Mioduski znów ryzykuje, a wytrawnym graczem to on nie jest
Blogi i felietony

Mioduski znów ryzykuje, a wytrawnym graczem to on nie jest

Wybrałem w tytule łagodniejszą wersję dla prezesa Mioduskiego, bo równie dobrze mógłbym napisać, że niezbyt dużo wie o piłce, ale skoro mamy się w Polsce powstrzymać od mowy nienawiści – przynajmniej na tydzień, dwa – to i ja ustawię się w rządku grzeczny jak owieczka. Czyli Mioduski się nawet zna, ale mocno ryzykuje i to jest powód do zmartwień dla kibiców Legii, bo prezes już pokazał, że w jego przypadku jest ryzyko, natomiast zabawa już nie do końca.

Nie mogę się pozbyć jednego wrażenia: już to kiedyś gdzieś widziałem. A nawet nie gdzieś, tylko w Legii, nie kiedyś, tylko rok temu. Wtedy Mioduski też był zakochany w ludziach prowadzących mu pierwszy zespół. Pozwalał im na wiele, nie protestował, gdy Jozak i spółka ściągali kumpli dość przeciętnych (AntolićVesović) czy kumpli niepełnosprawnych (Eduardo). Jak to się skończyło, wszyscy pamiętamy. Sezon ledwo się udało uratować pod rzekomym przewodnictwem Klafuricia, ale dublet w Polsce dla połowy Europy nie znaczy nic, a druga połowa przyznaje jej rację. Było to oczywiście widać latem i było to kosztowne lato dla klubowego budżetu.

Przychodzi Sa Pinto, który w odróżnieniu od dwóch poprzednich szamanów ma pojęcie o trenerce, ale nie dostrzegam, by Mioduski uczył się na błędach. Znów jest zapatrzony jak w obrazek i nie mówię nawet o ostatnim filmiku (swoją drogą życzę każdemu, by znalazł dziewczynę, która będzie patrzyła na niego jak prezes na trenera). Bardziej chodzi mi o to, że nie zostawia sobie Mioduski żadnego marginesu błędu, znów pozwala trenerowi na wszystko, również jeśli chodzi o transfery. Wtedy byli goście z Bałkanów, teraz są Portugalczycy. Można założyć różowe okulary i mówić, że Legia ściągą kozaków, ale można też pieprznąć sobie w łeb, tylko po co. Serio: to są raczej odpady, bez większego porównania – jeśli chodzi o przeszłość – nawet do zaciągu Lecha, a przecież i Tiba, i Amaral mieli swoje problemy w ekstraklasie. Nie chce mi się wierzyć, że facet za krótki na Cadiz pomoże Legii, nie chce mi się wierzyć, że gość z greckiego średniaka też będzie jakoś specjalnie przydatny. Martins wyglądał jeszcze sensowniej, grając swoje w Sportingu i Olympiakosie, ale do tych dwóch nie mogę mieć przekonania.

Tylko niech ktoś nie pisze, że Wójcik też ściągał Majaka i mnie na Cypr, bo myśmy mieli występy w reprezentacji A, ja medal z drużyną U21, a Rocha i Agra mogli iść co najwyżej do portugalskiego U7 na kręgle. Wspomniany Eduardo może nie zarabiał bardzo, bardzo dużo, ale za frytki też nie grał i pieniądze wydane na niego można było równie dobrze spalić w kominku.

Jeśli wątek portugalski Legii nie wyjdzie, znów będzie trzeba sprzątać, rozwiązywać kontrakty, wspominać pieniądze, które można było wydać lepiej.

Czego bym chciał w Legii, to długofalowego planu. Mioduski może mówić, że cały czas taki ma, ale każdy rozsądny powie, że taki plan nie istnieje. Raz drużyna ma być bałkańska, raz portugalska, za rok może będzie skandynawska, nie wiem. Dziś Sa Pinto może cudować z karami dla piłkarzy, bo jako tako bronią go wyniki (choć i one nie są wybitne, zespół jesienią często się ślizgał). Problem przyjdzie z kryzysem i wtedy cały misterny może iść w pizdu.

Marzy się stabilizacja. Można zmieniać trenerów, ale fajnie, gdyby kolejni mieli podobny profil i podobny pomysł na zespół. Nikt mi nie wmówi, że ostatni trenerzy i pracujący na stanowisku trenera w Legii byli do siebie podobni. Legia działa na zasadzie albo się uda, albo się nie uda. Ostatnio się nie udaje.

A przecież to nie jest tania zabawa, w której szukać dobrego rozwiązania można szukać do końca świata. W końcu te ignorowane rachunki wrzucane do śmietnika, zaczną z kosza wypadać.

KOMENTARZE (52)