Kilka słów od ojca prowadzącego
Blogi i felietony

Kilka słów od ojca prowadzącego

Wtorkowa gala Grand Press zmobilizowała mnie, bym jako ojciec prowadzący napisał kilka słów do czytelników.

Za Weszło bardzo ciekawy rok. Niesamowity. Dał mi sporą zawodową satysfakcję. Otworzyliśmy radio sportowe, które – to oczywiście moja subiektywna opinia – jest naprawdę przyjemne i dobrze robione. Zaczęliśmy coraz mocniej działać telewizyjnie i tutaj mamy jeszcze dużo do poprawy, ale już wykonaliśmy ten pierwszy, najważniejszy krok. Uruchomiliśmy dodatkowe serwisy – jak ten o esporcie czy o szkoleniu młodzieży – a w planach mamy znacznie więcej. Wydaliśmy gazetę, w której mogliście poczytać kapitalne reportaże z Senegalu, Kolumbii, Japonii czy Rosji. Czuję, że to był nasz rok.

Być może niektórzy wiedzą, że Weszło było nominowane w kategorii Grand Press Digital. Ostatecznie nie wygraliśmy, co uważam za śmieszne. Wprawdzie wiem, że takich rzeczy nie powinno się pisać, że to nie wypada, nie przystoi, ogólnie buractwo, ale cóż – najwidoczniej jestem burakiem, a natury nie sposób oszukać. Dla mnie to śmieszne i już. Bardzo szanuję zwycięzcę – czyli Onet – ale uważam, że w 2018 roku dobry Onet po prostu dalej był dobrym Onetem, tylko tyle i aż tyle. Jeśli w trakcie prezentacji nominowanych słyszę, że Onet „utrzymał format Onet Rano” to pytam siebie w duchu: – To nagroda za to, że ktoś nie zbankrutował?

Wiem, że to był nasz rok, mam z niego masę frajdy, a na nagrodę – tak całkiem serio – liczyłem. To nie chodzi o to, że nie umiem przegrywać. Dwa lata temu też byłem nominowany do Grand Press Digital, wygrał wtedy kto inny (przedstawiciel Onetu) i nie miałem z tym najmniejszego problemu. Po prostu wtedy nie zasłużyłem. Ale teraz? Teraz zasłużyłem jak cholera.

Najpierw sądziłem, że tej nagrody nie wygram – no, nie to jury, nie to grono biznesowo-towarzyskie.
Potem sądziłem, że wygram, bo spojrzałem na rywali i opis ich osiągnięć w 2018 roku.
Potem sądziłem, że nie wygram, bo przysłano zaproszenie: jedno dla całej redakcji, nawet bez osoby towarzyszącej. Może jestem zbyt wrażliwy, ale takie zaproszenie to bardziej policzek niż faktyczna prośba o przybycie.
Potem sądziłem, że wygram, bo znowu spojrzałem na rywali i opis ich osiągnięć w 2018.

Chciałem tę nagrodę nie po to, by stała na półce w redakcji. Chciałem ją po pierwsze dlatego, że się należała jak psu buda, a ja lubię jak jest sprawiedliwie. A po drugie dlatego, że może pomogłaby nam np. w relacjach z domami mediowymi, trzymającymi całą kasę. My oczywiście sobie radzimy, realizujemy mnóstwo kampanii, ale prawda jest taka, że za każdą kampanią musimy się nałazić dziesięć razy bardziej, aby uszczknąć chociaż część tortu dla siebie. Rynek podzieliły „grubasy” i nie jest łatwo wepchnąć się między nich. Zamiast pisać teksty, łażę za kampaniami, nawiązuję relacje, przekonuję. I mam trudniej niż mógłbym mieć ściskając Grand Pressa.

*

Dziennikarzem roku został Bertold Kittel.

Przepraszam bardzo, ale muszę zapytać głosujących: czyście zwariowali?

Nie jestem z tych, którzy w reportażu o neonazistach widzą spisek, inscenizację, nie chcę kary dla wznoszącego w hitlerowskim pozdrowieniu rękę operatora, a chcących go o coś oskarżyć uważam za wariatów. Nie, to zupełnie nie to. Ja po prostu zastanawiam się: o co tu chodzi?

Jacyś goście jedli w lesie faworki i pozdrawiali zmarłego w połowie poprzedniego wieku zbrodniarza, równie dobrze mogli jeść jagody i modlić się do Zeusa. Kittel tam dotarł, nagrał, wszystko fajnie. Tylko jakie to ma znaczenie? Co ten reportaż zmienił? Jaki istotny problem społeczny pokazał? Czy w Polsce jest problem z wyznawcami Hitlera? Nie, nie ma takiego problemu. Czy rozpracowano jakąś szajkę, która stanowiła realne zagrożenie? Nie, na taśmie uwieczniono wariatów. Można to z zaciekawieniem obejrzeć, ale tylko po to, by pięć minut potem zapomnieć.

W tym sensie to była dobra robota – ciekawe tło do zjedzenia kolacji.

Ale czy naprawdę czymś najlepszym, co wyprodukowało polskie dziennikarstwo w 2018 roku był reportaż o urodzinych Hitlera? Przecież z perspektywy czasu to materiał totalnie bez znaczenia. Totalnie bez znaczenia. Ktoś dostanie grzywnę i po sprawie. Nie wyniknie z tego nic więcej, bo niby co miałoby wyniknąć? To nie jest reportaż o „łowcach skór”, to nie jest tekst o kapelanie „Solidarności”, to nie jest reportaż o mafijnych klimatach wokół Wisły Kraków. Tam autor – Szymon Jadczak – rzeczywiście pokazał faktyczny problem społeczny i jeszcze popisał się dużą odwagą. Pewnie przez miesiąc oglądał się za siebie na ulicy. A cóż groziło Kittelowi? Przeżarcie prince-polo?

Może jestem po prostu na tę branżę za głupi i nie rozumiem wagi tamtego materiału, nie wykluczam. W każdym razie: naprawdę nie rozumiem. Z perspektywy czasu tamten reportaż wydaje mi się coraz bardziej groteskowy, a nie wartościowy.

Cóż, jeśli w dziennikarstwie śledczym chodzi o to, by wyśledzić pięciu wariatów w lesie to winszuję, udało się. Wiem, jak było to trudne, bo sam regularnie chodzę po lesie i do tej pory na żadnego wariata nie trafiłem.

*

Hmm, chyba mnie więcej nie zaproszą. Ale przecież jeśli nie wygrałem w tym roku, to już mi to nie grozi.

KRZYSZTOF STANOWSKI

KOMENTARZE (86)