Futbol wśród wojennych okopów? Takie cuda tylko w Boże Narodzenie
Weszło Extra

Futbol wśród wojennych okopów? Takie cuda tylko w Boże Narodzenie

Francja

30 grudnia 1916 roku

Najdroższa Siostro,

Here we are again”, jak w piosence. Miałem całkiem fajne święta, biorąc pod uwagę, że jestem na linii frontu. Wigilia była dość smętna – trzymałem wartę, oczywiście tkwiłem do pasa w błocie. Włożyłem długie gumowce. Mieliśmy rozejm w Boże Narodzenie, nasi niemieccy przyjaciele byli tego dnia całkiem sympatyczni. Wpadli do nas, żeby się zapoznać i przy okazji wymieniliśmy z nimi wołowinę na papierosy. Święta były zatem „tray bon”, czyli: „bardzo dobre”!

(…) Nie dostałem jeszcze od ciebie listu świątecznego. Mam nadzieję, że wkrótce dotrze. Jak się powodzi Neilowi w mieście? Do niego też niebawem napiszę. Przypomnij o mnie przyjaciołom.

Twój kochający brat,

Ronald

W ten sposób szeregowy Ronald Mackinnon zrelacjonował swojej siostrzyczce, Jeanie, święta Bożego Narodzenia z 1916 roku na francuskim froncie I Wojny Światowej, wówczas zwanej jeszcze Wielką Wojną. 23-letni Kanadyjczyk nie był może wirtuozem pióra i specjalistą w dziedzinie snucia barwnych opowieści, ale z tego krótkiego, lakonicznego niemal liściku pięknie da się odczytać, że świąteczny klimat wywoływał w żołnierzach te najprostsze, najbardziej ludzkie odruchy sympatii wobec bliźniego. Nawet w tak okrutnych, odczłowieczających okolicznościach jak wojna.

Wojna, jakiej Europa dotychczas nie znała.

Hekatomba dogrywki z 1939 roku trochę zatarła fatalne wspomnienia z konfliktu z lat 1914-18. Tym bardziej w naszych, polskich oczach – ostatecznie wskutek zbiegu pomyślnych przetasowań w polityce światowej i przemyślanych działań naszej dyplomacji, Polska w 1918 roku znów zaistniała na mapach jako niezależne, niepodległe państwo. I Wojna Światowa przyniosła nam wyzwolenie. Ale triumf Ententy nad sojuszem Państw Centralnych był okupiony oceanem przelanej krwi. Obie strony uciekały się do najbardziej bezlitosnych metod walki, a fala okrucieństw uczyniła Stary Kontynent miejscem wyjątkowo podatnym na rozkwit bestialskich ideologii totalitarnych. Rekrutów mobilizowano na nieznaną dotychczas skalę – ludzie stali się tylko pionkami na imperialnej szachownicy. Pionka zaś zawsze warto poświęcić, by korzystnie ulokować hetmana czy laufra. A tym bardziej, by chronić króla.

Cztery lata działań wojennych. Przeszło osiem milionów poległych żołnierzy. Dwadzieścia milionów poniosło rany, niekiedy doznało trwałych, okropnych okaleczeń. Kolejne miliony sczezły w niewoli, umęczone przymusowymi robotami. Liczby porażają i przerażają zarazem.

Wspomniany Ronald Mackinnon doczekał się w końcu bożonarodzeniowego listu od siostry, korespondencja szczęśliwie nigdzie nie przepadła. Skrobnął też, zgodnie z zapowiedzią, kilka słów do swojego brata, słał wiele krótkich wiadomości do ojca. Niestety – nie było mu już dane spotkać się z rodziną, do której z taką tęsknotą pisał. Swój ostatni list wysłał trzy dni przed śmiercią, chwaląc się tacie, że podczas zbliżającej się batalii będzie walczył z granatnikiem w dłoni, napierając na pruski oddział w pierwszej fali ataku. „Mamy dobrą ekipę i porządne wsparcie artyleryjskie. Jestem pewien, że wypełnimy cele naszej misji. Kiedy dostaniesz ten list, pewnie z gazet będziesz już wiedział o tej bitwie więcej ode mnie”.

Kanadyjski szeregowy, żołnierz oddziału lekkiej piechoty z Południowego Ontario, nie dożył  nawet dwudziestych czwartych urodzin. Poległ w bitwie o Vimy Ridge, stanowiącej jedną z najbardziej bohaterskich akcji kanadyjskich wojsk podczas Wielkiej Wojny. Zginął od kuli, wystrzelonej przez jednego z „niemieckich przyjaciół”, z którymi tak fajnie się gadało i którzy tak chętnie wymienili fajki na mięso. Zginął, podobnie jak 3597 innych chłopców z Ontario i okolic.

Cóż – bohaterskie akcje wymagają bohaterskich poświęceń od bohaterskich żołnierzy.

Jedynie symbolika świąt Bożego Narodzenia miała dostateczną moc, by powstrzymać huk wystrzałów artyleryjskich, świst kul i dym trujących gazów. Choć na sekundkę, choćby na momencik. No, może nie „jedynie”. Oprócz świąt, skonfliktowane strony potrafił też na krótką chwilę pojednać futbol.

***

Świąteczne pojednanie zwaśnionych armii w 1916 roku, o którym w liście pisał Mackinnon, to był już niestety przypadek jednostkowy. Piękny i wymowny, ale jednocześnie drobny i odosobniony. Prawdziwy świąteczny cud na naprawdę wielką skalę wydarzył się dwa lata wcześniej – podczas pierwszego Bożego Narodzenia, które przyszło żołnierzom celebrować w warunkach wojny pozycyjnej. Czyli – w okopach. Brudnych, bagnistych korytarzach. Cuchnących błotem, fekaliami, trupem i krwią. Śmiercią. W tak nieludzkich realiach naprawdę trudno wczuć się w uroczy, gwiazdkowy klimat. A jednak – udało się.

Wszystko zaczęło się prawdopodobnie we flamandzkiej miejscowości Ypres, newralgicznym punkcie frontu zachodniego. Odbyły się tam w sumie cztery wielkie bitwy – pierwsza miała miejsce już w drugiej połowie października 1914, niespełna trzy miesiące po wybuchu konfliktu. Wojska niemieckie miały jeszcze wówczas jakieś nadzieje na zrealizowanie nieco zmodyfikowanego planu wojny błyskawicznej i chciały przełamać defensywę Ententy swoim szybkim, potężnym uderzeniem. Tak zwany „plan Schlieffena” zakładał rozgromienie Francji w przeciągu, plus-minus, sześciu tygodni. Szumne założenia wzięły jednak w łeb.

Później niemiecka propaganda przedstawiała pierwszą bitwę pod Ypres jako „Rzeź niewiniątek”. Rzeczywiście – plac ziemi niczyjej między okopami został ciasno pokryty ciałami młodziutkich chłopaków. Podczas jednej tylko, maleńkiej w sumie akcji – próby zdobycia wzgórza Langemark – zginęło kilka tysięcy uczniów i studentów z kraju naszych zachodnich sąsiadów. Gromiono ich bez litości, wykorzystując kiepskie uzbrojenie, niewielkie obycie bojowe i braki w wyszkoleniu.

Dowódcy oddziałów okopanych w okolicach Ypres często wydawali swoim żołnierzom rozkazy, które do dziś trudno zrozumieć, a historycy nie odnajdują dla nich w pełni logicznych uzasadnień. Bezmiar okrucieństwa przekroczył wszelkie wyobrażenia – bywało, że dziesiątki tysięcy ofiar pochłaniały potyczki, których stawką było kilka kilometrów bagnistego terenu, zupełnie nieistotnego ani z punktu widzenia taktycznego, ani strategicznego. Gdyby podsumować bilans zmarłych i rannych podczas wszystkich czterech starć pod Ypres, znów trzeba by było uciekać się do liczb z sześcioma zerami.

Przetrwali tylko szczęściarze. Między innymi żołnierz 16. Bawarskiego Rezerwowego Pułku Piechoty, Adolf Hitler.

Collier's_1921_World_War_-_Ypres_at_close_of_war

Ruiny miasta Ypres w 1921 roku. To ponure miejsce było czymś w rodzaju Hiroszimy i Nagasaki dla Wielkiej Wojny.

Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno się dziwić wielkiemu zdziwieniu, z jakim kapitan Arthur O’Sullivan, stacjonujący nieopodal Neuve-Chapelle, przyjął w wigilię Bożego Narodzenia pewien okrzyk. Okrzyk w języku angielskim, choć z wyraźnym, niemieckim akcentem.

– Nie strzelajcie po północy! Wtedy my też nie będziemy strzelać. Jak wyjdzie do nas jakiś Anglik, możemy porozmawiać. Nie otworzymy ognia – dudnił głos Niemca, dochodzący gdzieś z odmętów ziemi niczyjej, oddzielającej wrogie okopy. Takich głosów pojawiło się wiele. Dziesiątki. Setki. Wielu Niemców świetnie znało angielski, bo przed wojną… pracowało w Wielkiej Brytanii.

Dowódcy obu armii spodziewali się, że tego rodzaju incydenty mogą nastąpić. Za wszelką cenę starali się im zapobiec. O zawieszenie broni na okres świąteczny gorąco zabiegał papież Benedykt XV, którego pontyfikat rozpoczął się akurat wraz ze startem Wielkiej Wojny i upłynął początkowo na apelowaniu o pokojowe rokowania. Nikt oficjalnie nie przystał na jego prośby, ale głos Watykanu był głośno słyszalny. Poza tym – przedłużające się przebywanie w zbliżonych okopach – nomen omen – zbliżyło do siebie żołnierzy, dzielących tę samą, wojenną niedolę. Nachalna propaganda, przedstawiająca z jednej strony Niemców jako dzikusów i barbarzyńców, a z drugiej Brytyjczyków i Francuzów jako bezdusznych, opętanych żądzą zysku imperialistów, traciła na sile z każdym dniem pozycyjnego pata na froncie. Obie strony tkwiły w tym samym gównie i jakoś nie wyglądało na to, by rzekomo ogarnięci żądzą krwi wrogowie byli ze swojego położenia zadowoleni.

Na front wysłano w znacznej liczbie młodych chłopaków, którzy do tamtej pory niewiele mieli wspólnego z wojną. Wszyscy liczyli, że konflikt będzie dynamiczny, potrwa kilka miesięcy. Nikt nie oczekiwał niekończącej się wojny na wyczerpanie. Rodziny żołnierzy słały im podarunki, świąteczne gadżety, drobne upominki. Chęć do prucia w stronę wrogów seriami z karabinów malała z każdym dniem. Brytyjski generał Smith-Dorrien już z początkiem grudnia pouczał swoich podwładnych, żeby w żadnym wypadku nie dopuścili do spodziewanych gestów braterstwa. Ale surowe rozkazy wszystkim wywietrzały z głowy, gdy w wigilię linia niemieckich okopów upstrzyła się światełkami i przystrojonymi choinkami. Zmrok pochłonął widok drutów kolczastych. Za to świeczki na choinkach jarzyły się wyraźnie, podobnie jak pierwsza gwiazdka na niebie.

Z oddali zaczął się unosić dźwięk niemieckich kolęd. Brytyjczycy też odpowiedzieli gromkim śpiewem. Nad frontem poniosła się „Cicha noc”, odśpiewywana w wielu językach.

Szeregowy Albert Moren: – To była najpiękniejsza, księżycowa noc. Ziemia była skuta lodem, wszędzie zalegał śnieg. Około ósmej wieczorem spostrzegliśmy zamieszanie w niemieckich okopach. Nagle stały się oświetlone, sam nie wiem, czym. A potem Niemcy zaśpiewali „Cichą noc”. „Cóż za piękna melodia” – pomyślałem. To był jeden z najważniejszych dni w moim życiu. Nigdy go nie zapomnę.

 ***

Choć do oficjalnego zawieszenia broni nigdy nie doszło, spontaniczny rozejm rozlał się na olbrzymiej części frontu zachodniego Wielkiej Wojny. Nieoficjalne rachunki dowodzą, że rękę do siebie wyciągnęły setki tysięcy żołnierzy. Dowódcy próbowali jeszcze okiełznać swoje armie, dogadując się po prostu na wstrzymanie ognia do południa drugiego dnia świąt. Ale było już za późno – tłumy żołnierzy wynurzyły się z okopów i ruszyły na spotkanie z… No właśnie, z kim? Z wrogiem? Ale czy z wrogiem można się ściskać, palić wesoło papierosy, składać mu życzenia wszelkiej pomyślności, pomagać przy strzyżeniu przydługich włosów i wznosić rzewne toasty za jego zdrowie?

W okolicach Ypres nagle zniknął podział na „my” i „oni”. Będący przecież istotą wojny samej w sobie.

Szeregowy Josef Wenzel: – Pewien Brytyjczyk podszedł do mnie, od razu uścisnął moją dłoń i przekazał mi kilka papierosów. Kolejny dał mi pamiętnik, trzeci podpisał się na pocztówce, czwarty zanotował swój adres w moim notatniku. Jeden Anglik zaczął przygrywać na harmonijce ustnej niemieckiego żołnierza. Pozostali tańczyli, jeszcze inni dumnie paradowali w niemieckich hełmach. Do końca życia tego widoku nie zapomnę.

Kapral John Ferguson: – Rozmawialiśmy jak starzy znajomi. Staliśmy przed niemieckimi zasiekami z drutu kolczastego, otaczali nas Niemcy. Cóż za widok – grupki Niemców i Brytyjczyków utworzyły się na prawie całej długości naszego frontu! Z ciemności mogliśmy usłyszeć śmiech i zobaczyć rozpalone zapałki, gdy jakiś Niemiec podpalał Szkotowi papierosa i na odwrót.

Szeregowy Josef Sewald: – Krzyczałem do naszych wrogów, że nie chcemy do nich strzelać ze względu na bożonarodzeniowy rozejm. Powiedziałem im, że mógłbym do nich przyjść i spróbować porozmawiać. Na początku nastała cisza, potem jeszcze raz krzyknąłem, zapraszając ich, na co oni odpowiedzieli: „Nie strzelać!”. Któryś z Brytyjczyków wyszedł z okopów, ja uczyniłem to samo i podaliśmy sobie razem dłonie.

Szeregowy Henry Williamson: – Droga matko, piszę do ciebie z okopów. Jest jedenasta rano w „Boxing Day”. Przede mną jest ognisko, za mną ziemianka, a w niej słoma. Ziemia jest rozmiękła wewnątrz okopu, ale zamarznięta poza nim. W moich ustach jest fajka, w niej tytoń. „Jasne”, odpowiesz z niedowierzaniem. Ale zaczekaj, wszystko ci wyjaśnię. W tej fajce jest tytoń niemiecki. Zaśmiejesz się. Pomyślisz, że to od więźnia, albo tytoń znaleziony w zdobytym okopie. Moja kochana, nie! To podarunek od niemieckiego żołnierza. Żywego niemieckiego żołnierza, który przyniósł mi go z własnej woli. Wczoraj brytyjscy i niemieccy żołnierze się spotkali, uścisnęli sobie dłonie, wymienili podarunki. Niesłychane, prawda?

guardian

Fragment gazety, traktujący o rozejmie.

Kapitan Robert Patrick Miles: – Piątek (Boże Narodzenie). Mamy najbardziej niesłychane święta, jakie można sobie tylko wyobrazić. Dzieje się seria niezaplanowanych i niezaakceptowanych przez dowództwo, ale doskonale zrozumiałych i skrupulatnie przeze mnie obserwowanych rozejmów pomiędzy nami i naszymi przyjaciółmi z drugiej strony frontu. Zabawne jest to, że one dzieją się chyba wyłącznie u nas, bo w oddali z prawej i lewej strony widać wystrzały, wesołe jak zawsze. Wszystko zaczęło się w wigilię – w chłodną, ponurą noc. Zaraz po zmroku Niemcy zaczęli wykrzykiwać: „Wesołych Świąt, Angole!”. Oczywiście im odpowiedzieliśmy i nagle olbrzymia liczba żołnierzy opuściła okopy, bez uzbrojenia. Na własną rękę ustalili, że nie powinniśmy do dziś siebie strzelać. Ludzi zaczęli się ze sobą bratać. Naturalnie nie pozwoliliśmy Niemcom zbliżyć się za bardzo do naszych umocnień. Nie padł ani jeden strzał przez całą noc.

Sztaby obu armii oczywiście nie mogły pozostać głuche na rozwój sytuacji. Postanowiły zachować twarz, przyłączając się do gestów sympatii. Niemcy przesłali bezdusznym imperialistom beczkę najlepszego piwa, Anglicy w ramach rewanżu podarowali barbarzyńcom ze wschodu potężną porcję śliwkowego puddingu. Postanowiono wykorzystać czas rozejmu na pozbieranie ciał z pola bitwy i pochowanie ich. Często decydowano się na wspólne mogiły, w których grzebano ofiary niezależnie od tego, po której ze stron wcześniej walczyły. Pogrzeby odprawiano wspólnie, ponad podziałami. Niemcy śpiewali, Szkoci przygrywali na dudach.

– To była jedna z najdziwniejszych scen, jakie można sobie wyobrazić. Pójść nieuzbrojonym w stronę wroga, który idzie w twoim kierunku i też jest nieuzbrojony. Po naszych rozmowach odniosłem wrażenie, że niektóre z doniesień prasowych na temat Niemców są mocno przesadzone. Choć oczywiście rozmawialiśmy z Sasami, nie Prusakami – opisywał pewien brytyjski oficer, cytowany przez New York Times 31 grudnia 1914 roku, ale bez zaznaczenia nazwiska. To był w ogóle pierwszy oficjalny artykuł prasowy na temat rozejmu, który zaadresowano do społeczeństw z obozu aliantów. Wcześniej blokowane były wszelkie doniesienia. Obawiano się, że masy mogą nie zrozumieć, jak to możliwe, że doszło do jakichkolwiek ciepłych relacji z wrogiem, którego propagandowe działania przedstawiały jako najokrutniejszego z okrutnych.

– W dzień Bożego Narodzenia postanowiliśmy pograć w piłkę pomiędzy okopami. Niemcy się nie przyłączyli. Chyba uznali, że ziemia jest zbyt twarda i zmarznięta, albo ich oficerowie zablokowali inicjatywę. Tak czy inaczej, w godzinach popołudniowych sobie pogadaliśmy. Jeden z nich miał aparat fotograficzny i zrobił nam zdjęcie – kontynuował oficer.

W jego okolicy nie udało się zatem zorganizować piłkarskiego meczu. Ale to nie oznacza, że do futbolowej potyczki między Aliantami a Państwami Centralnymi nie doszło wcale.

***

Śladów piłki nożnej podczas I Wojny Światowej możemy odnaleźć wiele. Brytyjczycy wysłali nawet na front batalion, który zwano potocznie „piłkarskim”. Wstąpili do niego na ochotnika zawodnicy, arbitrzy i wielką liczbą również kibice. Uczestniczyli w wielu ważnych bitwach, między innymi nad Sommą, choć początkowo angielska federacja nie chciała w ogóle przerywać rozgrywek na czas wojny. Jednak ta decyzja wywołała olbrzymie kontrowersje i presja społeczna była zbyt potężna, by ją utrzymano w mocy. Ludzie piłki ruszyli do boju. Szczególnym poświęceniem wykazali się członkowie zespołu Clapton Orient, dzisiaj znanego jako Leyton Orient. Wysłali do Francji aż czterdziestu jeden ochotników, w tym piłkarzy i członków sztabu szkoleniowego. Trzech zawodników zginęło w walce lub wskutek odniesionych ran. Między innymi Richard McFadden i Willie Jones, serdeczni przyjaciele z dzieciństwa.

Obaj reprezentowali barwy tego samego klubu i obaj oddali życie w tej samej batalii, właśnie nad Sommą. Choć nie tego samego dnia. McFadden na własne oczy widział, jak jego druh został przeszyty kulą. Historia niemalże hollywoodzka. Obaj zostali złapani w potrzasku, uwięzieni w okopie. Jones – przed wojną celebryta, jeden z najpopularniejszych zawodników w kraju, zwłaszcza wśród młodych panien – miał już tego dość. Nie wytrzymał presji. Pożegnał przyjaciela, podziękował mu za wszystko i wyskoczył z okopu, co było równoznaczne z samobójstwem. Wpakowano w jego ciało wiadro pocisków.

Piłkarskie kariery zakończone na froncie I Wojny Światowej można wyliczać długo. Choćby Wilfred Bartrop, który fenomenalnie radził sobie jako napastnik w barwach Barnsley i zapracował tym samym na transfer do Liverpoolu. Zginął siódmego listopada 1918 roku, tuż przed końcem konfliktu. Albo Jimmy Speirs – Szkot, doskonały zawodnik Leeds City. Poległ w trzeciej bitwie pod Ypres. Wślizgów potrafił unikać jak mało kto, lecz seria z karabinu maszynowego go dopadła.

Ale – jako się rzekło – w święta 1914 roku kule gdzieniegdzie nie świszczały. Tam, gdzie ugadano zawieszenie broni, ziemia niczyja była bezpieczna. Po uprzątnięciu z ciał, nadawała się idealnie do tego, by pyknąć jakiś meczyk.

christmas-truce-soccer

Żołnierze walczą o piłkę.

Najsłynniejszym starciem Aliantów i Państw Centralnych jest bez wątpienia to, które zakończyło się wynikiem 3:2 dla… gości, jakkolwiek okrutnie by to w tych okolicznościach nie zabrzmiało. Starcie zostało przerwane, gdy jedyna prawdziwa, porządna piłka wylądowała na drucie kolczastym i uszło z niej powietrze. Miało w nim wziąć udział przeszło stu żołnierzy. Słupki ułożono ponoć z hełmów, a pole boiska wyznaczał tłum gapiów. Trudno jednak jednoznacznie określić, gdzie odbyło się to spotkanie. I czy w ogóle odbyło się w takiej formie, jaką dzisiaj przekazuje się w formie legendy. Niektóre źródła lokują ten mecz właśnie w okolicach Ypres, inne w ogóle po innej stronie Europy. Tak czy owak, nie był to przecież jedyny przypadek, gdy Anglicy zagrali sobie z Niemcami w piłkę. Futbolowe potyczki to jedne z najcieplejszych wspomnień wielu żołnierzy, z rozmaitych oddziałów czy batalionów.

Wzmianek na temat piłkarskich gierek jest mnóstwo. Zazwyczaj nie były to mecze toczone według jakichkolwiek zasad – po prostu, kopano sobie dla zabawy jakąś prowizoryczną futbolówkę z jednej strony ziemi niczyjej na drugą. Chcąc się wyszaleć, wyszumieć. Po prostu – pobawić.

Szeregowy Ernie Williams: – Piłka skądś się pojawiła. Nie wiem skąd, na pewno z ich strony, my nie mieliśmy piłki. To była porządna futbolówka. Oni pozdejmowali płaszcze i czapki, ułożyli je jako słupki bramki. Jeden z nich stanął na budzie i zaczęła się ogólna kopanina. Dzisiaj mi się wydaje, że kilkaset osób wzięło w niej udział. Musiałem się dołączyć – miałem dziewiętnaście lat, całkiem nieźle grałem. Wszyscy się świetnie bawili, bez złej woli. Byli tam Niemcy, którzy świetnie mówili po angielsku. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas znał niemiecki. Nie wyznaczyliśmy sędziego, do takiej rywalizacji wcale go nie potrzebowaliśmy. To było jak granie za dzieciaka na ulicy. Nie liczyliśmy wyniku, nie dzieliliśmy się na drużyny – po prostu graliśmy. To nie była piłka, jaką znacie z telewizji. Mieliśmy na sobie bardzo ciężkie buty, a w tamtych dniach piłki też swoje ważyły.

– Nie czuliśmy się jak wrogowie. Raczej jak kibice drużyn, które ze sobą lekko rywalizują w lidze – wspominał jeden z angielskich oficerów.

***

Rozejm zakończono drugiego dnia świąt, oddając kilka ostrzegawczych strzałów w powietrze, choć w wielu miejscach ciągnął się on znacznie dłużej, czasami na zasadzie pozorowania walki. Zaprzyjaźnieni żołnierze nie mieli już ochoty się mordować i z przerażeniem czytali później doniesienia prasowe, w których każdego uczestnika świątecznego zawieszenia broni nazywano zdrajcą narodu. Rodziny pisały do nich listy z pretensjami, żony były poddawane ostracyzmowi społecznemu w ojczyźnie. Mimo to, w wielu miejscach ostrzały wznowiono dopiero po wymianie oddziałów na świeże i odpowiednio zindoktrynowane. Dowódcy surowo już później pilnowali, by nie dochodziło do masowych pojednań. Za próby bratania się z wrogiem karano nawet śmiercią. Zresztą – odkąd do walki zaczęto używać gazów bojowych, bodaj najokrutniejszej broni Wielkiej Wojny, zwaśnionym żołnierzom nie było już w głowie nawiązywanie przyjacielskich stosunków.

Erich Maria Remarque pisał później w słynnej, antywojennej powieści „Na Zachodzie bez zmian”: Rozkaz uczynił te ciche stworzenia naszymi wrogami, rozkaz mógłby ich odmienić w przyjaciół. Przy jakimś tam stole jacyś tam ludzie, których nikt z nas nie zna, podpisują papiery i oto na lata całe najwyższym naszym celem staje się to, co w innych warunkach ściąga na siebie pogardę życia i najsurowszą karę. Kto potrafi tu coś zrozumieć, gdy widzi tych cichych ludzi o dziecięcych twarzach, o brodach apostołów! Każdy podoficer jest większym wrogiem rekrutowi, każdy nauczyciel uczniowi, niż my im a, a oni nam. A przecież wypuścić ich na wolność – będziemy się znowu nawzajem tępili.

(…) My nie jesteśmy już młodzieżą. Nie pragniemy już zdobyć świata szturmem. Jesteśmy uciekinierami. Uciekamy sami przed sobą. Przed naszym życiem. Mieliśmy osiemnaście lat i rozpoczęliśmy miłować świat i istnienie; musieliśmy strzelać do tego. Pierwszy granat, który padł, trafił w nasze serce. Jesteśmy odcięci od tego, co czynne, od dążenia, od postępu. Nie wierzymy już w to wszystko; wierzymy w wojnę.

Nigdy więcej nie doszło już do świątecznego rozejmu na skalę masową. Wyłącznie incydentalną, czego doświadczył choćby Ronald Mackinnon w 1916 roku. Zresztą – nawet Boże Narodzenie 1914 nie zadziałało na wszystkich – Francuzi czy Belgowie często z nieukrywaną wściekłością obserwowali, jak Niemcy i Brytyjczycy się ze sobą kumplują. Wśród Anglików również nastroje były mieszane – niektórzy chwalili się później w korespondencji, że zastrzelili Niemca, kroczącego w ich stronę z zamiarem złożenia życzeń i zawarcia świątecznego paktu o nieagresji.

Nawet jeżeli chwilowo zaprzyjaźnionych wrogów będziemy bardzo optymistycznie liczyć w setkach tysięcy, miliony wciąż w tym samym czasie próbowały się nawzajem pozabijać.

Jednak i tak warto pielęgnować wspomnienie bożonarodzeniowego rozejmu. Wspomnienie tych kilkudziesięciu pięknych godzin, kiedy niektóre pionki zeszły z szachownicy, żeby pogadać, pośmiać się i – tak po prostu – pograć sobie w piłę. Pouganiać się za futbolówką w przebłysku człowieczeństwa. A jeżeli słynne 3:2, do dziś wspominane, nawet przez UEFA, tak naprawdę nigdy się nie wydarzyło i jest tylko mitem, powielanym przez lata? Cóż – Jezus Chrystus również nie urodził się 25 grudnia.

Michał Kołkowski

KOMENTARZE (3)