Możliwe, że byłem bramkarzem od szyi w dół
Weszło Extra

Możliwe, że byłem bramkarzem od szyi w dół

– W momentach, gdy człowiek potrzebuje wsparcia, czy to trenera, czy w domu, ja tego wsparcia nie miałem. Zostawałem sam. Sam musiałem sobie z tym radzić. Nie miałem ojca, nie miałem matki. Nie miałem wzorów. Mogłem liczyć na siebie. Często zamykałem się w sobie i chciałem wszystko rozwiązywać sam, po swojemu. I to nie zawsze było dobre. A na pewno miało przełożenie na to, co robiłem na boisku. Życie prywatne odgrywało dużą rolę w moim życiu sportowym – mówi Sebastian Przyrowski.

Dziś zawodnik Pogoni Grodzisk Mazowiecki i trener bramkarzy juniorów w MKS-ie Polonii Warszawa, a wcześniej golkiper Groclinu, Polonii, Górnika czy Levadiakosu, opowiada o swojej karierze. O szyderce z Przyrosiów, o krytyce Wojciechowskiego, o życiu w bogatej szatni Polonii za Wojciechowskiego i życiu w biednej rzeczywistości za Króla. Dlaczego, skoro – jak sam mówi – miał potencjał na większą karierę, ta mu nie do końca wyszła? Zapraszamy.

Miałeś do siebie dystans w czasie kariery?

Czasem mi go brakowało. Napinałem się. Niektóre porażki strasznie rozpamiętywałem, a to nie jest dobra droga. Teraz mam 37 lat i trochę późno, ale jest mi łatwiej. Wszystko jednak przychodzi z doświadczeniem, obyciem. Czasem trzeba coś przegrać, czegoś doświadczyć, by wyciągnąć wnioski.

Pytam, bo zastanawiało mnie, jak odbierałeś szyderkę na przykład z Przyrosi.

To mnie nie wkurzało, bo ja się napinałem na swoją postawę, gdy wiedziałem, że zrobiłem coś złego albo czegoś nie zrobiłem. Natomiast myślę, że rozgłos był tylko wtedy, gdy przydarzyła się wpadka. Jak było coś fajnego, dobrego, przez 10 meczów puściłem dwie bramki, panowała cisza. Była nagonka na kilku piłkarzy z ligi i ja byłem wśród nich. Można było o nas wszystko powiedzieć i napisać. Nie komentowaliśmy tego specjalnie, bo mieliśmy to w dupie. Znajdowali się dziennikarze, którzy potrafili dzwonić 10 razy dziennie, a potem wysmarować artykuł z nieba. Stworzony tylko na ich potrzeby. Po mnie to spływało, bo nikt nie mógł mnie skrytykować tak jak ja sam siebie, ale wpływało to na moją rodzinę, znajomych. I dlatego miałem pretensje: raz o to, a dwa, że jednego dnia dziennikarze całowali cię po stopach, a drugiego pisali byle gówno.

A konkretniej, jacy dziennikarze, jakie artykuły?

Dokładnych tekstów nie pamiętam. Nazwisk ci nie podam, ale chodzi o dziennikarzy Przeglądu Sportowego i Super Expressu. Teraz jak przeglądam prasę, to widzę, że czasy się zmieniły, bo wtedy można było każdemu coś wcisnąć. Cóż, może to była ich praca.

Dobra, ale skąd brały się te Przyrosie – tylko z czasów juniorskich, jak kiedyś tłumaczyłeś?

Też, bo dopiero z czasem zacząłem nad tym pracować z odpowiednimi ludźmi i to się powoli, ale zmieniało. W młodości ćwiczyłem z takimi, a nie innymi trenerami i pojawiły się elementy trudne do wyplenienia. Nikt ze mną nie siadał po meczu na drugi dzień, nie wyjmował laptopa i nie pokazywał mi moich interwencji. Dopiero w wieku 28 lat to się zaczęło, w Polonii. Wcześniej panowała zasada: to puściłeś, to obroniłeś, gramy dalej. Potem w Górniku z Mateuszem Sławikiem siadaliśmy i rozmawialiśmy o mojej grze, następnie w Pilicy Białobrzegi z Adamem Bolkiem wręcz dla własnej przyjemności przeprowadzaliśmy analizy. Wcześniej trenerzy analizowali przebieg meczu, sytuacje, ale nie same zachowania bramkarza. Może tego wtedy też brakowało.

Rozumiem to, ale dorastałeś w czasach, z których wyrośli też inni dobrzy bramkarze, pewnie często też pozbawieni tej analizy.

Pewnie. Mnie też czegoś brakowało. Popełniałem błędy, bo źle ustawiałem stopę, zajmowałem złą pozycję, miałem problem z wyobrażaniem sobie tych sytuacji. Jednak zwróć uwagę, że to Legia wypuszczała naprawdę dobrych bramkarzy, gdyż to ona miała bardzo dobrych trenerów. Tak jak my próbujemy teraz pracować, tak ona pracowała z golkiperami 15 lat temu. I tych moich przyzwyczajeń nie dało się zmienić z tygodnia na tydzień.

Jako trener bramkarzy w juniorach wyciągasz wnioski z tych lat i zwracasz uwagę na te elementy?

Tak, analizuję z nimi te sytuacje. Oni w dniu meczu widzą swój występ inaczej, po 24 godzinach jeszcze inaczej. Taka rozmowa po meczu czy treningu bardzo pomaga.

A pamiętasz, kiedy ostatnio bolał ząb prezesa Wojciechowskiego?

Coś kojarzę…

W 1979 roku. Mówił o tym, bo wściekł się na ciebie, że nie zagrałeś w meczu ze Śląskiem przez ból zęba.

Dostałem zapalenia i o trzeciej w nocy jechaliśmy z kierownikiem do dentysty, takiego co przyjmował 24 godziny na dobę. Tydzień wcześniej byłem u innego stomatologa, który mi źle wyczyścił zęba, potem zalakował i zrobił się z tego jakiś syf. Bolało jak cholera. Po czasie wróciłem do niego, dałem mu zjebkę i pokazałem ten wywiad z prezesem Wojciechowskim, żeby się przykładał do swojej pracy. To jest poważna sprawa, chciałem, by miał nauczkę, bo w przyszłości nie wie, na kogo trafi.

Ząb zębem, ale to był kolejny element krytyki skierowanej w ciebie. Poza tym Wojciechowski potrafił powiedzieć: – Nie wiem, co się z tym chłopakiem dzieje. Jeśli podobnie zagra w następnym spotkaniu, niewykluczone, że będziemy musieli poszukać nowego bramkarza.

Brałem to na klatę, bo to była moja wina. Ja prezesa Wojciechowskiego wspominam dobrze. On płacił, wymagał i miał prawo do pretensji, gdy coś nie szło po jego myśli. Nie musiało go obchodzić to, czy wybrałem dobrego dentystę, czy złego. Dlaczego popełniłem dany błąd. Tak samo dzisiaj ja mówię młodym chłopakom: musicie być przygotowani. Zęby muszą być zdrowe, paznokcie obcięte, buty zasznurowane. Bo wymagamy dzisiaj my i wymagać będzie ktoś później.

Jakbyś określił Polonię pod rządami Wojciechowskiego?

To był intensywny czas. Brakowało spokoju i stabilizacji. Stabilizacja finansowa owszem była, ale pod względem sportowym istniała duża przepaść. Patrzę na to i myślę, że mieliśmy z jednej strony wszystko, ale z drugiej nie pozwolono nam osiągać prawdziwych sukcesów, a mogliśmy osiągnąć dużo. Zmiany trenerów nie wpływały na nas dobrze, dochodziły inne zawirowania. Jestem teraz po drugiej stronie barykady i współczuję trenerom, którzy musieli tam przeżywać to wszystko. To było nie do zniesienia. Brakowało człowieka, który by doradzał prezesowi i brał na siebie odpowiedzialność. Prezes pasjonował się piłką, dawał wielkie pieniądze, ale znał się na tyle, na ile się znał i brał do siebie ludzi, którzy nie potrafili mu pomóc. Bo nie potrafili widzieć czegoś innego poza pieniędzmi. A wszystko potem spadało na nas i trenerów.

Próbowaliście iść do prezesa i powiedzieć: może jednak tego trenera warto zostawić, dobrze nam z nim idzie?

Tak. Były dwie takie sytuacje: za trenera Zielińskiego i za trenera Bakero. Gdy prowadził nas Bakero, czuliśmy się zgrani, silni, gotowi do sukcesu. Pamiętam to wszystko dokładnie: treningi, przygotowania do sezonu, pierwsze mecze w lidze. I pamiętam, jak to się skończyło. Zostało to zniszczone w jeden dzień. To był dla nas bardzo duży cios. Drużyna to przeżyła, ja też, szanowałem i ceniłem Bakero jako trenera, jego praca była dobra. Zespół mu się poświęcił i szliśmy w jednym kierunku. Gdy odchodził, byliśmy u prezesa, próbowaliśmy interweniować, ale on podjął decyzję i nie chciał jej cofnąć.

WARSZAWA 30.05.2013 PILKA NOZNA EKSTRAKLASA MECZ POLONIA WARSZAWA PIAST GLIWICE N/Z CZERWONA KARTKA PRZYROWSKI ROBAK FOTO MAREK ZIELINSKI/NEWSPIX --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Was w ogóle przy tylu zmianach dało się nazwać drużyną? Jednością?

Nie. Drużyna tworzyła się za Bakero i Zielińskiego, wtedy byliśmy napięci na sukces, każdy go chciał, jeden drugiego pilnował. Natomiast drużyna stworzyła się tylko i wyłącznie za trenera Stokowca. On wykreował ten zespół i atmosferę. Urządził ściśle hermetyczne środowisko, które my tworzyliśmy i nikt nie miał tam wejścia. On szedł za nami, a my z nim. Udało mu się to w skromnych warunkach i może paradoksalnie miał łatwiej.

Może tych pieniędzy wcześniej było za dużo?

Nie. Za dużo było doradców, mieszania, możliwości. Pieniędzy nigdy nie jest za dużo. Można mieć 100 milionów, a chcieć więcej. Natomiast chodzi o podejście. Kasy może być dużo, ale trzeba umieć patrzyć na pewne kwestie nie pod jej kątem, a tamci doradcy Wojciechowskiego tego nie potrafili zrobić.

Poza zasługami Stokowca wiadomo, że też i zespół dbał o atmosferę.

Tak jest. Młodsi zawodnicy, jak Paweł Wszołek, Łukasz Teodorczyk, Miłosz Przybecki, mieli małe kontrakty, więc dostawali jakieś pieniądze, my mieliśmy duże i nie dostawaliśmy nic. Ja nie dostałem nic przez dziewięć miesięcy. Jednak gdy siadaliśmy przy stole, to byliśmy równi. Jedliśmy tosty za pięć złotych i jadł je każdy: Baszczyński, ja, Wszołek, Teodorczyk i tak dalej. Nie było tak, że ktoś sobie szedł akurat na coś innego. To nas scalało i miało przełożenie na boisko, gdzie wszyscy mieliśmy do siebie zaufanie. Ale podkreślam: żeby to działało, potrzebny był ktoś taki jak trener Stokowiec.

Czujesz nienawiść do Króla?

Nie, bo jestem takim człowiekiem, który stara się, by takie uczucie było mu obce. Natomiast mam wielki żal, bo wiem, że ten człowiek robił to wszystko z premedytacją. Siedział z nami, patrzył w oczy i mówił: „panowie, ja dam sobie obie ręce uciąć, że będzie dobrze, Polonia nie upadnie”. Byliśmy tacy, że chcieliśmy wierzyć w ludzi i w jego przypadku możemy sobie pluć w brodę. No, ale to jest jego droga i myślę, że kiedyś za to wszystko odpowie, bo to się za nim ciągnie i będzie ciągnęło. Aczkolwiek pewnie ma takie podejście do tego, że to mu zwisa i powiewa… W momencie, w którym nas przejął, z Polonią było można zrobić coś fajnego. Byli ludzie, którzy chcieli pomagać, ale on to z premedytacją wziął wszystko na siebie. Do tej pory działa na naszą szkodę, bo gdyby tak nie było, może byśmy jakąś część pieniędzy odzyskali. A do tej pory nie stało się tak z żadną złotówką. Jesteśmy na drodze sądowej, mamy sprawy powygrywane, mamy zasądzone pieniądze, ale nie da się ich jednak odzyskać. Są zamrożone. Nie tylko my zostaliśmy oszukani, ale też inne podmioty. Zobaczymy, może kiedyś coś z tego będzie.

Po co mu to było? Kasa to jedno, ale co z opinią ważną w kolejnych interesach?

Wiedział, co może z tego wyciągnąć. Szedł na żywioł i nie wierzę, że cokolwiek na tym stracił. Zarobił dobre pieniądze na Polonii przez ten rok, bo transze, które wpływały do klubu, nie szły dla nas, tylko do niego i jego firmy. Oszukiwał nas. Ja miałem oferty, mogłem odejść, ale chciałem zostać w Polonii.

No właśnie, jesteś znany z tego, że miałeś mieć wiele sag transferowych. Feyenoord, Tottenham…

Feyenoord to była moja pierwsza przygoda. Wziął mnie trener Kaczmarek do ich filii, do Excelsioru. Potrenowałem, spodobałem się, pojechałem na obóz już z pierwszą drużyną Feyenoordu, też się spodobałem, ale trener Kaczmarek dostał pracę w Grodzisku. W Holandii były wymogi dotyczące obcokrajowców, miałem 18 lat i musieliby mi płacić jakieś pieniądze. Wróciłem więc do Polski, podpisałem kontrakt w Grodzisku i nie żałuję. A późniejsze transfery, które nie wypaliły… Zawsze coś nie wychodziło. A to prezes chciał za dużo, a to menadżer coś zawalił. Największe pretensje mam jednak do siebie, gdyby wszystko było ze mną super, to bym wyjechał. Ale nie jest przypadkiem, że miałem kontrakt podsunięty w Tottenhamie, takie rzeczy nie biorą się z byle czego. Wyleciałem tam w Sylwestra, ale doszło do zmiany trenera, ten nowy miał inną koncepcję. Wróciłem do Polski, a oni wzięli Cudiciniego. Krótka, ale fajna przygoda. Poza tym był Salzburg, inne europejskie kluby, Legia, gdy jeszcze grałem w Grodzisku.

Gdybyś był dobry, na pewno by cię wzięli.

Tak jest. Niby łatwiej byłoby mi wyjechać z Legii czy z Wisły Kraków, ale pretensje mogę mieć do ludzi, którymi się otaczałem i do samego siebie. Jednak zainteresowanie było ogromne. Naprawdę. Co pół roku miałem telefony, oferty. Ciśnienie było, ale czegoś zawsze brakowało.

Umiejętności.

Też. Jednak skoro obserwowali mnie czasem i przez sześć meczów, to te oferty nie były z kapelusza.

A ta Grecja na samym końcu, po co ci była?

Po tej burzy w Polonii i ja, i rodzina potrzebowaliśmy się oderwać. Miałem propozycje z Cracovii, Jagiellonii, Lechia się odzywała, ale chciałem w końcu spróbować wyjazdu. Myślałem: kurde, oferta jest, nie jest to co prawda wielki klub, jednak czemu nie? Tam byłem dwa lata i przez pierwszy sezon byłem drugim bramkarzem ligi za Ricardo w statystykach, klasyfikacjach, jedenastkach. Pojawiły się oferty, ale pojawiły się znów kolejne problemy: partnerka, z którą byłem, chciała wracać do Polski. Nie chciała tam być. A ja sobie nie wyobrażałem, by być tam sam bez dziecka. Wróciliśmy do kraju. Mogłem w Grecji sporo zrobić, jednak to stanęło na przeszkodzie.

W sumie dziwne, że zaryzykowałeś z Grecją, mając za sobą problemy Polonii.

Miałem obawy, ale miałem kontakt z człowiekiem, któremu zaufałem. Zabezpieczył mnie finansowo, chciałem sportowo spróbować życia gdzie indziej. Poziom mnie nie zaskoczył, grecka liga też nie, bardziej ja ich. Inni ludzie mogli się ode mnie uczyć, dziś widzę bramkarza, który ze mną trenował. Teraz jest pierwszym golkiperem w AEK-u. Fajnie się to obserwuje, bo coś pewnie ode mnie wyciągnął. (Panagiotis Tsintotas był jedynką AEK-u na wiosnę 17/18, teraz jest drugim bramkarzem – red.)

Skoro byłeś w tak świetnej formie, to czemu, gdy wróciłeś do formy, było z tobą bardzo źle?

Miałem propozycję od trenera Stokowca z Zagłębia i z Górnika. Wybrałem Górnik i sportowo to była najgorsza decyzja. Organizacja taka, a nie inna, atmosfera też. Dołożyłem do tego spadku małą cegiełkę, zagrałem cztery mecze, nie pokazałem nic i spadliśmy z ligi. Sportowo nic tam nie zyskałem i to był duży błąd, że wybrałem ten Górnik.

Organizacja klubu to jedno, ale miałeś tam 36% skuteczności obron…

W meczach sparingowych czuliśmy się fantastycznie, a ja w tych grach towarzyskich byłem nie do zatrzymania. Nikt mi nie mógł bramki strzelić. Niestety, mecze ligowe to zweryfikowały. Myślałem, czemu tak jest… Bo stresów tam nie przeżywałem, nie spinałem się. Nie wiem, dlaczego tak wyszło. Byli tam ludzie wokół klubu, którzy nie pomagali, ale Górnik wspominam dobrze. Jestem pełen podziwu dla kibiców, mają ich fantastycznych. No, ale jak mówiłem, sportowo nie zyskałem nic.

MIELEC 2015.08.15 T - MOBILE EKSTRAKLASA PILKA NOZNA SEZON 2015 / 2016 05 KOLEJKA TERMALICA BRUK BET NIECIECZA GORNIK ZABRZE NZ SEBASTIAN PRZYROWSKI GORNIK FOT MICHAL STAWOWIAK / NEWSPIX.PL MIELEC 2015.08.15 FOOTBALL T - MOBILE EKSTRAKLASA SEASON 2015 / 2016 ROUND 05 TERMALICA BRUK BET NIECIECZA GORNIK ZABRZE MICHAL STAWOWIAK / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Pechowy jesteś – Groclin się rozpadł, Polonia upadła, Tychy spadły, Górnik spadł.

W Grodzisku po prostu prezes oddał klub. Polonia się rozpadła, ale to nie była wina zawodników, tylko jednego człowieka. W Tychach byłem trzy miesiące. W Górniku rok i zagrałem pięć meczów, ale to nie były pierwsze spadki Górnika czy innego klubu. Grałem mecze przeciwko Polonii i Górnikowi, potem te kluby też spadały. Więc nie patrzyłbym tak na to. Na przykład w Groclinie przecież odnosiłem sukcesy – dwa wicemistrzostwa, dwa Puchary Polski, dwa Puchary Ekstraklasy. Do tego mecze w europejskich pucharach.

Zaraz, ale te pamiętne mecze z Herthą i City grał Liberda.

Siedziałem na ławce, ale potem, jak nie odpadaliśmy w pierwszych rundach – i zremisowaliśmy z Lens na wyjeździe – to grałem. Jakiś wkład mam w kolejne sukcesu, bo grałem w meczach, gdy Groclin zdobywał wicemistrzostwo, grałem też w meczach o Puchar Polski i Puchar Ekstraklasy.

Powiem ci szczerze, że wypadasz bardzo pewnie w tym wywiadzie. I na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że masz zbyt dobre zdanie o sobie.

Mam mieć złe zdanie, bo popełniałem błędy i puszczałem bramki? Wybacz, ale to jest sport. Nie ma takiego bramkarza, który by nie zaliczał wpadek. Nie osiągnąłem sukcesów, jakie mogłem. Nie zrobiłem kariery, taką, jaką mogłem. Jednak dla siebie zrobiłem wiele: z małego miasteczka trafiłem do ekstraklasy, byłem powoływany do kadry. Życzę każdemu, by przeszedł, chociaż taką drogę. A czego nie zrobiłem, to wiem sam.

Czyli jesteś zadowolony z tej kariery?

Nie, absolutnie. Mam wielki niedosyt. Wiem, co straciłem, co przeoczyłem i teraz staram się to przekazywać ludziom, z którymi pracuję. By oni wiedzieli, na jakim etapie są, czego nie mogą przeoczyć i co powinno być dla nich najważniejsze. Ja coś straciłem i stało się. Nie wyjechałem do mocnego zagranicznego klubu, nie pograłem w reprezentacji, aczkolwiek byłem za czterech selekcjonerów powoływany. Pretensje mogę mieć do siebie. Trenerzy, z którymi pracowałem, pracowali ze mną na tyle, na ile umieli. Ja na początku miałem spokój, siłę przebicia i to wszystko samo szło. Później zaczęły się schody. Przy porażce brakowało ludzi, którzy potrafiliby mi pomóc. Zostawałem sam i samemu dokonywałem złych wyborów. Nie mogę mieć jednak do nich żalu, bo może po prostu nie umieli mi pomóc. Natomiast wiem jedno i jestem tego pewny do tej pory. Gdybym wyjechał wieku 28 lat do zagranicznego klubu, to z odpowiednim podejściem osiągnąłbym sukces. Miałem duży i niewykorzystany potencjał. Widzę to po sobie nawet teraz.

W tych trudnych momentach chodzi ci o imprezy, alkohol?

Nie, ja z tym nie miałem problemów. Miałem inne sprawy, osobiste. Rozwodziłem się, wychowywałem małego syna. Musiałem walczyć o wszystko sam, bo tak byłem wychowywany, bez rodziców.

Gubię się w jednym. Mówisz, że nie masz pretensji do ludzi na swojej drodze, ale często ich wspominasz.

Bo nie mam do nich pretensji. Tylko stwierdzam fakt: w momentach, gdy człowiek potrzebuje wsparcia, czy to trenera, czy w domu, ja tego wsparcia nie miałem. Zostawałem sam. Sam musiałem sobie z tym radzić. Nie miałem ojca, nie miałem matki. Nie miałem wzorów. Mogłem liczyć na siebie. Często zamykałem się w sobie i chciałem wszystko rozwiązywać sam, po swojemu. I to nie zawsze było dobre. A na pewno miało przełożenie na to, co robiłem na boisku. Życie prywatne odgrywało dużą rolę w moim życiu sportowym. Ponieważ jeżeli wszystko było w domu dobrze, przekładałem to na sport.

Byłeś bramkarzem od szyi w dół?

Możliwe. Moja głowa odgrywała ogromną rolę. Moje ciało i organizm był wykorzystywany za trenera Bakero, Stokowca, Bako. Wtedy bardzo dobrze funkcjonowałem.

Pamiętam mecz na turnieju Łobanowskiego, kiedy debiutowałeś w kadrze. Widziałem, jak byłeś zdenerwowany.

Tak, byłem bardzo zdenerwowany i bardzo to przeżywałem. Trener Janas mówił mi, że może zadebiutuje, że będę grał, ale nie wiedziałem, że akurat w tym momencie. Wynik był gorący, trener wstawił mnie do bramki na ostatnie 15 minut. Zagotowałem się przy jednej interwencji, piła mi wypadła z rąk i to zdenerwowanie się nasiliło. Choć nie przegraliśmy i nie puściłem bramki. Jak wchodziłem do ekstraklasy, to w ogóle tego nie odczuwałem. Kompletnie, dlatego wszystko mi wychodziło. Ale w kadrze była większa adrenalina, większy stres. I było to po mnie widać.

A wziął cię na zgrupowanie Beenhakker, nawet Smuda przed Euro.

Tak jest. To były te momenty, kiedy czegoś mi brakowało. Za Beenhakkera byłem na dużych zgrupowaniach, jeździłem z mocną ekipą, nie tylko na zgrupowaniach zawodników z Polski. Jednak ktoś był krok lepszy, ale konkurowałem z dobrymi bramkarzami. Borucem, Kowalewskim, Fabiańskim, Kuszczakiem. Jednak to wszystko było dla mnie wyróżnieniem i przygodą życia.

Jaka jest więc jedna rzecz, którą byś zmienił, gdybyś mógł zacząć swoje piłkarskie życie od nowa?

Stawiałbym piłkę na pierwszym miejscu. Długo tak było i to było wtedy widać, szło mi. Potem przychodziły sprawy życiowe, którym poświęcałem uwagę. A brakowało mi, by poświęcić się futbolowi w stu procentach. Zamiast trzech wizyt na siłowni w tygodniu, zaliczałem jedną, bo stwierdzałem, że dobrze się czułem. I zajmowałem się sprawami życiowymi. Nie mogę sobie pluć w twarz, bo nie piłem, nie chodziłem na ruletkę. Jednak zawodowcem się jest, a nie bywa.

ROZMAWIAŁ PAWEŁ PACZUL

Fot. Newspix

KOMENTARZE (7)