Rewolucja. Trzydzieści lat temu Jan BoklöV zmienił oblicze skoków
Inne sporty

Rewolucja. Trzydzieści lat temu Jan BoklöV zmienił oblicze skoków

W powyższym tytule nie ma żadnej przesady. W skokach przejście na styl „V” zamiast skakania z równolegle ułożonymi nartami, to mniej więcej taka zmiana, jak dla kolarza przesiadka ze starego składaka na rower szosowy z karbonową ramą. I choć wspomniana rewolucja Boklöva rozpoczęła się wcześniej, to właśnie 10 grudnia 1988 roku do dziś pozostaje datą przełomową.

Nie wiemy, czy życiem rządzi przypadek. Z pewnością jednak to jemu wiele zawdzięcza szwedzki skoczek (dziś to już wymarły gatunek, ale wtedy Szwedzi radzili sobie naprawdę nieźle). Gdy trenował na skoczni w Falun – ponad trzy dekady temu – źle wyszedł z progu. Ratował się, ustawiając narty inaczej niż zwykle… i odleciał dużo dalej niż mu się to wcześniej zdarzało. Przy okazji przekonał się, że jego lot był dużo stabilniejszy i bezpieczniejszy. A dla niego było to szczególnie ważne – niedługo przed poczynionym odkryciem uległ poważnemu wypadkowi na skoczni w Lahti. Ledwo wówczas przeżył.

Przy takich zaletach nowego stylu nie mógł więc podjąć innej decyzji – zaczął stosować go umyślnie. Efekty jakie to przynosiło, przerosły jego oczekiwania – latał dużo dalej niż do tej pory. Równocześnie dostawał… niższe noty od sędziów. Jury uważało bowiem, że Szwed nagina zasady i nie skacze jedynym słusznym stylem (a nawet gdyby któryś z jego członków miał inne zdanie, to wysokich ocen po prostu nie mógł przyznać – zakazał tego Torbjoren Yggeseth, wówczas szef FIS).

Zresztą inni też podzielali to zdanie – Boklöva nazywano wówczas „żabą” i „nietoperzem”, sugerując, że tak właśnie wygląda w trakcie lotu. Norweski komentator Kjell Aukrust poszedł jeszcze dalej, określając technikę Szweda „stylem hemoroidowym”. Jan nic sobie z tego jednak nie robił, a to, co sędziowie zabrali mu słabymi notami, zyskiwał odległością. I to z nawiązką. Na tyle dużą, że na poważnie zaznaczył swą obecność na światowej mapie skoków, o czym wcześniej trudno mu było nawet marzyć. „Będę jednym z trzech najlepszych skoczków na świecie” przekonywał. I coraz więcej wskazywało na to, że się nie myli.

Dobitnie potwierdził to dokładnie trzydzieści lat temu, gdy jako pierwszy Szwed i pierwszy zawodnik skaczący stylem „V”, wygrał konkurs Pucharu Świata w Lake Placid. W tym samym sezonie triumfował jeszcze cztery razy, poza tym trzykrotnie zajmował trzecią lokatę. Spalił się nieco na mistrzostwach świata, ale na koniec sezonu to on szeroko się uśmiechał. Ze średniaka stał się gościem, który zdobył Kryształową Kulę. Jego wyższość uznać musieli Jens Weißflog, Ari-Pekka Nikkola czy Dieter Thoma. Absolutne gwiazdy.

Jak szybko wszedł na szczyt, tak szybko też się z niego sturlał. Dlaczego? Cóż, jak to bywa z pionierami – pokonała go jego własna broń. Inni skoczkowie z pozycji przeciwników i sceptyków nowego stylu, przeszli do jego zwolenników. Zobaczyli na własne oczy, jakie daje efekty i zapragnęli skakać dokładnie tak jak ich szwedzki kolega po fachu. A nawet dalej. Bo talenty i możliwości mieli po prostu większe. Poza tym zdanie zmienił też FIS – wciąż odejmowano punkty za skoki oddawane stylem „V”, ale zmniejszono ich liczbę. Skoczkom zaczęło się to opłacać. Już w 1992 roku na igrzyskach w Albertville wszyscy medaliści swoje próby oddawali nowym sposobem. Bardzo szybko zaczęto też ustanawiać rekordy świata w długości skoku rozkładając narty. Ostatni „stary” rekord należał do Piotra Fijasa.

I tu właściwie moglibyśmy zakończyć, ale w tym wszystkim jest jeszcze coś, co rodacy lubią najbardziej – polski wątek. Prekursorem stylu „V” mógł, a wręcz powinien być bowiem Mirosław Graf. I tu też wszystko przebiegło bez planu. Graf skręcił kostkę w prawej nodze, gdy miał zaledwie 10 lat. Od tamtego czasu narta przymocowana do niej opadała mu w trakcie lotu. Zaczął więc skakać inaczej niż wszyscy, co – podobnie jak w przypadku Boklöva oznaczało też, że lądował dalej od rywali. Sęk w tym, że i tak przegrywał. Oczywiście przez sędziów.

– Co czułem? Im dalej skakałem, a przegrywałem, tym bardziej miałem tego dość! Denerwowałem się i nie mogłem z tym pogodzić. Tak, to była złość i niemoc oraz bezradność. Skaczesz daleko, a przegrywasz. Nigdy tego nie rozumiałem. Bo przecież, jak ktoś skacze daleko, to wygrywa, w skokach narciarskich jednak nie – mówił portalowi kubackiteam.pl.

Możliwe, że dziś to nazwisko Polaka wymieniano by na całym świecie, gdyby nie Tadeusz Kołder, trener kadry. Ten powtarzał młodemu skoczkowi, że albo nauczy się skakać poprawnie i prowadzić narty równo, albo nie będzie dla niego miejsca w składzie na konkursy. I faktycznie – Mirosław Graf nie zaistniał w Pucharze Świata, nie pojechał też na igrzyska w Lake Placid. A możliwe, że to w dokładnie tym samym miejscu, tylko osiem lat wcześniej niż Boklöv, udowodniłby wszystkim, że warto się przestawić.

– Czy żałuję? Troszeczkę tak. Ale nie tego, że nie zostałem okrzyknięty „prekursorem stylu V”, ale tej wspaniałej przygody, jaką były skoki narciarskie. Coś było, coś się skończyło – dodawał w rozmowie ze wspomnianym portalem.

Trener bowiem nie zmienił zdania w kolejnych sezonach, a Graf opuścił polskie skocznie w wieku zaledwie 23 lat. Sześć lat przed pierwszym zwycięstwem Jana Boklöva. Zwycięstwem, które zmieniło świat skoków narciarskich…

KOMENTARZE (6)