Siedmiu wspaniałych – galeria legend azjatyckiego futbolu
Weszło Extra

Siedmiu wspaniałych – galeria legend azjatyckiego futbolu

Puchar Azji wkracza w fazę decydujących rozstrzygnięć – przed nami runda play-offów, która rozpocznie się już dziś, już lada moment. Reprezentacje – a pozostało ich w grze sporo, z racji na rozbudowaną formułę turnieju – pograją po prostu o awans, to oczywiste. Natomiast poszczególni zawodnicy spróbują przy okazji złotymi zgłoskami zapisać się na kartach historii, nawiązując do najpiękniejszych tradycji azjatyckiego futbolu. Sięgnęliśmy zatem do piłkarskich kronik i postanowiliśmy przypomnieć siedem emblematycznych postaci dla wybranych krajów, wciąż pozostających w grze o końcowy triumf w turnieju. 

Komu spróbują zatem dorównać współcześni bohaterowie Pucharu Azji? Jakie legendy będą ścigać, do czyich osiągnięć postarają się nawiązać, w czyje ślady pójść? Prześledźmy sylwetki siedmiu wspaniałych. Może nie zawsze najlepszych, może niekoniecznie najwybitniejszych (choć są tu i tacy), ale na pewno w każdym przypadku wyjątkowych.

TAJLANDIA

PA-336726-Kiatisuk-Senamung-Huddersfield

Najwięcej występów (134) i najwięcej trafień (71) w historii reprezentacji. Liczby Kiatisuka Senamuanga, w połączeniu z jego ksywą – „Zico”, nadaną w oczywistym nawiązaniu do brazylijskiego magika futbolu – mówią same za siebie. To zdecydowanie jedna z największych gwiazd w dziejach tajlandzkiego futbolu. Występami na azjatyckich boiskach „Zico” zapracował sobie nawet na szokujący transfer do Europy – w 1999 roku Steve Bruce ściągnął go Anglii i zainstalował w zespole Huddersfield Town. „Teriery” występowały wówczas na drugim poziomie rozgrywkowym, ale i tak egzotyczny kierunek transferowy został powszechnie uznany za zupełnie kuriozalny i obliczony przede wszystkim na marketingowe wylansowanie klubowej marki na Dalekim Wschodzie. Wiecie, coś w stylu indonezyjskiego super-talentu, błyszczącego w rezerwach gdańskiej Lechii. Wtedy media społecznościowe dopiero raczkowały, ale i tak promowanie się w Azji miało sens, zwłaszcza że Kiatisuk był popularny nie tylko w Tajlandii, ale i Malezji czy Wietnamie. Ustępował tam sławą wyłącznie Davidowi Beckhamowi.

Huddersfield było wówczas, w 1999 roku, mocnym kandydatem do awansu, wielu upatrywało wręcz w ekipie Bruce’a faworytów do zwycięstwa w drugoligowych zmaganiach. Manager ciepłe słowa na temat „Zico” usłyszał od znajomych z Middlesbrough, gdzie Senamuang przebywał wcześniej na testach. Kiatisuk dostał zatem w Huddersfield dwa tysiące funtów tygodniówki, nowiutkiego Forda do dyspozycji, wikt i opierunek, no i złudną nadzieję na wielką, europejską karierę. W swoim ojczystym regionie był pół-bogiem – wyskakiwał z każdej lodówki. Reklamował napoje energetyczne, konsole do gier, obuwie Nike. Furorę zaczął robić już jako nastolatek, w reprezentacjach młodzieżowych. W Anglii musiał się natomiast pogodzić z rolą maskotki zespołu, a z czasem piątego koła u wozu. Trudno się dziwić – sama Premier League dopiero wchodziła w okres taktycznej rewolucji, a niższe ligi to był jeszcze ten klasyczny, niemal przysłowiowy brytyjski futbol. Toporny, oparty na wybieganiu, fizycznej sile. Kurduplowaty i chuderlawy „Zico” na treningach odbijał się od muskularnych kolegów. W ogóle nie dochodził do piłki, notował wyłącznie puste przebieżki po murawie.

Portal When Saturday Comes przytacza jego wspomnienia z tamtego okresu: – Kiedy dołączyłem do zespołu, przez pierwsze trzy miesiące nie robiłem niż innego niż trening siłowy. Musiałem ćwiczyć jak Anglik, więc zacząłem też odżywiać się jak oni. Jadłem gotowanego kurczaka, ziemniaki, pieczoną fasolę. Codziennie. Do dziś nie mogę uwierzyć, jak mogłem coś takiego zjeść…

Cóż – angielska dieta nie jest dla każdego.

„Zico” w Wielkiej Brytanii zdecydowanie się nie odnalazł, właściwie pod każdym względem. Ale ślady po jego – krótkim przecież – pobycie w Huddersfield wciąż bywają widoczne na ulicach Tajlandii, a biało-niebieskie koszulki czy proporczyki z logiem „Terierów” pojawiają się w najmniej oczekiwanych miejscach. Ostatecznie filigranowy zawodnik żadnego oficjalnego spotkania na Wyspach nie zaliczył, aż do 2001 roku, gdy… reprezentacja Tajlandii zagrała mecz sparingowy w Huddersfield, a Senamaung uświetnił go nawet bramką.

Mega-gwiazdą pozostaje do dziś, choć w trenerce wiedzie mu się ze zmiennym szczęściem, bywa niekiedy w centrum konfliktów. Ale milion obserwujących na Instagramie jest, jego fundacja hula jak należy, więc z pewnością Kiatisuk nie żałuje, że jako młody mężczyzna rzucił w cholerę robotę w policji i zajął się na całego futbolem. 71 goli dla drużyny narodowej czyni go dziewiątym na liście najskuteczniejszych strzelców w historii oficjalnych rozgrywek międzypaństwowych.

CHINY

Holding image sun jihai

Choć liga chińska staje się z roku na rok coraz słynniejsza i bardziej znacząca w świecie futbolu, to piłkarze zza Wielkiego Muru rzadko wyprawiają się w podróż na Stary Kontynent, a i w ojczyźnie niekoniecznie robią oszałamiającą furorę, która mogłaby podekscytować skautów. Brak transferów do Europy byłby jeszcze jakoś wytłumaczalny, ostatecznie mocarze z Chinese Super League są na dobrą sprawę w stanie finansowo przelicytować dowolny klub, włącznie z Realem Madryt czy Manchesterem United. Jednak reprezentacja Państwa Środka od wielu lat nie potrafi zaistnieć w gronie największych potęg azjatyckiej piłki. Weźmy choćby Asian Cup – Chińczycy od paru ładnych edycji radzą sobie w tym turnieju po prostu marnie.

Nie można jednak zapominać o pięknej karcie, jaką w Manchesterze City zapisał Sun Jihai. W kadrze grał przeszło dekadę (80 występów, 1 gol), dokładając cegiełkę do dużych sukcesów swojej reprezentacji – awansu na mundial w 2002 roku i srebrnego medalu Pucharu Azji 2004. Nigdy nie stanowił może filaru defensywy w drużynie narodowej, ale bez wątpienia ukoronowaniem jego kariery międzynarodowej miały być właśnie mistrzostwa świata w Korei i Japonii. Pojechał na nie już jako zawodnik „Obywateli”, którzy w zimowym oknie transferowym wydali na 25-letniego defensora około dwóch milionów funtów. Szybko zyskał sympatię kibiców, którzy cenili sobie jego ofensywną fantazję i zdumiewające wypady na połowę przeciwnika, nietypowe dla obrońcy.

Trenerzy mieli rzecz jasna trochę inne zdanie na temat dyscypliny taktycznej Sun Jihaia, ale niezwykłą pracowitością, uniwersalnością i wojowniczością Chińczyk nadrabiał wszelkie niedostatki. Robił zresztą szybkie postępy, przystosowując się do europejskiego futbolu. Nigdy nie odpuszczał – ani przeciwnikowi, ani sobie samemu. Stąd do dziś cieszy się wielkim szacunkiem niebieskiej części Manchesteru, funkcjonuje nawet jako ambasador tej piłkarskiej marki w ojczyźnie.

Jihai dwa lata temu opowiedział Newsweekowi o swojej brytyjskiej przygodzie. Która zaczęła się w zasadzie już w 1998 roku, gdy obrońca zaczął grę na wypożyczeniu w Crystal Palace. – Kiedy przechodziłem do Anglii, infrastruktura w lidze chińskiej nie była zbytnio rozwinięta, ale poziom sportowy ligi był dobry. Choć oczywiście zaczęły się już wtedy kłopoty z ustawianiem meczów i skorumpowanymi sędziami. (…) W Anglii wszystko było dla mnie świeże. Inny styl życia, lokalne zwyczajnie i praktyki też były odmienne. Poza tym, trafiłem do drugiej ligi, gdzie grało się szybko, piłkarze byli ode mnie silniejsi. To było dla mnie wielkie wyzwanie, ale dzięki temu się rozwinąłem. Zanim trafiłem do Anglii, miałem lekkie opory. Różnica w zarobkach nie była na tyle duża, żeby ryzykować zmianę ligi – mogłem się nie zaadaptować w nowym kraju. Jednak po zakończeniu pierwszego sezonu zacząłem tęsknić za atmosferą futbolu, kibicami, całym angielskim systemem piłkarskim. Koniecznie chciałem tam wrócić na jeszcze lepszym poziomie.

Jihai ostatecznie w samym tylko Manchesterze spędził siedem sezonów, z tego aż sześć w najwyższej klasie rozgrywkowej, przecierając szlaki dla innych piłkarzy z Dalekiego Wschodu. Klubowo osiągnął naprawdę wiele. Szkoda tylko, że już w pierwszym meczu wspomnianych mistrzostw świata w 2002 roku nabawił się kontuzji, która wykluczyła go z dalszego udziału turnieju. Nie pograł sobie nawet przez pół godziny, a Chiny przerżnęły na otwarcie z Kostaryką. No i cała jego przygoda z reprezentacją zakończyła się w dość nieprzyjemnych okolicznościach – w 2008 roku obejrzał czerwoną kartkę za awanturowanie się poza boiskiem, po czym już go więcej nie powoływano. A buty na kołku zawiesił przecież dopiero osiem lat później.

Przeszło dwadzieścia lat profesjonalnej kariery – imponujące.

Dzisiaj trudno go rozpoznać. Odkąd zrzucił z grzbietu piłkarski trykot, a wskoczył w koszulę i marynarkę, zaś na nosie zamocował okulary, wygląda jak stereotypowy azjatycki inteligent z hollywoodzkiego filmu, a nie były piłkarz, w dodatku wielki boiskowy wojownik. Sun Jihai jest jednak w tej chwili wziętym biznesmenem – założył własną, dużą firmę, która osiągnęła spory sukces na rynku i świetnie się odnajduje również w kontaktach z brytyjskimi kontrahentami. Gdy chiński prezydent, Xi Jinping odwiedzał Wielką Brytanię – przyjmowany właściwie jak cesarz – Sun Jihaia ostentacyjnie uhonorowano tytułami w ramach Galerii Sław Angielskiego Futbolu, co wywołało, delikatnie rzecz ujmując, mieszane odczucia na Wyspach. Cóż – rozdział polityki od sportu czasami jawi się jako pusty frazes.

IRAN

TEHRAN, IRAN - JUNE 11: Javad Nekounam celebrates during FIFA World Cup Asian Qualifier between Iran and Lebanon at Azadi Stadium on June 11, 2013 in Tehran, Iran. (Photo by Amin M. Jamali/Getty Images)

Najbardziej oczywistym wyborem byłby oczywiście Phil Leotardo Ali Daei, ewentualnie jego imiennik Karimi, choć to wcale nie żaden z nich dzierży w tej chwili rekord największej liczby występów w koszulce reprezentacji Iranu. Oczywiście jeżeli chodzi o gole, Daei nie ma sobie równych i długo, długo mieć nie będzie, ale Dżawad Nekunam (151 meczów, 39 bramek) pozbawił go tego pierwszego osiągnięcia. Środkowy pomocnik pierwszą część swojej kariery spędził w teherańskim Pas i już wtedy wiele klubów europejskich wyrażało nim delikatne zainteresowanie, ale jednak nie na tyle duże, żeby od obserwacji przejść do jakichkolwiek konkretów. Tymczasem „Neku” rozwijał się nie tylko piłkarsko, ale i mentalnie – szybko się okazało, że naprawdę mu do twarzy z opaską kapitańską. Byłem typem lidera boiskowego i pozaboiskowego, mocną postacią w szatni, na której mogli polegać i koledzy, i szkoleniowcy.

Podczas gdy Karimi i Daei w nieskończoność ciągnęli między sobą destrukcyjną wojenkę o przywództwo w zespole, za ich plecami rozwijał się talent prawdziwego boiskowego wodza. Dżawad zawsze starał się trzymać od tego rodzaju konfliktów z dala. Bardziej interesował go wspólny cel niż napompowanie własnego ego. Był bodaj najmocniejszym punktem drużyny, która w 2014 roku wywalczyła awans na mistrzostwa świata, zagrał również na mundialu w roku 2006. Do legendy przeszło natomiast jego trafienie z eliminacji do MŚ 2010, gdy szczęśliwie odnalazł się w polu karnym po stałym fragmencie gry, wykorzystał zamieszanie i z nieopisaną siłą wbił futbolówkę do siatki, a potem eksplodował z emocji i ruszył pędem wokół boiska, wydzierając się wniebogłosy wraz z wielotysięcznym tłumem kibiców. Symboliczna scenka. Cały on.

Nekunam dobrze odnalazł się również w realiach hiszpańskiego futbolu – w 2006 roku trafił do Osasuny i przez kilka lat regularnie występował w jej barwach, pomimo paskudnej kontuzji przednich więzadeł krzyżowych, która wyłączyła go z gry na kilka miesięcy i postawiła pod znakiem zapytania dalszą karierę. Także na niwie klubowej potwierdzał niezwykłą bramkostrzelność, zdumiewającą jak na pomocnika, który nie unikał przecież ciężkiej harówki w destrukcji. Dżawad trafiał w europejskich pucharach i – oczywiście – w lidze, choćby przeciwko Realowi Madryt.

Mimo wszystko, na niwie klubowej pozostaje trochę niespełniony, pewnie mógł wskoczyć na półkę wyżej niż Pampeluna. Mówiło się o nim w kontekście Lyonu, ale nigdy do Francji nie trafił. Byle gdzie odchodzić nie chciał – po prostu przywiązał się do Osasuny i interesował go albo transfer wielki, albo żaden. Padło na tę drugą opcję. Za to w kadrze spełnił się aż nadto. Pięknie i wymownie pożegnał się z kibicami irańskiej reprezentacji: – Podczas trudnych czasów płakaliście razem z nami, ale mamy też razem przepiękne wspomnienia, gdy zakwalifikowaliśmy się do mistrzostw świata 2006 i 2014. Kiedy pokonaliśmy Koreę Południową w Ulsan, czułem się, jak gdyby z moich barków spadło wielkie brzemię, bo wy możecie być szczęśliwi i zapomnieć o wszystkich problemach.

Co tu dużo mówić, gość z klasą.

OMAN

Ch26hY-WEAAYjmU.jpg large

Nie czarujmy się – to państwo może się kojarzyć z wieloma rzeczami, ale na pewno nie z futbolem na choćby przyzwoitym poziomie. Choć może niewielu już pamięta, że kiedyś się zanosiło, iż drużynę „Czerwonych” czekają złote czasy i rysuje się przed nią perspektywa dużych sukcesów. W 1995 roku reprezentacja Omanu do lat siedemnastu zajęła czwarte miejsce na mistrzostwach świata, w meczu o brązowy medal ustępując pola Argentynie. Choćby z Estebanem Cambiasso i Pablo Cesarem Aimarem w składzie. Omańczycy spłatali wtedy wielkiego figla faworytom, przede wszystkim deklasując Niemców w fazie grupowej – powieźli naszych zachodnich sąsiadów trójką do zera. Trafiło im się całkiem ciekawe pokolenie.

Szczególną furorę robił wówczas Mohammed Amar Al-Kathiri. Otrzymał Złotą Piłkę dla najlepszego zawodnika mundialu u-17, był też wybrany najlepszym młodym piłkarzem Azji. Zapowiadał się na naprawdę kozackiego grajka. Jego kariera potoczyła się jednak w bardzo smutny sposób – zatracił zupełnie miłość do futbolu i skończył karierę w wieku zaledwie 22 lat. Choć wzbudził spore zainteresowanie klubów europejskich po swoim niewątpliwym sukcesie na wspomnianym turnieju, niemal na siłę zatrzymywano go w kraju, wciąż wodząc ewentualnych zainteresowanych ze Starego Kontynentu za nos i podbijając stawkę w nieskończoność.

Al-Kathiri uznał w końcu, że ma tego wszystkiego dość i cisnął futbolem do wszystkich diabłów. Niechaj zatem nacieszy się chociaż honorowym miejscem w tak doborowym zestawieniu.

WIETNAM

le-cong-vinh-vff-4-1495705957254-crop-1495705979573

W 2009 roku goal.com uznało go piątym spośród najbardziej obiecujących zawodników z Azji, spekulując na temat perspektyw wielkiej kariery tego zawodnika w Europie, ale dziś już wiemy, że można było te przewidywania potłuc o kant kuli. Co nie zmienia faktu, że Le Cong Vinh uchodzi w tej chwili za jednego z najwybitniejszych piłkarzy w historii Wietnamu. Cóż – po pierwsze świadczą o tym liczby (rekordowe 83 występy, rekordowe 51 goli w drużynie narodowej). Po wtóre, efektowny styl gry. No i oczywiście stosunek kibiców, którzy traktują go jak ulubionego celebrytę. Zresztą – facet w świecie blichtru doskonale się odnajduje, jego skandalizująca biografia narobiła w kraju sporego hałasu.

Cong Vinh długo nie był traktowany jako zawodnik z potencjałem na profesjonalistę, a co dopiero na gwiazdę – gdy miał czternaście lat, trenerzy roczników juniorskich usiłowali delikatnie zasugerować mu zainteresowanie się inną dziedziną życia niż futbol i zainwestowanie czasu w rozwój innych umiejętności. A jednak – Wietnamczyk pozostał niewzruszony i skoncentrowany wyłącznie na piłce. Prędko udowadniając, że jego dotychczasowi szkoleniowcy niespecjalnie znali się na swojej robocie. Napastnik rozwijał się w zdumiewającym tempie, zaczął zgarniać kolejne nagrody dla najlepszego młodzieżowca, dominował na turniejach młodzików, aż wreszcie narobił takiego szumu, że aż doczekał się wypożyczenia do ligi portugalskiej.

We wrześniu 2009 (jako 24-latek) trafił do Leixoes, które wówczas grało w portugalskiej ekstraklasie. Udało mu się nawet zadebiutować w pierwszym zespole, co uczyniło z niego pierwszego reprezentanta Wietnamu, który wystąpił w profesjonalnej, europejskiej lidze. Na jego nieszczęście – premierowy występ wypadł słabiutko i szybko z jego usług zrezygnowano. Cong Vinh powrócił zatem do kraju i skoncentrował się na występach w ojczystych klubach i – przede wszystkim – reprezentacji. Jednak, jak sam przyznał w rozmowie z FourFourTwo, znudził się futbolem i już w wieku 31 lat powiedział „dość”.

Dzisiaj stara się inspirować młodych wietnamskich piłkarzy. – Powinni jak najszybciej wyjeżdżać do mocniejszych lig. Brakuje im odwagi i wiary, że poradzą sobie z dala od rodziny, jedząc inne potrawy, żyjąc w innym środowisku. Ten lęk ich powstrzymuje przed wyjazdem i rozwojem. Tutaj trudno o dobrą dietę, piłkarze o to nie dbają, a jeśli poważnie o tym nie myślisz, nie możesz dobrze grać. Musimy wiele rzeczy w Wietnamie pozmieniać. Piłkarze nie są dość silni, mają zbyt słabe ciała, żeby długo biegać po boisku. W Europie, Tajlandii i innych krajach testuje się fizyczne możliwości, używa elektronicznych systemów. Tutaj niczego takiego nie mamy.

Przed tegorocznym Pucharem Azji namawiano Cong Vinha (w tej chwili – 33 lata na karku) do powrotu, ale pozostał nieugięty. – Zespół który prowadzę pierwszy raz zagrał w tym sezonie w wietnamskiej ekstraklasie i jak popatrzyłem, jakie sytuacje marnują napastnicy to pomyślałem sobie, że mógłbym wciąż strzelać. Ale co innego mówić, a co innego zrobić. Dziś jestem już tylko trenerem.

JAPONIA

GettyImages-52931106

Bez wątpienia jedna z największych postaci w dziejach azjatyckiego futbolu. Hidetoshi Nakata (71 meczów, 11 goli w kadrze) stronił co prawda od występów w Asian Cup, ale na mundialach meldował się już z imponującą regularnością – zaliczył turnieje w 1998, 2002 i 2006 roku i zawsze oferował widzom coś specjalnego, element boiskowej magii. Podobnie zresztą było na boiskach Serie A, gdzie z miejsca doskonale się odnalazł ze swoją dynamiką, błyskotliwością, ale jednocześnie wielką wolą walki i potrzebą zaciętej rywalizacji. A trzeba pamiętać, że jego głowa, upstrzona zwykle jakąś fantazyjną fryzurą, służyła wtedy do przebicia potężnego muru zacofania, za jakim znajdował się japoński futbol, po wielokroć mniej popularny od bejsbolu.

Kto był w takim układzie inspiracją Nakaty, skoro brakowało mu realnych idoli, piłkarzy wielkiego kalibru? Oczywiście, że Tsubasa Ozora. Japończyk zastanawiał się nad karierą piłkarza i bejsbolisty – to właśnie lektura mangi o „Kapitanie Jastrzębiu” natchnęła go w odpowiednim kierunku.

W wywiadzie udzielonym FIFA, Hidetoshi ciekawie opowiedział o swoim rozwoju na początkowym etapie kariery. – Nigdy nie postrzegałem siebie jako dobrego zawodnika. Odbierałem się jako zwyczajną osobę i zwykłego piłkarza. Dlatego cały czas chciałem czegoś więcej – musiałem więcej trenować, więcej robić. Jako nastolatek zacząłem się dowiadywać czegoś o tym, jak wygląda futbol poza Japonią. A to oznacza, że zacząłem marzyć. Dzisiaj japońscy zawodnicy grają w klubach na całym świecie. Kiedy ja trafiłem do Włoch, byłem jedyny. 

Jeżeli chodzi o przynależność klubową, Nakata najczęściej bywa chyba kojarzony z koszulką Parmy – z tą drużyną sięgnął zresztą po Puchar Włoch, lecz swój największy sukces odniósł wcześniej. W Romie. Trafił do klubu z Wiecznego Miasta za duże pieniądze (22 miliony euro) i trudno powiedzieć, żeby do końca się tam sprawdził, choć odszedł jeszcze drożej. Liczby jednakowoż nie powalają na kolana, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak ofensywnie usposobionym zawodnikiem był Japończyk. Niekiedy jego niezwykle efektowny styl gry nieco przysłaniał braki w efektywności. Ale warto chyba było zapłacić tych dwadzieścia baniek za ten jeden, jedyny, majowy wieczór na Stadio Delle Alpi. W 60 minucie meczu Nakata wszedł z ławki, zmieniając kiepsko dysponowanego Francesco Tottiego. Stadionowy zegar był nieubłagany, wskazując wynik 2:0 dla gospodarzy z Turynu.

Tymczasem faworyt kibiców z Kraju Kwitnącej Wiśni zdołał ugrać dla Romy bezcenny remis. Fenomenalnym strzałem z dystansu zaskoczył van der Sara, a po jego kolejnej bombie z daleka Holender niefortunnie odbił piłkę i tym samym podarował piłkarzom ze stolicy wyrównującego gola. Roma zdobyła punkcik, kolejny punkcik na drodze ku wymarzonemu mistrzostwu kraju. Rzymianie nie dali już sobie wydrzeć Scudetto z rąk.

Nakata – podobnie jak poprzedni bohater – dość szybko zdecydował się odpuścić futbol, również poczuł znużenie, zmęczenie materiału. Został, zgodnie ze swoimi zamiłowaniami, zawodowym modnisiem. Projektuje ubrania, działa na rynku medialnym, finansuje tworzenie aplikacji mobilnych. Krótko mówiąc – radzi sobie. No i można nim pograć w FIFA Ultimate Team, doczekał się karty typu „ikony”. Dość taniej, swoją drogą.

KOREA POŁUDNIOWA

fffm_old_bum_kun_628

Jeżeli wydaje wam się, że Heung-min Son to pierwszy koreański zawodnik, który w Europie poczuł się jak w domu i strzelał jak na zawołanie, to nic z tych rzeczy. Cha Bum-kun trafił na Stary Kontynent jeszcze w końcówce lat siedemdziesiątych i niemal natychmiast podbił niemieckie boiska, czyniąc to ze zdumiewającą wprost łatwością. W dużej mierze to właśnie jego spektakularna kariera w Bundeslidze sprawiła, że dzisiaj skauci zza Odry tak chętnie przeczesują azjatyckie rynki i ściągają stamtąd do siebie co bardziej utalentowanych piłkarzy. Takich jak choćby… wspomniany Son, czy też Shinji Kagawa. Sukces Koreańczyka z południa, zwanego najczęściej – co wymowne – „Cha Boom”, przetarł szlaki całym pokoleniom piłkarzy z Dalekiego Wschodu.

Jego talent eksplodował już w bardzo młodym wieku, ale wyjazd z Korei Południowej do Europy nie był wtedy tak prosty jak dzisiaj. Cha w seniorskiej reprezentacji swojego kraju zadebiutował już jako 19-latek (w sumie 136 meczów, 58 goli), prędko stał się ulubieńcem kibiców. Pierwszego gola w dorosłej kadrze strzelił, będąc jeszcze formalnie studentem, nie profesjonalnym piłkarzem. Ale miał też poważniejsze obowiązki wobec narodu niż tylko kopanie szmacianki ku chwale ojczyzny – oczywiście chodzi o obowiązkową służbę wojskową. Musiał odpękać swoje, służąc w lotnictwie, stąd jego wyjazd do Niemiec znacznie się opóźnił. A kiedy już do kraju naszych zachodnich sąsiadów trafił (jako 25-latek), prędko musiał wrócić i dosłużyć kilka brakujących miesięcy.

Nie było zmiłowania, żadnych specjalnych warunków ani furtek awaryjnych. Zwolniono go dopiero w maju 1979 roku.

Kiedy Cha wreszcie wylądował w Bundeslidze na stałe, nic już nie zdołało go zatrzymać. W latach osiemdziesiątych po prostu wymiatał – najpierw a barwach Eintrachtu Frankfurt, potem jako zawodnik Bayeru Leverkusen, oba te kluby prowadząc do zwycięstwa w Pucharze UEFA. W finałach błyszczał na boisku w sposób szczególnie jaskrawy, przejmując kontrolę nad kluczowymi starciami w ich najbardziej newralgicznych momentach. W 1980 roku został wybrany najlepszym zawodnikiem drugiego z finałowych meczów, w 1988 strzelił gola na wagę dogrywki w zwycięskim rewanżu. Prędko stał się jednym z najlepiej opłacanych zawodników w lidze. Nie miał może wszystkich atrybutów klasycznej dziewiątki, ale regularnie przekraczał barierę dziesięciu trafień w sezonie ligowym, dokładając do tego sporo asyst i jeszcze więcej efektownych szarż skrzydłem.

Był właściwie zawodnikiem bardzo pasującym do współczesnego futbolu. Napastnik totalny, kąsający rywali ze wszystkich sektorów boiska.

Niewiele brakowało, a jego kariera zakończyłaby się dramatycznie w 1981 roku, gdy dopiero rozkręcał się we Frankfurcie. Jeden z zawodników… Bayeru Leverkusen, gdzie „Cha Boom” później przez wiele lat występował, w sposób nierozważny, a wręcz bestialski zaatakował jego kolano. Sytuacja wyglądała na tyle dramatycznie, że na trybunach rozgorzały zamieszki, wywołane przez kibiców Eintrachtu,  rozwścieczonych zamachem na zdrowie swojego ulubieńca. Takiego kalibru postacią był Koreańczyk – Lothar Matthaus pokusił się nawet kiedyś o stwierdzenie, że Cha był w swoim czasie „największa ofensywną siłą na świecie”. To duże słowa, być może i zbyt duże, ale mają swoje uzasadnienie.

W reprezentacji wiodło mu się natomiast ze zmiennym szczęściem – przygodę w kadrze zakończył występem na mistrzostwach świata w 1986 roku, gdzie został zupełnie stłamszony przez przeciwników, którzy zdawali sobie sprawę, że stanowi on najistotniejszą siłę ofensywną „Tygrysów” i trzeba dołożyć wszelkich starań, by odciąć go od podań. „Cha Boom” takiego grania nie lubił – był raczej typem boiskowego elegancika, lubił przestrzeń, a nie zapasy z rywalami. Obejrzane przez niego żółte kartki można policzyć na palcach jednej ręki. Tak czy owak – choć mundial zakończył się porażką, we wszelkich rankingach przyznano mu pod koniec XX wieku tytuł najlepszego azjatyckiego piłkarza stulecia.

Trzeba zaznaczyć, że reprezentacja do turnieju dostała się bez niego. Cha 133 ze 136 meczów w kadrze zanotował w latach 1972-78, przed wyjazdem do Niemiec. Pozostałe trzy spotkania to faza grupowa wspomnianego mundialu. – Po tylu latach nieobecności w kadrze grałem w inny sposób niż reszta drużyny. W ogóle nie trenowałem z zespołem. Po turnieju było mi żal moich kolegów – myślę, że gdybym mógł spędzić z nimi więcej czasu, lepiej byśmy sobie poradzili. Ale z dzisiejszej perspektywy – to wspaniałe wspomnienia – powiedział Koreańczyk w rozmowie z reporterami FIFA.

– Musiałem znaleźć własną ścieżkę do sukcesu. Osiągnąć to po swojemu. Przerażało mnie to. Przez te wszystkie lata w Niemczech nie podróżowałem, nie wychodziłem z domu po 22:30. Żyłem jak robot. Nie do końca cieszył mnie wówczas futbol, ale pionierzy nie mają innego wyboru, niż samotnie mierzyć się z trudnościami.

fot. NewsPix.pl