoszewskiego. Cytuję: „Panie profesorze, w trakcie II wojny światowej zginęło sześć milionów Żydów. Dużo to czy mało?” I pan mnie pyta, czy dziennikarze są tępi. Nie, w życiu!

Tępi, ale wciąż obrotni, uderzają w odpowiednie tony.

Oni są na swój sposób inteligentni, skoro utrzymują się na rynku, osiągają sukcesy, ba, zostają dziennikarzami roku. Natomiast nie oznacza to, że ja mam kogoś takiego nazywać mądrym. Jest jeszcze jedna cecha, której – zwłaszcza w tym zawodzie – nie cenię. To myślenie stadne. Przychodzi chłopak do redakcji i po pół roku śmieje się z tych samych memów co koledzy, lubi tych samych ludzi co koledzy i kpi z tego samego, co koledzy. Nie trzeba mu nawet mówić jaka jest linia gazety, on to łapie w lot! I to jest upadek, bo ciekawość świata i niezależność myślenia to absolutny fundament w tej profesji.

O 19:30 widzi pan w telewizji dziennikarstwo?

Ja od 19.00 już nie widzę dziennikarstwa. Od 18:50 jeszcze tak, czasem lepsze, czasem gorsze, ale od 19.00 do 20.00 to jakaś masakra. Uczciwie mówiąc: są tam jeszcze ludzie – i tu, i tam – którzy są dziennikarzami, ale jest im coraz trudniej. Idą na kompromisy z coraz bardziej otaczającą ich rzeczywistością.

O dziewiętnastej dzieje się to bardziej w białych rękawiczkach.

To prawda, są lepsi warsztatowo, ale czy to coś zmienia? Czy ja pana zamorduję w białych rękawiczkach, czy jawnie, pańska żona, matka, ojciec, dzieci będą pana tak samo opłakiwać.

Nikogo nie bronię, ale jeden podmiot jest prywatny, drugi publiczny.

Też prawda, ale to nie jest rynek wolny, tylko regulowany. W końcu koncesja nie bierze się znikąd. Pan jest w Weszło i nie dostaliście koncesji. Wy sobie sami wszystko robicie od początku do końca. To jest medium całkowicie prywatne, działające na wolnym rynku. Jak pan ze mną założy gazetę, to albo odniesiemy sukces, albo – co bardziej prawdopodobne – zbankrutujemy. To też jest w pełni wolny rynek i nie będziemy mogli się tłumaczyć, że ktoś ma lepiej. Telewizja to nie jest rynek wolny. Krzysiek Stanowski nie może jej sobie ot, tak założyć i nadawać naziemnie. Musiałby mieć koncesję.

Mówiąc to, wcale nie chcę zwolnić z odpowiedzialności dziennikarzy telewizji publicznej. Oni często się bronią w ten sposób, że tamci przeginają, to my w ramach równowagi też mamy prawo. Nie, nikt nie ma prawa przeginać.

A nie było panu głupio publikować w „Sieci”, które miewało obrzydliwe okładki? 

Ja zawsze przyjmowałem prostą zasadę: odpowiadam wyłącznie za to, co robię. Tygodnik „Sieci”, w co może trudno uwierzyć, pozwalał mi na wszystko. Pozwalał mi nawet na bardzo ostre kpiny z redaktorów naczelnych, co nie zawsze w gazetach się zdarza. Ja mogłem sobie pisać o wszystkim za cenę tego, że oni robili rzeczy, z którymi ja się nie zgadzałem. Gdybym chciał pisywać w mediach, z którymi się całkowicie zgadzam, zostałbym na blogu. Teraz w RMF prowadzę rozmowy. Czy będzie mnie pan przepytywał z oferty muzycznej RMF-u?

To jest inna skala.

Chodzi mi o to, że ja biorą pełną odpowiedzialność za to, co robię. Nie mogę brać pełnej odpowiedzialności za to, co robią inni.

Dobrze, więc wracając: czy telewizja publiczna nie powinna być, mówiąc górnolotnie, misyjna?

Pełna zgoda, dlatego nie powinni robić tego, co robią. Ani w sferze informacji, ani w sferze rozrywki. Jacek Kurski mówi z dumą, że jego największym osiągnięciem jest stworzenie Narodowego Formatu Sylwestra. Wie pan, mnie to tak bawi, że zapamiętam to do końca życia. Co jest powodem jego dumy? Że zaprosi gwiazdy disco-polo i ludzie będą chcieli to oglądać? Nad tym się tak napracował? Stać cię na więcej, drogi Jacku.

rm

Między godziną 19 a 20 nasze społeczeństwo się najbardziej dzieli.

Polityka dzieli ludzi, ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest, że ludzie tak łatwo dają się zafiksować, że wszystko jest polityczne. Dziki, korniki, puszcza, obwodnica… Wszystko jak leci jest tematem politycznym.

Ja się nie znam na dzikach i na ich odstrzale. Chciałbym wiedzieć, jak jest, a nie mieć pogląd polityczny, bo moja partia tak mówi. Teraz na Twitterze są sami psychiatrzy, wszyscy wiedzą, czy Stefan W. jest chory psychicznie, czy nie, poczytalny, czy nie. To są ci sami psychiatrzy, którzy tydzień temu byli zoologami, bo doskonale znali dziki i zasady roznoszenia się afrykańskiego pomoru świń. Wcześniej znali się na Puszczy Augustowskiej, później na Białowieskiej. Znają się też na budowie dróg i mostów, na reprezentacji Polski, himalaizmie i Kościele, na wszystkim. Wszędzie z tym samym brakiem wiedzy i niezmąconą niczym pewnością siebie.

A dziennikarz powinien bezstronnie opisać dany temat?

Dziennikarz ma prawo zająć stanowisko. Ale rozróżnijmy: istnieją dziennikarze informacyjni i oni od tego nie są. Oni mają pokazać mi świat najwierniej, jak potrafią. I ja od nich nie oczekuję tępej propagandy, nie chcę, żeby dziennikarz informacyjny śpieszył z komentarzem. Jeśli chcę, by ktoś objaśnił mi świat, to poczytam choćby Piotra Zarembę, który rozumiej politykę lepiej ode mnie, czy Rafała Wosia który też jest publicystą nieoczywistym.

Drażni, że mamy temat i jest publicysta A oraz publicysta B, jednak ani jednego, ani drugiego nie muszę czytać. Wiem, co będzie u obu z nich.

To mnie też drażni. A może nie drażni, tylko nudzi.

Michał Majewski mówił na Weszło, że niektórzy piszą jeden felieton od 25 lat.

Bardzo trafna uwaga. Co ciekawe, są tacy, którzy chcą im za te felietony płacić. Ponadto – choć tego już nie jestem pewien – są tacy, którzy chcą te teksty czytać.

Może to się więc łączy – dziennikarze są głupi, ale odbiorcy często jeszcze głupsi?

Naprawdę nie mam poczucia, że moi słuchacze są ode mnie głupsi. Chciałoby się oczywiście, by dziennikarze byli mądrzejsi, bo skoro mają świat objaśniać, to lepiej jeśli pana uczy ktoś mądrzejszy, a nie równie tępy.

Mnie chodzi o ślepą wiarę w przekaz z 19 i 19:30.

To jest jeszcze inna sprawa, wynikająca z poglądów. Jaki jest najbliższy panu piłkarz?

Musiałbym pomyśleć, użyjmy po prostu przykładu Lewandowskiego.

Dobrze. Jak on ma gorszy mecz, jeden czy drugi, to pan nie mówi, że Lewandowski się skończył. Stara się pan go zrozumieć. Każdy ma prawo do słabszego momentu, a to jest przecież pański Lewandowski. Jak zagra wreszcie mecz, w którym pokaże swoją klasę, to pan mówi: „Patrzcie, mówiłem”. Pan go lubi, kibicuje mu i jest mu w stanie więcej wybaczyć.

Z odbiorcami programów telewizyjnych jest podobnie. Ponieważ tak bardzo kocham naszych, to ci dziennikarze, którzy też kochają naszych, są moimi sojusznikami. O 19.00 włączam Fakty, bo nienawidzę PiS-u, a wiem, że oni też. Wzajemnie się wspieramy w tej niechęci do PiS-u i sympatii do opozycji. Tak samo jest o 19:30, kiedy inna grupa włącza Wiadomości. „Dobrze! Tak! No, może trochę przesadzili, może tutaj nudny materiał, ale nieważne!”. Nie krytykujemy za bardzo, gramy do tej samej bramki i bronimy innej.

Oczekiwałbym od inteligentnego człowieka wyzbycia się skrajnych emocji. Futbol jest futbolem, 90 minut, 22 chłopa lata za świńskim pęcherzem, a tu mówimy o czymś więcej.

Każdy powinien się czasem wyłączyć i powiedzieć: „Hej, idziemy za daleko”. Niestety, ludzie mają radochę z nienawiści. Wie pan, ile cięgów zbiera gwiazdka serialowa, bo ma coś nie tak z nosem? Mnie by musiał pan Bóg opuścić, bym się tym zajmował, ale ludzi to interesuje. To jest jednak ciężka choroba. Nie ma pan takiego poczucia? Oni tak samo nienawidzą Kaczyńskiego, jak Milika.

I to nie jest brak inteligencji?

To jest skaza charakterologiczna, nie intelektualna.

Żongluje pan definicjami, a moim zdaniem człowiek inteligentny nie wkurza się na aktorkę z serialu.

Według mnie z ludzi wychodzą emocje i skrywane frustracje. W internecie każdy jest bogiem. Jestem anonimowym księciem internetu, mogę wszystko, mogę zrównać z ziemią każdego. Co z tego, że on osiągnął wszystko, a ja nic? Mogę, bo mam darmowe konto w mediach społecznościowych i wreszcie wszystkim pokażę. Ja nigdy nie czytam komentarzy pod moimi tekstami. Nie dlatego, że nie szanuję odbiorców. Wręcz przeciwnie – bardzo ich szanuję, ale nie będę się kierował ani hejtem, ani równie bezrefleksyjnym uwielbieniem. Nie czytam i już. Chcecie – piszcie, nie chcecie – nie piszcie.

Ja czytam i bawiło mnie, jak po programie, gdy miałem koszulę w kwiaty, zostałem nazwany pedałem. Oczywiście rozumiem, że zamysł autora był inny, miałem się wściec.

Występuję w koszulach w kwiaty i inne stwory, nie dlatego, że uważam, bo są ładne. Pora to wreszcie powiedzieć i Weszło będzie pierwszym medium, któremu wyznam prawdę. Niektóre z tych koszul mi się nie podobają, są obciachowe do bólu. Ja po prostu chcę w ten sposób pokazać dystans do tego, co robię. Jestem pismakiem chwilowo zatrudnionym w radiu. Jako pismak mogę występować, jak chcę, nic nie muszę. A po za tym, ludzie, to tylko polityka! To tylko wicepremier, tylko lider opozycji, żaden papież. Nie muszę się odstrzelić jak stróż w Boże Ciało.

Dziennikarze nie zdali egzaminu po wydarzeniach w Gdańsku, prawda?

Zachowali się dokładnie tak, jak można się było spodziewać. Albo uderzają w płaczliwe tony i to jest słabe, bo nieszczere, albo nie czekając na nic, jeszcze Paweł Adamowicz żyje, publikują teksty o zamachu politycznym. A nic nie wiedzą. Nie mają pojęcia czy człowiek, który to zrobił, był poczytalny, czy nie. Jednak piszą i jest to fatalne. Natomiast to mnie nie zaskakuje. Dziennikarze stali się stronniczy, bo wybrali rolę zaciężnej armii, która bierze udział w wojnie. Przykład zabójstwa Adamowicza pokazuje, że oni już nawet nie czekają na sygnał generałów z Wiejskiej, tylko sami lecą i się piorą po pyskach. Gdybym chciał być tym zaciężnym żołnierzem, to bym był politykiem. Nie chciałbym być małpką, tylko kataryniarzem.

Teraz czas na walkę z mową nienawiści.

Walka z mową nienawiści jest równie obłudna i nienawistna jak owa nienawiść. Na to się nie dajmy nabrać. Jak słyszę, że walczyć z nią ma pani Scheuring-Wielgus, to mówię: medice, cura te ipsum. Na mnie ta śmierć zrobiła wrażenie nie dlatego, że Paweł Adamowicz był świeckim świętym. Nie był. Zrobiła, bo pomyślałem o jego córkach. O tym, jakim niebywałym dramatem musi być przeżycie, kiedy można zobaczyć w internecie jak ginie mój ojciec. Nie chciałbym nigdy tego przeżyć, to coś strasznego. Tam skończyły się sympatie, antypatie, żarty. Zginął człowiek i to nie jest film. Pomyślałem, że może rzeczywiście i ja powinienem czasem powściągnąć język. Nie dlatego, że mam przestać być złośliwy, ale może bez szczególnych wykwitów tej złośliwości.

Dlaczego nazywamy stare zjawiska nowymi pojęciami jak „mowa nienawiści”?

Bo pojawiło się w internecie i nam się wydaje, że to jest coś zupełnie innego. Ma pan rację, to bzdura. Tak samo jest z angielskimi słówkami, które używamy zastępując polskie.

O, „fake news”. Kiedyś to było po prostu kłamstwo.

Oczywiście. Ale mamy też account managera. Nie wiem, co to znaczy, ale na pewno da się to przetłumaczyć na polski. Musimy nazywać to inaczej, bo się dowartościujemy. Raz w życiu wystąpiłem w TVP Sport, z ogromną radością zresztą, bo kiedy byłem małą dziewczynką, to chciałem być komentatorem sportowym. Piłkarskim oczywiście. Podchodzi do mnie pani realizatorka tegoż programu i pyta jak mnie podpisać? „Normalnie” – odpowiadam. „Ale publicysta, felietonista?” „Wystarczy dziennikarz.” „Proszę pana, tu nikt tak nie chce być podpisywany!” Jak zrozumiałem, to zbyt deprecjonujące. „Skoro tak, to niech pani napisze, że myśliciel”. Nie wiedzieć czemu nie skorzystała z podpowiedzi.

Z czego to wynika?

To jest magia słowa, ślepa wiara, że jak coś nazwiemy inaczej, to zmienimy jego istotę. Wie pan, dziś już nikt nie jest fotografem, tylko fotografikiem, nie reporterem, tylko reportażystą. Wierzymy, że jak nie nazwiemy tego nienawiścią, tylko mową nienawiści, to będzie coś innego, a wciąż to jest to samo, jak świat światem.

Wracając jeszcze do zabójstwa Pawła Adamowicza – jak powinni się zachować dziennikarze w tamtym momencie?

Ne będę nikogo pouczał, nie mam żadnego mandatu do tego. Bo co, bo jestem gruby i siwy, to jestem mądry? Nie jestem. Ale może będę.

Udziela pan wywiadu, a jak ktoś to robi, to się mądrzy. Poza tym jest pan publicystą, w felietonach też się pan przecież trochę mądrzy.

Staram się uciekać w ironię niż w mądrzenie.

Mądrzenie jest ubrane w ironię.

Chyba inaczej rozumiemy te słowa. Staram się ludzi nie pouczać, nie chcę być najmądrzejszy w całej wsi. Czasem mi się nie udaje, ale staram się. Ucieczka w ironię jest lepsza niż pozycja Katona Młodszego.

Jednak gdy przyznaje pan Durczokowi siedem w skali Hołdysa, to ocenia go pan, stawiając się wyżej.

Nie wyżej, ale oceniam, bo na tym, proszę pana, polega felieton. Poza tym każdy z nas dokonuje oceny. Pan na mnie patrząc też coś myśli i ocenia. Ja tylko zwróciłem uwagę, nie podsumowuję całego dorobku Kamila Durczoka, niech on się zajmie sobą. Zauważyłem, że jeśli człowiek w jednym twittcie potrafi napisać „mały zakompleksiony facecik, psychol” i opatrzyć to hashtagiem „stop mowy nienawiści”, to jest fenomen hipokryzji.

A siedem w skali Hołdysa, bo on jest niedoścignionym mistrzem. W końcu to on chyba najmocniej obraża wszystkich, jednocześnie drapuje się w szaty Katona Młodszego i Petroniusza. Arbiter stylu i elegancji. To jest dopiero niebywała poza. Chłopie, zdecyduj się choć na jedną! Ja się zdecydowałem. Ludzie widzą we mnie błazna i proszę bardzo. Nie będzie mi przykro, bo kiedyś nawet przeczytałem książki i umiem też robić mądre miny. Tutaj trzeba napisać w nawiasie, że redaktor Mazurek robi minę à la kardynał Wyszyński, czyli podtrzymuje podbródek palcami.

Chciał pan odejść z dziennikarstwa sześć lat temu. Udało się wytrwać do teraz.

Tak, ale miałem dość. Miałem poczucie, że coś się skończyło. Radio mnie, o dziwo, ożywiło. Nie wiem co bym robił, gdyby nie to. Stwierdziłem, że to ostatni moment, że za chwilę będę za stary i zacząłem robić coś nowego. Ale nie gadajmy już o dziennikarstwie!

Nie pytałem o wina, ale niestety się na nich nie znam.

Nie sformułuje pan żadnego pytania?

A wino jest ciekawsze niż dziennikarstwo?

Oczywiście! Wino to cała historia. Mnie w winie najbardziej interesuje właśnie ta historia czy otoczka, która za nim stoi. Przecież nie smak, choć on bywa fenomenalny. Znam producentów, czasami są to moi przyjaciele, czasami nie. Wie pan, kiedy polubiłem Marka Grechutę? Gdy nie mógł już śpiewać, a nagrał ostatnią płytę. Pomyślałem: wow, szacun. On już nie mógł, ale musiał, odczuwał taką potrzebę. To było autentyczne. Tak samo Johnny Cash. Dlaczego o tym mówię a propos wina – w tych ludziach też jest autentyzm i jest pasja. Tak samo, jak w Grechucie i Cashu, którzy już nie mogli śpiewać.

Rozmawiał PAWEŁ PACZUL

KOMENTARZE (26)